poniedziałek, września 22

ubrania idę już spać

Wszystkie ubrania, które kiedykolwiek tu leżały. Łasiły się do skóry.
Strzępki materiałów, przylegające ciasno do bioder. Szerokie w dzwon
spodnie z nogawkami, wlokącymi się po ziemi, pod podeszwami butów.
Zima 2001, grudzień, przemarsz przez wieczerzę wigilijną w parze gatek
prosto ze sklepu, w owiniętych wokół nóg prostokątach dżinsu.
Różowa reklamówka i tekturowa karteczka z floralnym wzorem.
Przypominane wieczorem, maście przeciwko zamarznięciu.

lepkie kałuże, kolczaste przypływy radości, wiosna 1999,
przypuszczalnie wielkanoc -
marszczona przy ramionach i dekolcie
nowa
biała

skóra
zawieszona na klamce
poza czasem aktywności fizycznej


Okolice jesieni 1998 -
granatowe
pikowane
udoprzylegacze

kto wtedy takie nosił

niebieskie pikowane buty
krasnoludzkie większe rozkoszniejsze
niż para noszących je stóp

para buch
wszystkie ubrania, które kiedykolwiek spowijały ciało w mrok,
rozkładały się na strzępy, wcierały w skórę fragmenty włókien,
wnikające w mózg instrumenty codziennego przechodzenia
ze snu w inny sen

ostra fascynacja lakierkami na przezroczystej podeszwie
jesień 1997
czas brązowych spodni w kratę
białej bluzki
pragnienia wysokości

rosło się na przezroczystych plastikowych podeszwach
dwa centymetry w górę
i choć niżej
wyżej niż wszystkie panie na wysokich obcasach

Osoba na zdjęciu ma pewnie imię. Sowuk - Imię.
Niebieskie oczy dziwnie wytrzeszczone, zmierzwiony wzrok.
Krzywy uśmiech ma.
I źle ubrana, źle ubrana.
Stoi i patrzy na mnie ze zdjęcia. Z niebieskimi oczami,
ustami, rozumem, stoi w źle skrojonym, przedwczesnym ciele.
Nieswojo krzywo uśmiecha się.

piątek, września 5

Geniusz zbrodni!

....

(...) a kurier pocztowy już wcisnął się w tę grupę nie mówiąc nic
i nie roniąc ni słowa, jak nieważki, wysuszony albo skamieniały ptak,
nie sęp oczywiście ani nawet jastrząb, ale, dajmy na to, pterodaktyle pisklę wstrzymane w rozwoju tuż po wyjściu z jaja dziesięć epok lodowcowych temu
i tak zestarzałe w swym dzieciństwie, że stało się zniszczonym i znużonym
antenatem wszelkiego późniejszego życia.


W. Faulkner, Requiem dla zakonnicy

czwartek, września 4

oda do Stasiuka (a droga jest szarą kasetą).

Wynikł powrót. Zajebiście piękny dziesięciogodzinny przejazd przez
trasę trzystukilometrową - zatem zdaje się wynikł także fenomen na
skalę europejsko-unijną. Tym, którzy karmiąc nas pustosłowiem
zastanawiają się nad losami Gruzji, Armenii, Izraela, Somalii, Ukrainy, Chorwacji i Serbii
oraz nad tym, dlaczego Chiny otrzymały możliwość organizowania olimpiady,
sugeruję jednak pogłębienie refleksji wewnątrzustrojowej.
(Chyba, że ich panaceum jest tarcza antyrakietowa, która ściągnie
na naród wybawienie od rodzimej nieudolności, pod postacią pocisku, który
zlikwiduje za jednym zamachem - zarówno przyczyny naszych bolączek -
jak i nas samych.)

***

Ale póki co oddalamy się jednak na pewien czas od naszych osobistych
potentatów politycznych. Obieramy kierunek circa wschodni.

***

Częste podróże na zachód powodują pewnego rodzaju zachwiania europejskości,
z czego dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę.
Człowiek skupia się na jedynej znanej sobie stronie świata, spiętej klamrą
unii, znajomej z podręczników historii i geografii. Uczy się niemieckiego,
angielskiego, francuskiego, dla smaku - hiszpańskiego, czy włoskiego.
(Niezbyt dobrze pamiętam lekcje geografii a tym bardziej podręczniki,
ale kilka słów wraz z kontekstami zapadło mi w pamięć. Słowo,,slums"
kojarzono z przedmieściami wielkich miast Ameryki Łacińskiej, wspominano
o brazylijskich ,,favelach", o biednej Afryce - ale nie pamiętam ani słowa
o biedzie w Rumunii, Bułgarii, Ukrainie, Litwie czy Estonii.)

Obce galaktyki, których penetrowanie utrudniają liczne przeszkody,
- tragiczne drogi, długie postoje na granicach, wizy, bariery językowe
czy najzwyklejszy w świecie strach przed nieznanym.

30 na godzinę. Kierowca przeklina los, który zepchnął go z jedynej
słusznej ,,Autobahn" wprost na piekielną ,,darogu".

I myśli się właśnie w ten sposób, po zachodnioeuropejsku - ,,drogi są tragiczne",
bo nie można po nich przemknąć 100 km w ciągu godziny.

Zdenerwowanie po chwili ustępuje miejsca rezygnacji.
Jedzie się powoli, omijając dziury, zabłąkane zwierzęta,
grupy niefrasobliwie rozchwianych, zagadanych przechodniów.
Traci się z oczu bilboardy i naszpikowane szyldami strefy przedmieść.
Krajobraz powinien wyblaknąć, tak się myśli, z braku magenty,
wasabi green i fontu helvetica. Pozbawione języka reklamy wzgórza
powinny zapaść się pod ziemię, powinny stracić umiejętność przemawiania
do zabłąkanego na szosie turysty.

Dzieje się jednak inaczej. Kiedy gaśnie silnik samochodu, wszystko wokół
zaczyna dźwięczeć. Szumy i szelesty, nieznane ptasie głosy.
Przez głowę przemyka myśl, że wielkie jest prawdopodobieństwo napotkania
tutaj niedźwiedzia.
Słucha się i zaczyna przypominać, że istnieje jeszcze coś, poza naszym
podwórkiem. Istnieją inne powietrza i znaki.

Wolna jazda zmusza do obserwacji - więc mimowolnie ogląda się mijane
domy, wciąż jeszcze drewniane, otoczone sadami i zabudowaniami
gospodarskimi. Patrzy się na ludzi o ogorzałych, pomarszczonych twarzach,
w ubraniach jakby nie z tego świata, przykurzonych, przekopujących zagony i orzących pola.

Jest czysto, myśli się. Pola ciągną się kilometrami. Na wzniesieniach błyszczą
w słońcu srebrne i miedziane hełmy cerkwii. Stada owiec.
Zarośnięte gąszczem chwastów szeregi popękanych od starości macew.

I dalej.

Otwiera się szerzej oczy na widok brudnych buziek cygańskich dzieciaków
uganiających się całymi gromadami po centrum Medzilaborców na Słowacji.
Odmawia jałmużny nachalnym czarnowłosym kobietom w ciężkich spódnicach.
Mija się ich domy na dalekich przedmieściach, białe i długie baraki
otoczone wzgórzami odpadków.
Trwa się w zdziwieniu na widok rachitycznych zabudowań przed którymi
przesiadują milczący mężczyźni popalający papierosy.

Potem czyta się Stasiuka i dowiaduje, że ,,Słowacja liczy 5,4 miliona mieszkańców.
Pół miliona z tej liczby to Cyganie. Prognozy mówią, że za pięćdziesiąt lat
będą w Słowacji stanowili większość" (A. Stasiuk ,,Fado", s.76), ,,Tak więc Polska
ma szansę sąsiadować od południa z pierwszym cygańskim państwem w dziejach"
(A. Stasiuk ,,Fado", s.62).
Do świadomości przenika wyparty przez wszechobecne anglizmy fakt istnienia
innych języków - zaczyna się zastanawiać nad tym, dlaczego nie zna się wciąż
ni jednego pisarza bułgarskiego czy chorwackiego. Kim jest Miodrag Bulatović?
Co za szczęście, że miesiąc temu przeczytałam książkę Serhija Żadana ,,Depeche Mode" -
mogę dzięki temu powiedzieć, że znam jednego pisarza ukraińskiego
(a wikipedia aż 71 - http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Ukrai%C5%84scy_pisarze ).

***

Zachłystuję się, zachłystuję się światem.
Beztroskim leżeniem na ławce i marzę o zdobyciu tytułu mistrzowskiego
w dziedzinie przechodzenia z miejsca na miejsce, produktywnego nicnierobienia.
Spoglądaniem na oświetlony słońcem chodnik, jak na prywatne dzieło sztuki,
deptane przez wszystkich i przez to deptanie jeszcze bardziej uświęcone.
Nie żadne tam ready - made, oblizane i przewertowane przez setki rąk.

***

Żyje się zbyt szybko.
Żyje się nie dostrzegając niesamowitości tego, co wciąż jeszcze nie zostało jeszcze doszczętnie wchłonięte przez nienasycony żołądek ,,globalnej wioski". Pierwszymi stronami gazet i dziennikami telewizyjnymi.
Żyje się chwilowymi zrywami mediów, które co jakiś czas sięgają po rumuńskiego pisarza czy ukraiński zespół punkowy i czynią z nich gwiazdy jednego sezonu, by błyskawicznie je przetrawić i zepchnąć na margines, by zrobić miejsce ,,nowym odkryciom".

Żyje się życiem tymczasowym, zawieszonym na doraźności własnych potrzeb.
Obawami co do przyszłego materialnego zaspokojenia. Przedmiotami Zbytku Codziennego.

Żyje się i nie wie, ile słuszności w tym biegu z wystawy na wystawę, z miejsca
na miejsce. W zasapanym przelatywaniu z wieży Eiffla do Placu Gwiazdy.
Ile słuszności w próbach nadążania za pozorami nowoczesności - aktualnymi trendami,
które ledwo złapane w garść i przyswojone, przeminą.

Czy mamy jakiekolwiek szanse, by ogarnąć umysłem bogactwa oferowane nam
przez świat? Czy uda nam się, kiedy już zejdziemy z wieży Eiffla, w potoku
innych turystów, oderwać od wyznaczonej trasy i zejść na pobocze - odwiedzić
miejsca nieopisane w przewodnikach? Czy uda nam się pogodzić z faktem, że
nie zdołamy tego wszystkiego ogarnąć i pomimo to wciąż czynić wycieczki
poznawcze do półek bibliotecznych z literaturą wschodnioeuropejską?
Zobaczyć choć jeden w życiu rumuński, estoński, rosyjski, słowacki film?

***

Później.
(Czy uda się zamknąć to wszystko, całego siebie, na rok czy dwa,
odmówić wstępu gazetom, filmom i książkom i przeżywać raz jeszcze,
sprawdzać, ile zdołaliśmy zapamiętać, kim się staliśmy i czy cokolwiek
uległo zmianie. Mieć przy sobie drugiego człowieka, na długo, na całą
wieczność i przeżywać go, akceptować, przyswajać. Trwać z nim w tym
odosobieniu dłużej niż trwa standardowe, gazetowe ,,kocham Cię".
Pogodzić się z nim do ostatniej tkanki.)

***

Dosyć trudno przekonać siebie samego do nakazów wnętrza.
Trudno wierzyć w to, że w duszy tli się coś, co mówi inaczej niż plakaty,
niż rubryki z poradami erotycznymi dla nastolatków.

Utylitarnie wycisza się własny sprzeciw, bo nie wiadomo, na ile jest podstawny a na ile iluzoryczny.
Ucisza się siebie samego, bo negacja także jest dzisiaj bardzo ,,trendy".
Przystoi walczyć i krzyczeć.
Takim, co krzyczą, można przecież zrobić porywające fotografie.
Można wynieść ich na piedestał jako Tych Co Odważyli Się Być Inaczej.
A potem wessać spowrotem, ugłaskanych i dokarmionych.
Nie chce się stać jednym z nich. Lepiej więc milczeć?

Trudno uwierzyć w instytucję ,,własnego języka", języka, który nie istnieje w żadnych
innych ustach, poza naszymi własnymi. Przywykliśmy do jednogłosowości i mamy problem
z wysłyszeniem subtelnych, ćwierćtonowych różnic pomiędzy wzajemnymi obserwacjami.

Trudno. I nie wiadomo czy warto w ogóle się na tym zastanawiać.
I czy warto to rysować, opisywać, przerabiać na wszelkie możliwe sposoby.


A więc ostrożnie, proszę Państwa, ostrożnie,
(myśli się nad koniecznością przejścia na inną stronę).



...

wtorek, września 2

marzyciele

Pierwszy przypływ miał miejsce pod koniec czerwca, pamiętam
to bardzo dokładnie. Strach. Pamiętam dokładnie. Ciepło wlewało
się szparami w drzwiach i oknach, na zewnątrz czekali Oni.

A wewnątrz był strach. Niedowierzające spojrzenie.
Może to wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, że to już
chyba koniec czegoś. Że zaczyna się wojna i lada chwila trzeba
będzie zacząć golić łydki. W spojrzeniu świata pojawiło się
obrzydzenie. Pierwszy przypływ bolał bardziej niż wszystkie
następne i przelewał się przez plażę mocnymi, krępymi falami.
Nudności.
Pierwszy przypływ to dopełnienie bioder i piersi.
Kolejna para ust, które trzeba będzie nakarmić.

Tuż obok stało drugie morze, wobec którego nowy, czerwony
pancerzyk biedronki nie znaczył nic.
Pierwszy przypływ sprawił, że zamiast napawać się krajobrazem
i wyrafinowaną kuchnią, rzygałam w wielkie morze, przechyliwszy
się przez barierkę, z mocno zaciśniętymi powiekami.

...

A teraz ze wszystkich sił wpadnę w Ciebie.
Najmocniej jak potrafię, przez swoją krew, na swoją krew.
Marzenia wysysają zdolność całkowitego docierania.
Obezwładniające myśli wiążą ręce.

A to przecież dopiero ciało.
Piękna przeszkoda do pokonania, w drodze na wejście.
Opada na podłogę, słabe i uciszone i wtedy dopiero zasypia naprawdę,
kiedy już je nakarmią i utulą. Wtedy przestaje użalać się nad wojną.


Na chwilę.

środa, sierpnia 6

Herezje i schizmy.

,,Jeżeli niebo stworzył Pan Bóg, tak jak ziemię, możesz być pewny, że znajdziesz
tam to samo zło. Po śmierci nie będziesz wynagrodzony stosownie do twych zasług,
bo jeżeli niesprawiedliwość istnieje na ziemi (o czym przekonasz się kiedyś
z własnego doświadczenia), to dlaczego miałaby istnieć i w przyszłym życiu?
Najlepiej zrobisz nie myśląc o Panu Bogu i na własną rękę wymierzając sobie
sprawiedliwość, skoro ci jej odmawiają."
(Lautreamont)

Złamanym palcem szewc Piotr wystawiał na piasku rachunek sumienia za
miesiąc bieżący. Nawet bez VATu rządki cyfr chwiały się przerażająco
jak małe wieże Babel. I Piotr bał się swojej niewypłacalności.
Miętosił puste kieszenie, pozwalał ziarenkom piasku penetrować jaskinie
swoich źrenic (bo przecież źrenice to czarne dziury).

Wystawić go sobie, czy Bogu, zapytywał się w duchu trąc podrażnione oczy.
Z jednej strony - moja wina, moja wielka wina - ale z drugiej strony jego.
Losu wina, parek, muz nieśmiertelnych i satyrów, szponiastych gryfów,
jego wina, siedem dni tworzył system skarg i wniosków. On i uczynki.
A teraz każe mi jeszcze zapłacić 7% VATu. Pokutować. Dawać jałmużonę.

Wdowy i Sieroty. I ci żebracy pod kościołami. Dobrze wiem, że potrafią
chodzić, gdyby mieli wolę wstać i udać się do ośrodka pomocy społecznej,
do urzędu pracy. Gdyby tam babina na dworcu nie oszukała mnie dwa razy
z rzędu płacząc mi w ramię prawdziwymi łzami, dwa razy podczas jednego tygodnia,
łkając, że zgubiła bilet i do domu nie wróci i kłamiąc, że będzie się za mnie modlić.

Anioły są tutaj, na ziemi, szklane i nie potrafią dziękować.
Dziewczyno ze snu, Twoje słowa jak ołów leją się mi przez ręce.
Czując, jak uderzają o bębenek, wykwintne i ciężkie od dymu.
Anioły trzymają w palcach kruche filiżanki. Piją ołów.
Rotmistrz przygotowuje szwadron do wymarszu. Będą strzelali.
Żołądek niestroniący od ołowiu szybciej pójdzie na dno.

Ja powiedziałem jej - oszukałaś mnie, o widzisz, już nie płaczesz, już patrzysz
na mnie zdziwiona, jak te wróżbitki na dworcach, miłe za 5 złotych - od pięciu
w dół plujące wyzwiskami. Jak ten człowiek, który prosił mnie o jedzenie - a kiedy
wyjąłem ciemny chleb, który zwykłem jeść, sklął mnie i odszedł. Brudny, śmierdzący
i szyderczy. Ciemny chleb, ja przecież bułki jem, lepsze ze śmietnika, niż twoje.

Gdybym miał pomysł na realizację tego czeku, który z góry otrzymałem,
in blanco, żeby móc się tutaj, na ziemi utrzymać - byłoby inaczej.
Ale teraz już po wszystkim, po wszystkim tym jestem tak brudny, że aż
nieskalany i unoszę się ponad całym tym brakiem doświadczenia, brakiem wybaczenia,
prawdziwy poeta religijny z uprawnieniami do żałowania innych.

I cóż, że nie mam już środka, jeden czort wie, co się stało, kto połknął
i schrupał to, czym byłem wypchany, kiedyś ich to nie interesowało, teraz
mówią, że może chcieliby jednak czego innego, teraz myślę, że lepiej by było
dla nich spróbować czegoś innego. Czegoś z wnętrzem, głębokim, wilgotnym od
świeżego miąższu, takiego, jakiego zwykli pragnąć.

A więc próbuję. I nie potrafię odejść, puścić swojego szczęścia i wymierzyć
sobie tej kary, której treść przyszła pocztą, podobno z banku. Odejść i nie
sprawdzać, nie próbować, dać spokój, zaszyć się, przecież jestem szewcem, to
powinno wyjść mi najlepiej.

A potem są już przytułki dla tych niespełna rozumu, tak - ich własnie dostrzegam
najlepiej, z nimi szukam kontaktu wzrokowego, kiedy przechodzę ulicą -
czy to nie dziwne. Kantem bym puścił póki czas, cały ten interes,
wszystkie inwestycje i pieniądze, zostawiłbym robotę w trakcie, jeszcze parującą,
igłę ciepłą od moich dłoni. Zniszczyłbym to wszystko, gdybym miał tyle sił i ruszył
na świat, z byka. Żeby wydać to, co mi jeszcze pozostało i zginąć w odmęcie.

I nie płakałabyś za mną długo, zapomniałabyś moje serce, wrzuciła do tego worka.
Z pozostałą przy życiu jatką, do Worka - Nie Zaglądać. O ile dogrzebałabyś się serca,
bo może brak go już na dotychczasowej pozycji. Byłem przecież na wojnie, zwykły
szeregowy rekrut. Niemal każdy roił sny o stopniach i wyłogach.
A wiesz, czymś trzeba płacić za belki i gwiazdki. Całujesz mnie?
No nie mów. Wy zawsze się krygujecie, żadnych złych chłopców, żadnych kłopotów.
Ale nie masz jeszcze trzydziestu lat i dziecka uwieszonego u szyi. Więc idziesz.
Ale nie uśmiechasz się do mnie jak kiedyś, jak ta osoba, której wydawało się, że czymś
jest póki, kiedy już się stała - nie dostrzegła, że wcześniej mogła spokojnie żyć,
bo nie była tym, czym się sobie wydawała.

My po wojnie, Stary Druhu, też mamy złe sny. Wiesz, jak to jest. Ale lepiej
zakrzyczeć je czymś, potraktować z pięści. Jedni chodzą do psychoanalityków,
jedni polują na zwierzęta inni przesiadują godzinami w biurach.
A do nas to wraca. Już myślimy, że jest spokój, że zniknęło - ale ujawnia się.
Boimy się zbrodni rozgrywających się pod naszymi powiekami, przeraża nas to miasto.
Wszystkie samochody, prosto na nas.

Jedyne co zdrowe - to spacer i sen. Wychodzić, wchodzić. I nikt nas
tego nie nauczy, sami musimy dojść, byle spokojnie, byle bez pośpiechu, na miejsce.

Najpiękniejsze piosenki to te o wiośnie, kiedy śpiewa, że kocha,
łapie za ręce, w białej sukience i stokrotki.
I to wszystko jest możliwe. U ludzi mniej wrażliwych - możliwe natychmiast.
Ci inni muszą czekać. I tak nic innego im nie pozostało.

Na wojnie mówili nam - zagraża, to zabij, nauczyli strzelać.
Ale jak oceniać teraz zagrożenia, kiedy wojny nie ma. A karabin został.
I szyfry zostały - musimy wyrażać sie szyframi.

(,,Raz pies wpadł do kuchni
I porwał mięsa ćwierć
A kucharz, co był głupi,
Zarąbał go na śmierć.
A kucharz, co był mądry
I litość w sercu miał...", tak śpiewa Samuel Beckett)

Przekleństwa młodości, mówię Ci, to przekleństwa młodości, Stary Druhu.
Pod skórą mamy tatuaże, których nie sposób zlizać.

poniedziałek, sierpnia 4

smaczek

ESTRAGON - Czekamy
VLADIMIR - No tak, ale czekając?
ESTRAGON - Może by się powiesić?
VLADIMIR - Hmm. Mielibyśmy erekcję.
ESTRAGON - (podniecony) Mielibyśmy?
VLADIMIR - I całą resztę. Tam, gdzie to padnie,
wyrastają mandragory. Dlatego krzyczą, gdy się je
wyrywa. Nie wiedziałeś o tym?
ESTRAGON - Wieszajmy się natychmiast!


(S. Beckett, Czekając na Godota, akt I)

środa, lipca 30

the kilimanjaro dark jazz ensemble

Tacy są ci dzisiejsi przyjaciele. Otwarci, sercowo uśmiechnięci, lekko szaleni.
Wszyscy zapięci na przedostatni guzik i wypełnieni farszem, słodkawą treścią
z gazet i życia wziętych. Świadkowie naszych nadużyć i nadżyć, nawet, kiedy przemawiają
z oddali, zawsze dostarczają drobinki energii.
Niebezpieczni, jak lotne piaski, ciężko chorzy na analityczną wściekliznę,
zawsze zdolni do znalezienia kilku usprawiedliwień, które młotek zamienią w bukiet fiołków.
Zbawcy!
Migrują od głowy do głowy, zanurzają palce w lepkich od potu włosach i szukają.
Biedni, błędni cybernauci.

A kiedy to mówił na jego ustach chwiał się uśmieszek.
Kąciki wahały się z jednej strony w drugą i twarz miał podobną
do konika na biegunach, niepewną własnego wyrazu.
Oczy zawiesił na haku, żeby patrzyły, jak cieknie z truchła
prasowanego przez stopy przechodniów wróbla.

****

Ludzie, jak miazga pomiędzy podłogą a dachem, na klaustrofobicznych
odcinkach pomiędzy jedną falą gorąca w drugą, wiecznie niepocieszeni,
rozszeleszczeni od szyfonów i wiskoz. Ekologiczne torby w ich rękach -
zapowiedź apokalipsy. Trudne do zauważenia znaki w ich uszach i włosach.
Gryfy i płaszczki czające się w załomach niepozornych koszulek z odzysku.

Z wzrokiem wbitym w zlewające się płyty chodnikowe, przed siebie.
A goń, a w toń, byleby nie w miejscu. Intymne konstrukcje, mała architektura
drewniana na skraju załamania nerwowego ale wciąż w obrębie świata.
Ich dłonie, jak koszyki. Języki plotące, krzewy gorejące.
Strzeliste akty zapamiętania w hipnotyczną zamieć promieni.

****

Wodzowie wracają, anonsuje ich smród wieków, tak bardzo prawdziwy, że nie sposób
im nie zawierzyć. Wodzowie odpowiedzą przechodniom, po co ginie się w tłumie,
przepada na długie godziny w zatłoczonej windzie jadącej na 10 piętro.
Po co zamiera się przed półką zarzuconą stosami truskawkowych wafli.
Dlaczego tak dobrze jest pchać ten metalowy wózek zamiast koła kieratu.

****

Kości zostały rzucone, dziewczyna odzywa się. Ma czarne włosy, włosy do pasa
i bardzo biały, sztywno postawiony kołnierzyk. Za jej plecami zlewające się
w niesamowicie fioletową plamę płótna. Kurwy i penery krzyczy, ale twarz ma
zupełnie bez wyrazu.
Jej porwana transem dłoń kreśli, pokrywa papier korowodami znaków.

Po drugiej stronie - druga para jej oczu.
Nie potrzeba kominka ani czarnego kociaka, żeby przedostać się i zobaczyć, jak palą się.
Jaksięjarzą.
Strzępy papieru tryskają spod palców chłopca, który w amoku miota się na krześle.
Tylko jego oczy, zupełnie inaczej niż reszta, zatrzymały się na drugiej stronie.
Nieświeży oddech lata wdziera się do pokoju, zagarnia natychmiast toaletkę
i ustawione na niej jezioro czarne.

****

Kolizja ciem tuż pod sufitem budzi małą.
Boi się całego tego szelestu. Zamieszania. Boi się dworca. Zejścia po stromych
schodkach w dół, aż na peron. Na peronie straszy, wydobywa się z pustych butelek
i atakuje płuca a potem żołądek. Nie wrócę tam mamo.
Sprawdź zawczasu, czy w lampie masz kolekcję nocnych motyli.

****

Z kopca wychyla się przyczółek oddziału wywiadowczego czerwonoarmistów.
Rejestruje czającego się pod paprocią kota.
Odwrót!

****

Szila Karter zdejmuje wprawnym gestem pływacki kostium we wzory geometryczne.
Jest enerdowski i aeorodynamiczny. A może odwrotnie.
Ciało w promieniach reflektorów. Oczy żarówek. Świetliki.
Zbliża się do kominka. Kocim ruchem.

Naga kobieta z pogrzebaczem.
Opalona naga kobieta.
Z pogrzebaczem.

Dama z łasiczką AD 2008.
Miss Świata w pływaniu tyłem.
Unosi ramiona w górę. W doł.
Kocioł obok kominka pełen jest ciekłego, zagotowanego złota.
Za chwilę temperaturę wrzenia obniży na moment masywna sylweta
Ridża Forestera, którego nogi zaplątane w dywan, łatwo poddały się
pchnięciu. Kąpiel. Mówią, że czas na kąpiel, nie wiem tylko, czy
słyszysz.

****

Kurtyna opada, sok cieknie z sufitu, obnażone zamiary płoną u wezgłowia
łóżka. Na stole stygnie zupa ogonowa, moja stałość.
Lustro zmienia kurs.
Paznokcie czarnowłosej sięgają dna.

wtorek, lipca 22

...

Tak jest – w środkach komunikacji publicznej, w przypadkowych toaletach dworcowych, w których człowiek obawia się choć na chwilę spuścić z oka swój wielki plecak, co sprawia, że pakuje się z nim do jednej kabiny; kosmicznej kabiny w obcym mieście i siada na zamkniętym oku i patrzy na drzwi.

A na drzwiach wyskrobane paznokciem i kluczem, wypisane markerem, zaznaczone, uświęcone – imiona i nazwiska. I aż chce się wyciągnąć klucz, igłę, kawałek cyrkla i wytatuować kolejny fragment, dołożyć swój wiecheć sennych marzeń do strzechy tego obłażącego z farby wehikułu czasu, od roku 0 do dzisiaj.

Bo istnieje przecież statek kosmiczny, który startuje tylko z takich miejsc – ławek okupowanych przez wychudzone ciała bezdomnych i pijących, z gzymsów zasranych przez gołębie, zza zakurzonych firanek mieszkań, do których nikt nie zaglądał od wielu lat.

Ziemia osypuje się z krawędzi rynny, w której, nie wiedzieć kiedy, zapuściła korzenie brzoza.

Nad nami pleśń, niestrudzona piastunka końca końców, muskająca opuszkami grzybni powietrze. Może nawet jesteśmy już pod wodą i spoglądamy na siebie przez szafirowe tafle, niezdolni do wypowiedzenia sensownego zdania, z trudem rozpoznający twarze.

Udajemy, że potrafimy pływać, ale ciśnienie spycha nas coraz niżej, w głębokie chłodne przestrzenie usłane ostrymi plastrami granitu.

///

Bolę się.

///

Przez sen rozmawiam głównie z Mock`iem, weszło w zwyczaj i nie odpuszcza. Budzimy się obok siebie, zlani potem, on w cywilnym ubraniu, ja zupełnie bez.

I obydwoje, jak jedno, rzucamy się na stojącą obok łóżka szklankę wody.
I kiedy już zwilżymy gardła, kładziemy się znowu i nie możemy już zmrużyć oczu, i uszy mamy pełne szelestu osypującej się na nas z rynny ziemi. Plamy na jego oliwkowej koszuli,
plamy potu i rozlewiska tuż pode mną, czerwone, błyszczące.

///

Jest wojna.

///

Wojna jest wtedy, kiedy budzimy się w takim momencie, jak ten. U boku Mock`a, w pocie i krwi, zbyt daleko od całej reszty, którą zwykliśmy nazywać życiem. Zaczynają płonąć wszystkie niezrealizowane zapowiedzi kwiatów i kwiatków, ogrody całe płaczą za oknem. Patrzymy na siebie zszokowani, na ścianie ktoś wyświetla świat. Oglądamy go, jak film zatytułowany ,,Za dawnych dobrych czasów”. Z każdą minutą coraz bardziej jesteśmy podziurawieni i zdziwieni, opatrujemy się nawzajem i znowu, znowu bierzemy na siebie pociski. Krew na prześcieradle i ścianach, Mock dawno się przyzwyczaił, uśmiecha się łagodnie rozrywając końcówkę gazy, żeby zwieńczyć moją skroń zaczerwienionym węzełkiem.. Blizny na jego twarzy nienaturalnie się naciągają w tej próbie mięśni i tkanek i już czuję, jak głaszcze mnie po ręce i uśmiecha się. Zaraz wejdziemy pod łożko, głos woła – do schronów – słuchamy więc i spełzamy, pomiędzy kurz i resztki zabawek, niedojedzone okruszki dzieciństwa, zamiecione pod materac.

///

Gdyby nie ten detoks, napiłbym się, szepcze mi do ucha, zahaczając o małżowinę ostrymi pikami włosków. Drżę. Napiłbym się i ja. Nie masz pojęcia, jak ciężko to analizować. Bez ustanku stoję przy stole i przeprowadzam sekcje, jedna za drugą. Posyłam do laboratorium coraz nowsze, coraz dziwniejsze preparaty. Oni tam śmieją się ze mnie.
I znowu zaczęło się jąkanie. Pp… słowa nie chcą przechodzić przez gardło, tu mnie masz.
To takie romantyczne – poddawać się niemożności.
Analizowanie jej jest wchodzeniem do śmietnika, szukaniem powodów, imaginowaniem przyczyn i wydarzeń.

///

Wolałabym poddać się niemożności.

///

czwartek, lipca 3

Józio na poprawę humoru.



Józef Czapski, Autoportret na tle okna, 1937-1939,



Józef Czapski, Para w kawiarni, 1980,



Józef Czapski, Młody człowiek na czerwonym tle, 1980


*************************************************************
Wiele pisać nie sposób, bo za chwilę czas spać.
Trochę tylko.
(Zasady denerwują mnie.
Strach denerwuje mnie.
Brak organizacji i planów, nieustanne oglądanie się na innych,
denerwuje mnie.
Własne poczucie niemożności, irytuje mnie.
Oko pewne zniewala.
Wiara czyni cuda.)

A Józef Czapski wielkim malarzem był.

Wielki Józio z innego świata, świadek światła.
Nieprawda, że autorytety się wykruszają - sami je odrzucamy.
Tak myślę.
Burza idzie, trochę strach, ale czegóż tu się bać?
Jutro Fight Song, ostatni dramatyczny akt.
Będzie gryzienie. A potem pocałunki.
Strych, rozgrzany do czerwoności i sześdziesiąt spoconych,
lekko zaczerwienionych ciał.

Syreny zabierają się za kołysanki.
Ciao.

środa, lipca 2

2. lipca - tabletka nasenna z Breslau

Zupełnie nie rozumiem wrażenia, jakie Gertruda Hrabina von Mogmitz
wywarła na Eberhardzie Mocku. Najbardziej irytujący element sekwencji -
jej niezdrowe podniecenie na samą myśl o kazaniu na górze; te wypisywane
zgrabnymi szczupłymi palcami bzdury na temat duchowego dziecięctwa.
Wypełnianie kolejnych warunków i pięcie się ku świętości po trupach -
średniowieczna litania wypisywana na grzbiecie za pomocą dyscypliny
i butów nienawistnej strażniczki-alkoholiczki.

Fanatyczna adoracja profesora i samobójczy instynkt Mocka, nakazujący
mu rzucać się we wszystkie możliwe opały, dla kobiety, która patrzy
na niego wielkimi wilgotnymi oczyma. Zdominowany Gnerlich, z którym
prowadziła podwójną grę - wargi przekładane krwawymi razami.

Irytująca naiwność głównego bohatera wytrąca z równowagi.

A może to tylko próba zwiedzenia czytelnika - zepchnięcia go na manowce
rozterek dzielących atencję pomiędzy pocącą się krwią dewotkę a archetypicznie
męskiego gończego psa. Policjant i święta. Arystokratka i parias.

Brzydka twarz mężczyzny, właściwie jedna wielka blizna rozciągająca się
od brody do ciemienia i dziewczęca twarzyczka wychudzona przez wyrzeczenia.
Jej zgrzebna, podarta sukienka - jego drogi wełniany garnitur.

Kąpiel w ługu, sól w ranach, wypalanie znamienia niewiedzy na policzku.
Jak widać za kobietą przebraną za anioła każdy pójdzie do piekła.
Błogosławieni cisi.
Semiotyka Mocka nakazująca mu analizowanie biblijnych histerii;
nigdy nieprzekonany, palący czaszkę mózg, wciąż spodziewający się zaskoczenia.

I kiedy słyszy prośbę, widzi rozpalone orgią oczy, różane powieki
zwieńczone długimi, jasnymi rzęsami, niemal słyszy grzechoczący w jej dłoniach
różaniec, niemal słyszy, jak krew wypływając ze stygmatów sunie po szarym
materiale sukienki.

Uderz mnie, mówi.
Uderz mnie, mówimy.

Pogarda dla ciała jest jego uwielbieniem - czy to Orwell?

Greckie krzyże zamiast litery ,,t" - odpowiedź na pytanie.
Hrabina jako desygnat tego znaku, przyczynek rozbicia korowodu niezdrowych krzyżówek,
trup, który wpadłszy w łódź podwodną, napuchł i szczerniał.
Odchodzisz Mock?

***

Ratunku, pomocy, jestem wariatem - ale seria świetna.
Kiedy przestaję być sobą - wcielam się w Eberharda - mam kaca, tytoniowy
oddech, niezły garnitur skrojony na miarę i myśli prześladowcze.
Kocham wszystkie upadłe kobiety, kocham się z wszystkimi upadłymi kobietami.
Wpadam w gniew na widok ich krzywdy wybijając zęby i kości ze stawów i szczęk.

Słucham muzyki barokowej, interesują mnie relacje pomiędzy słowami i krwawię
z głowy - krwawiąc oddaję cześć całemu zwątpieniu, na którym opiera się istnienie.
Krwawię i zamieniam się w Mocka na czas egzaminów - uparcie drążąc i nie licząc
się z konsekwencjami - dzieciak, dzieciak zbulwersowany rolą hrabiny w porządku
świata. Czas spać.

niedziela, czerwca 22

w nieskończoność

Kiedy sprawa trochę już przycichła, urządziliśmy przyjęcie żałobne.
Powiedziała nam, że żałobne jest tylko z nazwy, na użytek całej
reszty rodziny, która zaraz po pogrzebie szybko wróciła do siebie.
Żadnej czerni, zaznaczyła. Nie będziemy grali Stabat mater.
Ogólnie rzecz biorąc - to nikt nie wiedział, co o tym myśleć.

Ubraliśmy się zachowawczo - trochę w jego jazzowo - maklerskim
klimacie. Buty wyśrodkowane - równie dobre na parkiet jak i na
chłodne płyty kościelnej posadzki. Wszyscy, na wszelki wypadek,
zaopatrzyliśmy się wcześniej w wódkę, dużo wódki.

Ona nie pije - to jasne; pijąc nie zdołałaby tego wszystkiego znieść.
Ale nam się należało, urodziliśmy się przed rokiem 80, więc mamy
pełne prawo. Ona nie. Ją traktujemy jak młodszą siostrę.

Pamiętam jak kiedyś, przed kilkoma laty zagalopowała się i zmieszana
skończyła gdzieś w kącie sali, potknąwszy się o własne nogi, na podłodze,
z włosami mokrymi od potu i rozmazanym makijażem.
Pozbieraliśmy ją i położyliśmy piętro wyżej, w pokoju z łazienką.
Drzwi na klucz, żeby nie było możliwości odwrotu. Żeby nikt nie wszedł
i nie zabrał jej ze sobą. Nigdy nie wiadomo, co mogą zmalować obcy.

Rano po nią wróciliśmy. Leżała na podłodze.
Z naderwanego ucha lała się krew.
Nie czekając ani chwili obłożyliśmy ją wilgotnymi ręcznikami.
W szpitalu ucho doszyli, naciągnęli co trzeba, żeby ładnie wyglądało.

Nie chciała zdradzić, co się działo podczas naszej nieobecności.
Zniknęła na parę miesięcy z miasta - chodziły plotki, że gdzieś daleko,
w jakimś klubie, trudni się zniewalaniem chłopców i dziewcząt.
Nikt w to nie uwierzył, nie sposób bowiem traktować takich plotek poważnie.

A potem wróciła i przywiozła go ze sobą.
Jakim prawem? - pytaliśmy siebie nawzajem. Po co go przywiozła?
Był taki płaski i smutny, snuł się za nią jak cień, jeżeli tylko zdarzyło
im się wyjść na ulicę - co wcale nie było zjawiskiem częstym.



A teraz, po pogrzebie, robi przyjęcie żałobne.
Nie płacze, tylko gryzie przedramiona.
Cum dederit dilectis suis somnum, różowe koszule, prążkowane garnitury.

niedziela, czerwca 15

liryki stada



Anna i Mistrz,
czyli, inaczej mówiąc - ,,Kochajcie poetów!"
(czy tam - jak kto woli - kochajcie się z poetami ;)





Najznakomitszy performer poezji jurnej w swoim żywiole
(jak widać pogrążony w schizoidalnym transie recytuje poemat).




Na pierwszym planie - fragment wiersza Ani Krztoń.
Na drugim - młodzi postmoderniści o poczernionych sadzą twarzach.

Autorka nieniejszego bełKOTu także poczerniła ale niestety,
z racji faktu iż robiła
zdjęcie, nie zmieściła się w kadrze.



Dugi i Grupa Bardzo ( Dobrze też :D) i ich perfom-bałns muzyczny.
(w kącie siedział jeszcze Perkusista, jednakże
natura kompozycyjna tego kadru nie dopuściła do ujęcia
jego wizerunku, co rekompensuje nam pięknymi światłami
na suficie).


A jeżeli chodzi o samo spotkanie poetyckie - poziom większości wierszy
(wierszów? :D) bardzo dobrym znajduję i o więcej się zapytuję
(wiem, że rymy są paskudne, ale po dzisiejszym wieczorze trudno mi się
powstrzymać). Jeżeli zdobędę fragmenty dzieła Mistrza B., niezwłocznie
zacytuję i zilustruję.
Pozdrowienia dla staro i nowo poznanych towarzyszy s przystolika
na lewo od baru (na lewo, gdy stoi się przodem do okien).


niedziela, czerwca 8

Utracić kontakt ze światem i odrzucić wszystkie inne wyjścia poza chwyceniem za brzytwę.

Pierwszy wiersz będzie trumną dla podmiotu lirycznego, tak, żeby nikt konkretny nie mówił już i nie afiszował się bez ustanku rozbebeszonym ,,ja”.
Drugi wiersz będzie kroplą laku zaklejającą kopertę. I nikt już nie będzie miał prawa obnażyć się tutaj we własnej osobie.
Nie ,,ja” dotykam tego tematu, nie ,,mnie” dotykać będą słowa oponentów.

Ten Pan tak to sobie wyobraża - że tym właśnie sposobem można wybrnąć z opresji słowa;
Uniezależnić się od bezkształtu. Ten Pan wyobraża sobie dyscyplinę.

Rówieśnicy, zdumieni, szeroko otwierają oczy.
Słońce bierze ziemię na kolana i spuszcza jej manto.
Aż morze stanie się czerwone.
Bolało? – więc odtąd zawsze już słuchać.

Wyzbyć się powtórzeń, zbędnych ozdobników, zatrzymać soki płynące wprost z sedna sprawy, wiecznie zbyt próżnego, spędzającego sen z powiek. Wygnać z demony, przeciąć żyłkę do hazardu, zaszyć to i owo tam i ówdzie i odnaleźć sens.

Nikt jeszcze nie zauważył tego deficytu w dżungli odniesień i cytatów?
Nie potrafić o tym mówić – to jeden problem, poradzić sobie – to drugi.
Morze czernieje już od wymierzanej kary. Po pośladkach ciekną słone łzy.

Chce poznać imago mundi? Niechże najpierw kopnie je w dupę, żeby biegun południowy zamienił się z północnym i powrócił na swoje miejsce a wiatr zaczął kąsać policzki ze wzmożoną wściekłością.
W nijakości swojej straciłeś wiarę – oto jak udało się mi przejść ze sobą na ,,ty”.

Późną wiosną, o 21? – Ależ Kosmosu nie obchodzi to jałowe nadawanie, Kosmos gdzieś ma rozognione wnętrzności i pulchne od przymiotników zdania.
Stanowiący Kosmos śmieje się z pobłażaniem – ,,byli tacy, którym udało się obejść zasadę, podejść podstępem i uśmiercić, najnormalniej w świecie nakryć dłonią – ale ONI mieli TAKIE argumenty”.

Podmiot ma argumenty, ale utracił chęć dyskusji. Podmiot ma problem zasadniczy, uniemożliwiający syntezę – chce udowadniać, że potrafi. Wie jednak, że jest w matni, więc pomilczy czas jakiś. Nie może założyć, że zaistniał wewnątrz geniusz, geniusz rozpoznany wyłącznie przez siebie samego i pochlebców – zatem krytyków można wysłać na drzewo, bo po prostu nie byli w stanie p o j ą ć.

Nie może tak założyć, choć c h c i a ł b y i czuje, co gorsza, że potrafi.

Musisz stać przodem, żeby można było oglądać Twoją twarz, kalejdoskop grymasów, które z lekkością wywoła egzorcysta. Istnieje prawdopodobieństwo omdlenia ze strachu, ale kiedy już dojdzie do konfrontacji odczujesz ulgę. A potem zostanie ci odebrana.
Pewność jest śmiercią. Nie pozwalaj sobie na pewność – zaraz poczujesz się bezpieczniejszy.
Bez ojczyzny i obowiązków, bez zdenerwowania wobec skrajnego założenia, że właściwie każda z chwil może być Twoją ostatnią.

Doskonała dupa. Przecież to nie są słowa tej, która zwykła tutaj pisywać. Tamta wpadła, jak zauważono w akapicie pierwszym – Kosmos ją uśmiercił.

2 czerwca, przebyłe.

Zgrzyta łyżwa, trzeszczy przyszła kra...
Frajda trwa.

Teodozja, miałam iść spać, pod prysznic, czy gdzie tam wybierają się
wszyscy solidni uczniacy, kiedy uporają się z kolejnym szkolnym dniem.
Ale żaden ze mnie uczniak.
Więc - dzisiaj imieniny Teodozji - które to imię pochodzi z języka
greckiego i oznacza nie mniej ni więcej jak ,,dane od Boga".

Ostatnio śnię - to dosyć nietypowe,
zwykle padam kamiennie i wstaję po 6 czy 7 godzinach, lekko jeszcze
zmęczona. Dzisiaj obudziłam się jednak w zwisie - ręce sięgały podłogi,
ciało dziwacznie wykręcone i sen.
Zobaczyłam go, nim otwarłam oczy. A potem wszystko poleciało w śnieg.

26 maja, cofnąć się? - dlaczego nie.

Darzę sympatią momenty wyważenia.
Smak kawy zmieszanej z cukrem i mlekiem w odpowiednich
proporcjach - tak jak w Coffee&Cigarettes, kiedy bohaterka
zasłania dłonią kubek, przed nachalnym kelnerem, żeby
jak najdłużej utrzymać balans ciepła w obrębie porcelanowych granic.
Do tego lekka nutka jazz`u, jakiś Metheny czy Mehldau, nadający
procesowi rozpuszczania się ziaren i kropel, eleganckiego charakteru.

A wszystko to zwykłe warstwy maskujące niepokój i na wpółotwarty
podręcznik, z którego wylewa się małym strumyczkiem niezrozumiała
materia zdań. Rozum zawodzi, cichutko - ale bardzo stanowczo.

Noc ogarnia mnie przerzutami z kawałka ciała na kawałek skóry
i zakrywa ciemnością ciało. Ostatnio śnię - to dosyć nietypowe,
zwykle padam kamiennie i wstaję po 6 czy 7 godzinach, lekko jeszcze
zmęczona. Dzisiaj obudziłam się jednak w zwisie - ręce sięgały podłogi,
ciało dziwacznie wykręcone i sen.

Niepokój jest gorszy od strachu - taka autobusowa refleksja.
Ścieżka dźwiękowa autorstwa Michael`a Nyman`a
(nieomal przejęzyczyłam się i napisałam `soundtrack')
do filmu ,,Fortepian".
Niepokój - to zawieszenie - i nie masz pojęcia, czy czeka cię kara,
czy nagroda. Po prostu coś przeczuwasz. Sytuacja jest niepewna, czasy
się zmieniają i nie czujesz się na siłach a zarazem masz wielką ochotę.

Faktem fakt - niepokoję się.
Zawieszona w kosmosie tajemnica oderwie się prędzej czy później
i uszczęśliwi mnie swoją obecnością zdradzając równocześnie cel
przebywania tutaj. Pytanie `po co?` dręczy mnie niepomiernie.

Noc ogarnia mnie przerzutami z kawałka ciała na kawałek skóry
i zakrywa ciemnością ciałokształt; o tej porze to zjawisko dosyć nietypowe.
To nocą powinno się pleśnieć i umierać, przebijać swoje opuchnięte
grzybnie i jęczeć ze strachu.
A dzisiaj? Na dworze jest ciepło, słonecznie - z nieba leje się słodycz
na opalone czerwono plecy nielicznych przechodniów. Gdzieś jednak, w odległej
części części, majowe prześcieradło zaczyna sinieć.
Błękit pojmowany jako gazowy majak ustępuje powoli innym złudzeniom; ciemniejszym
i gęstszym. Pierzasta mać rozkłada skrzydła od Atlantyku aż tutaj, nad spokojną
krainą, z zielonymi paskami pól niedbale przerzuconymi nad ranami po szybach,
zapadającymi się w siebie.
Rozkładając swoje stygnące cielsko na powierzchni mojego pachnie już niepokój.
Aromat wypełnia przestrzenie pomiędzy palcami.
Całość milczy, całość nie pojmuje.
Powstrzymuje się od puszczenia w ruch pazurów. Szatkowania tego, co pozostało.
Kontempluje.

sobota, maja 31

robimy gofury!

na butelce pisało, że wystarczy dolać mleka i dokonać gwałtownego szejka -
potem wlać do gofrownicy, zostawić na 3 minuty...

..i masz babo placek

środa, maja 28

Dlaczego rurka powinna być gumowa?



































,,Nadieżda Siemionowa sugeruje, by do płukania jelita grubego, zamiast dołączonych końcówek, używać gumowego węża, znajdującego się w komplecie."

wtorek, maja 27

zmierzłe plwociny

Zapis ustawkowy.
Mianowicie - piszę, bo się denerwuję. Pisanie umożliwia mi pozbycie się części obciążeń psychicznych powodowanych codziennością.
Dlatego prawdopodobnie nie będzie ze mnie dobry literat - za mało dystansu, zbyt wiele egoizmu i chęci samozaspokojenia. Poza tym - jestem zafascynowana formą; podniecają mnie relacje pomiędzy wyrazami - czytane na głos frazy zyskują zupełnie nową melodię.
To już jest zwykłe kuglarstwo.

Ale nikt nie mówił, że nie jestem kuglarzem.
Przyćmiewa mi umysł wizja jutrzejszych zaliczeń - nie jestem w stanie skupić się i wykonać jak należy, podobno dosyć przystępnej roboty - animacji.
Żadnych cudów się w szkole nie wymaga - to początki - więc wystarczy wprowadzić nieco
ruchu i to wszystko. Chyba czekam na dzisiejszą noc - cały dzień będę się denerwować,
żeby nocy nie przespać i stawić czoła TEMU SYFU.
Zdarza się, że fizyczne restrykcje w rodzaju zakazania sobie snu, pomagają
się zmobilizować, jakkolwiek - nie wiem, czy to takie dobre. Wciąż hołduję starej
maksymie a propos pracy systematycznej.
Ale ja jestem kuglarzem - piję kawę, słucham Kosheen (bo mnie przygnębia) i zastanawiam się.

Cieszą mnie minione dwa semestry niezależnie od tego, czy to wszystko kończy się całkowicie dobrze. Najważniejsze to czuć, że się żyje. Nauka daje to poczucie - wciąż jest mnóstwo do zrobienia, są pomysły do rozwijania na przestrzeni lat - i tyle książek do przeczytania.

Słyszałam, że poczucie totalnej niewiedzy jest pułapką - z racji że jesteśmy w sytuacji, w której ogarnięcie wszystkiego, czego dobrze byłoby się nauczyć - jest niemożliwością, łatwo możemy popaść w frazesy pokroju ,,nie wiem", ,,za mało wiem", ,,nie mnie oceniać" albo w znajdujące się na drugim biegunie bezrefleksyjne potakiwanie.

I zastanawiam się, po ostatnim pokazie dokonań mitycznego krakowskiego artysty Normana Leto, z jaką łatwością ludzie zastępują swoją myślową niezależność zastępami słynnych nazwisk np. ,,musi Pan mieć rację - bo Foucault powiedział tak, a Derrida napisał to, zatem patrząc przez pryzmat ready - mades Duchamp`a jestem w stanie w pełni zaakceptować Pana twórczość oraz nowatorską (hahah) ideę głoszącą, że największymi artystami są 6-letnie dzieciaki, które za jakieś 30 lat uzyskają prymat w sztuce."

I tak jak dostrzegam istotną rolę lektur oraz filozoficzno - literackich autorytetów w procesie
kształcenia - tak z drugiej strony jestem niepomiernie zirytowana naszym mentalnym lenistwem. Swoim też, tak. Pani Stymulatorka dialogu była zachwycona, Pan Młody Student Historii Sztuki z Krakowa powiedział, że akceptuje twórczość Leto bezkrytycznie (!!).

Ja jako rasowa Polka, wychodzę z założenia, że ZAWSZE jest coś do skrytykowania.
Bo nie wszystko ma prawo pretendować do miana dzieła sztuki, choć postmodernistyczna fama niesie, że tak właśnie jest.
Bo nie wierzę, że każdy z ludzi (zreszta zgromadzonych w dosyć kameralnym składzie),
biorących udział w pokazie ,,sZTUKA oFF" zgadzał się z postulatami Pana Normana.

Mówienie że zmarły przed ilomaś tam laty krytyk sztuki pochwaliłby pewnie ich twórczość również niczego nie zmienia w tym dialogu - bowiem ów krytyk martwym jest od lat.
Łatwo zasłonić swoją konfuzję kukiełką jakiejś wybitnej persony i wymigać się tym samym od zadania istotnych pytań: ,,po co?" i ,,dlaczego?".

Jeżeli zakładamy, że wartość dzisiejszej twórczości rozstrzygną dopiero przyszłe wieki, może w ogóle zarzućmy wszelka krytykę i wszystkie zjawiska budzące w nas negatywne emocje
kwitujmy milczeniem; natomiast to co nam się spodobało określajmy słowami ,,ładne", ,,urocze",
,,miłe" miast porywać się na zwroty typu ,,Wystawa Śląsk Activ 3 (...) prezentuje obraz nielinearny, fragmentaryczny, nie powiązany ściśle instytucjamim, dzięki temu niezideologizowany choć ideowy (...)" z nieodłącznymi smaczkami w rodzaju ,,Wystawa ma charakter ,,work in progress" (...)".*1
Nowa tożsamość śląskiej sztuki określana jest za pomocą zwrotów anglojęzycznych; dlaczego?
Małym jestem ludkiem, niczego nie rozumiem - nie pojmuję, niech ktoś mi wytłumaczy?
Czy sztuka świeża i nowa musi mieć koniecznie zasięg globalny, macki angielskich słów wysuwające się w kierunku świata?
Śląsk jest "activ" i ,,trendy", hm?
Jestem zbyt zmęczona, żeby to pojąć.

Miałam napisać notkę terapeutyczną - ale znowu się zdenerowowałam; być może przeczytałam o jedną książkę za mało by zrozumieć złożone mechanizmy składające się na język dzisiejszego artystycznego światka.
Ale jako zwykły maluczki mam prawo wykrzyknąć, że WKURWIA MNIE NIEZROZUMIAŁOŚĆ WASZYCH DZIAŁAŃ i że proszę o instrukcje do wszystkich tych filmów o narciarzach i figurach geometrycznych.

Żeby nie było skrajnie pesymistycznie i krytycznie, dodam, że prezentacja Andrzeja Tobisa na ,,Śląsk Activ 3" zachwyciła mnie swoją bezpretensjonalnością i zmusiła do podniesienia kącików ust. Lecznicze właściwości obrazów - oto recepta na świat, oto recepta na Aktywny Śląsk 4 - coś budującego, chociażby wyzwalającego w widzu dobrą energię miast nieustającej irytacji faktem, że jest się profanem i ignorantem, bo nie dostrzega się ducha artyzmu w haśle ,,Prawdopodobnie wszyscy jesteśmy tylko zwykłymi śmiertelnikami"*2 opisującym zdjęcie kuchennych szafek.

Uch!
Wyraziwszy swoje ubolewanie i wylawszy jad i gorycz na Bogu ducha winnych aktywistów, chciałabym jeszcze dodać, że i tak cieszą mnie przedsięwzięcia pokroju wystawy ,,Śląsk Activ" czy pokazów w CSF, bo równie dobrze moglibyśmy w nieskończoność podniecać się obrazkami Malczewskiego, co byłoby niepomiernie nudne.
A tak to człowiek się czasem poddenerwuje i refleksją jakąś zajmie się...

Tym konstruktywnym stwierdzeniem przydługawą wypowiedź swą kończąc podnoszę obolałą część tylną z krzesła i ruszam na łowy - do bibliotek drukarni i szkół. Amen.



*1 cytaty są fragmentami opisu wystawy zawartego w ulotce zalegającej na stoliku w rzeczonej katowickiej
BWA
*2 tytuł pracy duetu
Łukasz Dziedzic & Joanna Rzepka-Dziedzic

niedziela, maja 25

Ave Diamanda!

Praca, która z racji nieprawidłowego zagruntowania, lada dzień zniknie
spośród żywych. A szkoda, bo to moja najlepsza. A może właśnie dlatego
dobrze - bo będzie trzeba zrobić kolejne a nie ślinić się do jedynej udanej.
Z dedykacją dla Józefa Czapskiego.

Ale nie o tym być ma!
Ma być o zniewalającym dźwięku, charczeniu, sapaniu i pisku, cudownym
pisku przywodzącym na myśl skrzypce.
Nie potrafię się skupić jak należy, bo z głośników leci Diamanda Galás.
Dawno nie słyszałam czegoś takiego, zaparło mi dech.
Płyta jest ciężka, ale tak piękna, że zaczynam odczuwać rausz.
Ten Głos!
Dlaczego nigdy dotąd, chociaż na nią trafiałam, nie potrafiłam w spokoju
tego posłuchać!? Genialne.
Zatytułowana - The Litanies Of Satan - dwie piosenki, Ave Diamanda!