środa, września 24

szybki mętny

Żółte buty są jak droga cierniowa - wydrążyły mi ostrymi ząbkami (tak, ząbkami, pamiętasz?!)
dziurę w lewej nodze. Kogo więc interesuje czy są ze skóry - czy nie.
Taka dziura jak ta - na nic. Zwykłe ujście dla kolejnej żółtej rzeki ciała.
//
Równoczesne obcowanie z ,,Dziewięć" i ,,Murami Hebronu", to ból w czystej postaci.
Szczególnie w autobusie po 23, ale kiedy się czyta, przynajmniej niczego nie widać.
//
Jestem już po a zarazem ciągle przed - przed dzisiejszym obiadem, który połknę jutro rano,
jutro rano za 5 godzin zaraz po otwarciu oczu.

I na to tylko czekam, odganiając inne, gęstsze zjawy.
Dobranoc.

poniedziałek, września 22

ubrania idę już spać

Wszystkie ubrania, które kiedykolwiek tu leżały. Łasiły się do skóry.
Strzępki materiałów, przylegające ciasno do bioder. Szerokie w dzwon
spodnie z nogawkami, wlokącymi się po ziemi, pod podeszwami butów.
Zima 2001, grudzień, przemarsz przez wieczerzę wigilijną w parze gatek
prosto ze sklepu, w owiniętych wokół nóg prostokątach dżinsu.
Różowa reklamówka i tekturowa karteczka z floralnym wzorem.
Przypominane wieczorem, maście przeciwko zamarznięciu.

lepkie kałuże, kolczaste przypływy radości, wiosna 1999,
przypuszczalnie wielkanoc -
marszczona przy ramionach i dekolcie
nowa
biała

skóra
zawieszona na klamce
poza czasem aktywności fizycznej


Okolice jesieni 1998 -
granatowe
pikowane
udoprzylegacze

kto wtedy takie nosił

niebieskie pikowane buty
krasnoludzkie większe rozkoszniejsze
niż para noszących je stóp

para buch
wszystkie ubrania, które kiedykolwiek spowijały ciało w mrok,
rozkładały się na strzępy, wcierały w skórę fragmenty włókien,
wnikające w mózg instrumenty codziennego przechodzenia
ze snu w inny sen

ostra fascynacja lakierkami na przezroczystej podeszwie
jesień 1997
czas brązowych spodni w kratę
białej bluzki
pragnienia wysokości

rosło się na przezroczystych plastikowych podeszwach
dwa centymetry w górę
i choć niżej
wyżej niż wszystkie panie na wysokich obcasach

Osoba na zdjęciu ma pewnie imię. Sowuk - Imię.
Niebieskie oczy dziwnie wytrzeszczone, zmierzwiony wzrok.
Krzywy uśmiech ma.
I źle ubrana, źle ubrana.
Stoi i patrzy na mnie ze zdjęcia. Z niebieskimi oczami,
ustami, rozumem, stoi w źle skrojonym, przedwczesnym ciele.
Nieswojo krzywo uśmiecha się.

piątek, września 5

Geniusz zbrodni!

....

(...) a kurier pocztowy już wcisnął się w tę grupę nie mówiąc nic
i nie roniąc ni słowa, jak nieważki, wysuszony albo skamieniały ptak,
nie sęp oczywiście ani nawet jastrząb, ale, dajmy na to, pterodaktyle pisklę wstrzymane w rozwoju tuż po wyjściu z jaja dziesięć epok lodowcowych temu
i tak zestarzałe w swym dzieciństwie, że stało się zniszczonym i znużonym
antenatem wszelkiego późniejszego życia.


W. Faulkner, Requiem dla zakonnicy

czwartek, września 4

oda do Stasiuka (a droga jest szarą kasetą).

Wynikł powrót. Zajebiście piękny dziesięciogodzinny przejazd przez
trasę trzystukilometrową - zatem zdaje się wynikł także fenomen na
skalę europejsko-unijną. Tym, którzy karmiąc nas pustosłowiem
zastanawiają się nad losami Gruzji, Armenii, Izraela, Somalii, Ukrainy, Chorwacji i Serbii
oraz nad tym, dlaczego Chiny otrzymały możliwość organizowania olimpiady,
sugeruję jednak pogłębienie refleksji wewnątrzustrojowej.
(Chyba, że ich panaceum jest tarcza antyrakietowa, która ściągnie
na naród wybawienie od rodzimej nieudolności, pod postacią pocisku, który
zlikwiduje za jednym zamachem - zarówno przyczyny naszych bolączek -
jak i nas samych.)

***

Ale póki co oddalamy się jednak na pewien czas od naszych osobistych
potentatów politycznych. Obieramy kierunek circa wschodni.

***

Częste podróże na zachód powodują pewnego rodzaju zachwiania europejskości,
z czego dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę.
Człowiek skupia się na jedynej znanej sobie stronie świata, spiętej klamrą
unii, znajomej z podręczników historii i geografii. Uczy się niemieckiego,
angielskiego, francuskiego, dla smaku - hiszpańskiego, czy włoskiego.
(Niezbyt dobrze pamiętam lekcje geografii a tym bardziej podręczniki,
ale kilka słów wraz z kontekstami zapadło mi w pamięć. Słowo,,slums"
kojarzono z przedmieściami wielkich miast Ameryki Łacińskiej, wspominano
o brazylijskich ,,favelach", o biednej Afryce - ale nie pamiętam ani słowa
o biedzie w Rumunii, Bułgarii, Ukrainie, Litwie czy Estonii.)

Obce galaktyki, których penetrowanie utrudniają liczne przeszkody,
- tragiczne drogi, długie postoje na granicach, wizy, bariery językowe
czy najzwyklejszy w świecie strach przed nieznanym.

30 na godzinę. Kierowca przeklina los, który zepchnął go z jedynej
słusznej ,,Autobahn" wprost na piekielną ,,darogu".

I myśli się właśnie w ten sposób, po zachodnioeuropejsku - ,,drogi są tragiczne",
bo nie można po nich przemknąć 100 km w ciągu godziny.

Zdenerwowanie po chwili ustępuje miejsca rezygnacji.
Jedzie się powoli, omijając dziury, zabłąkane zwierzęta,
grupy niefrasobliwie rozchwianych, zagadanych przechodniów.
Traci się z oczu bilboardy i naszpikowane szyldami strefy przedmieść.
Krajobraz powinien wyblaknąć, tak się myśli, z braku magenty,
wasabi green i fontu helvetica. Pozbawione języka reklamy wzgórza
powinny zapaść się pod ziemię, powinny stracić umiejętność przemawiania
do zabłąkanego na szosie turysty.

Dzieje się jednak inaczej. Kiedy gaśnie silnik samochodu, wszystko wokół
zaczyna dźwięczeć. Szumy i szelesty, nieznane ptasie głosy.
Przez głowę przemyka myśl, że wielkie jest prawdopodobieństwo napotkania
tutaj niedźwiedzia.
Słucha się i zaczyna przypominać, że istnieje jeszcze coś, poza naszym
podwórkiem. Istnieją inne powietrza i znaki.

Wolna jazda zmusza do obserwacji - więc mimowolnie ogląda się mijane
domy, wciąż jeszcze drewniane, otoczone sadami i zabudowaniami
gospodarskimi. Patrzy się na ludzi o ogorzałych, pomarszczonych twarzach,
w ubraniach jakby nie z tego świata, przykurzonych, przekopujących zagony i orzących pola.

Jest czysto, myśli się. Pola ciągną się kilometrami. Na wzniesieniach błyszczą
w słońcu srebrne i miedziane hełmy cerkwii. Stada owiec.
Zarośnięte gąszczem chwastów szeregi popękanych od starości macew.

I dalej.

Otwiera się szerzej oczy na widok brudnych buziek cygańskich dzieciaków
uganiających się całymi gromadami po centrum Medzilaborców na Słowacji.
Odmawia jałmużny nachalnym czarnowłosym kobietom w ciężkich spódnicach.
Mija się ich domy na dalekich przedmieściach, białe i długie baraki
otoczone wzgórzami odpadków.
Trwa się w zdziwieniu na widok rachitycznych zabudowań przed którymi
przesiadują milczący mężczyźni popalający papierosy.

Potem czyta się Stasiuka i dowiaduje, że ,,Słowacja liczy 5,4 miliona mieszkańców.
Pół miliona z tej liczby to Cyganie. Prognozy mówią, że za pięćdziesiąt lat
będą w Słowacji stanowili większość" (A. Stasiuk ,,Fado", s.76), ,,Tak więc Polska
ma szansę sąsiadować od południa z pierwszym cygańskim państwem w dziejach"
(A. Stasiuk ,,Fado", s.62).
Do świadomości przenika wyparty przez wszechobecne anglizmy fakt istnienia
innych języków - zaczyna się zastanawiać nad tym, dlaczego nie zna się wciąż
ni jednego pisarza bułgarskiego czy chorwackiego. Kim jest Miodrag Bulatović?
Co za szczęście, że miesiąc temu przeczytałam książkę Serhija Żadana ,,Depeche Mode" -
mogę dzięki temu powiedzieć, że znam jednego pisarza ukraińskiego
(a wikipedia aż 71 - http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Ukrai%C5%84scy_pisarze ).

***

Zachłystuję się, zachłystuję się światem.
Beztroskim leżeniem na ławce i marzę o zdobyciu tytułu mistrzowskiego
w dziedzinie przechodzenia z miejsca na miejsce, produktywnego nicnierobienia.
Spoglądaniem na oświetlony słońcem chodnik, jak na prywatne dzieło sztuki,
deptane przez wszystkich i przez to deptanie jeszcze bardziej uświęcone.
Nie żadne tam ready - made, oblizane i przewertowane przez setki rąk.

***

Żyje się zbyt szybko.
Żyje się nie dostrzegając niesamowitości tego, co wciąż jeszcze nie zostało jeszcze doszczętnie wchłonięte przez nienasycony żołądek ,,globalnej wioski". Pierwszymi stronami gazet i dziennikami telewizyjnymi.
Żyje się chwilowymi zrywami mediów, które co jakiś czas sięgają po rumuńskiego pisarza czy ukraiński zespół punkowy i czynią z nich gwiazdy jednego sezonu, by błyskawicznie je przetrawić i zepchnąć na margines, by zrobić miejsce ,,nowym odkryciom".

Żyje się życiem tymczasowym, zawieszonym na doraźności własnych potrzeb.
Obawami co do przyszłego materialnego zaspokojenia. Przedmiotami Zbytku Codziennego.

Żyje się i nie wie, ile słuszności w tym biegu z wystawy na wystawę, z miejsca
na miejsce. W zasapanym przelatywaniu z wieży Eiffla do Placu Gwiazdy.
Ile słuszności w próbach nadążania za pozorami nowoczesności - aktualnymi trendami,
które ledwo złapane w garść i przyswojone, przeminą.

Czy mamy jakiekolwiek szanse, by ogarnąć umysłem bogactwa oferowane nam
przez świat? Czy uda nam się, kiedy już zejdziemy z wieży Eiffla, w potoku
innych turystów, oderwać od wyznaczonej trasy i zejść na pobocze - odwiedzić
miejsca nieopisane w przewodnikach? Czy uda nam się pogodzić z faktem, że
nie zdołamy tego wszystkiego ogarnąć i pomimo to wciąż czynić wycieczki
poznawcze do półek bibliotecznych z literaturą wschodnioeuropejską?
Zobaczyć choć jeden w życiu rumuński, estoński, rosyjski, słowacki film?

***

Później.
(Czy uda się zamknąć to wszystko, całego siebie, na rok czy dwa,
odmówić wstępu gazetom, filmom i książkom i przeżywać raz jeszcze,
sprawdzać, ile zdołaliśmy zapamiętać, kim się staliśmy i czy cokolwiek
uległo zmianie. Mieć przy sobie drugiego człowieka, na długo, na całą
wieczność i przeżywać go, akceptować, przyswajać. Trwać z nim w tym
odosobieniu dłużej niż trwa standardowe, gazetowe ,,kocham Cię".
Pogodzić się z nim do ostatniej tkanki.)

***

Dosyć trudno przekonać siebie samego do nakazów wnętrza.
Trudno wierzyć w to, że w duszy tli się coś, co mówi inaczej niż plakaty,
niż rubryki z poradami erotycznymi dla nastolatków.

Utylitarnie wycisza się własny sprzeciw, bo nie wiadomo, na ile jest podstawny a na ile iluzoryczny.
Ucisza się siebie samego, bo negacja także jest dzisiaj bardzo ,,trendy".
Przystoi walczyć i krzyczeć.
Takim, co krzyczą, można przecież zrobić porywające fotografie.
Można wynieść ich na piedestał jako Tych Co Odważyli Się Być Inaczej.
A potem wessać spowrotem, ugłaskanych i dokarmionych.
Nie chce się stać jednym z nich. Lepiej więc milczeć?

Trudno uwierzyć w instytucję ,,własnego języka", języka, który nie istnieje w żadnych
innych ustach, poza naszymi własnymi. Przywykliśmy do jednogłosowości i mamy problem
z wysłyszeniem subtelnych, ćwierćtonowych różnic pomiędzy wzajemnymi obserwacjami.

Trudno. I nie wiadomo czy warto w ogóle się na tym zastanawiać.
I czy warto to rysować, opisywać, przerabiać na wszelkie możliwe sposoby.


A więc ostrożnie, proszę Państwa, ostrożnie,
(myśli się nad koniecznością przejścia na inną stronę).



...

wtorek, września 2

marzyciele

Pierwszy przypływ miał miejsce pod koniec czerwca, pamiętam
to bardzo dokładnie. Strach. Pamiętam dokładnie. Ciepło wlewało
się szparami w drzwiach i oknach, na zewnątrz czekali Oni.

A wewnątrz był strach. Niedowierzające spojrzenie.
Może to wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, że to już
chyba koniec czegoś. Że zaczyna się wojna i lada chwila trzeba
będzie zacząć golić łydki. W spojrzeniu świata pojawiło się
obrzydzenie. Pierwszy przypływ bolał bardziej niż wszystkie
następne i przelewał się przez plażę mocnymi, krępymi falami.
Nudności.
Pierwszy przypływ to dopełnienie bioder i piersi.
Kolejna para ust, które trzeba będzie nakarmić.

Tuż obok stało drugie morze, wobec którego nowy, czerwony
pancerzyk biedronki nie znaczył nic.
Pierwszy przypływ sprawił, że zamiast napawać się krajobrazem
i wyrafinowaną kuchnią, rzygałam w wielkie morze, przechyliwszy
się przez barierkę, z mocno zaciśniętymi powiekami.

...

A teraz ze wszystkich sił wpadnę w Ciebie.
Najmocniej jak potrafię, przez swoją krew, na swoją krew.
Marzenia wysysają zdolność całkowitego docierania.
Obezwładniające myśli wiążą ręce.

A to przecież dopiero ciało.
Piękna przeszkoda do pokonania, w drodze na wejście.
Opada na podłogę, słabe i uciszone i wtedy dopiero zasypia naprawdę,
kiedy już je nakarmią i utulą. Wtedy przestaje użalać się nad wojną.


Na chwilę.