niedziela, marca 29

Hell... - pocztówka olinkowana.

Z racji faktu, że przed chwilą miałam przyjemność wreszcie, po latach, zobaczyć od początku do końca film Helvetica i teraz, wygrzewając się przy melodiach Ennio Morricone (chwilowo nie przy Leningradzie, jakkolwiek trudno się powstrzymać od słuchania tego diabelstwa, Panie Szymonie), trawię pozbierane w trakcie prace osób, które wypowiadały się na temat legendarnego kroju i w ramach dzielenia się swymi dobrami wrzucam tu kilka linków. Pewnie, jak zwykle, wszyscy oprócz mnie mieli już do czynienia z tymi projektantami (dobra, dobra, Spiekermann był znany), ale pogodziłam się z tym faktem i teraz cieszę się nimi od nowa. Ostatni link to pdf książki Vignellego, nie wiem jeszcze dokładnie, czy dobra, ale ładnie wygląda, więc załączam na wszelki wypadek.

sTUDIO nORM
THe eXPERIMENTAL jET SEt
Erik Spiekermann
Paula Scher
MASSIMO VIGNELLI - CANON

:edycik:
na rano piosenkę dedykowaną (chyba godzina się zmieniła ;) - jakoś nie zauważyłam, że należy przestawić zegary...ale w dwóch komputerach się przesunęła, zatem zdaje się, że coś jest na rzeczy). Uzupełnienie riserczu projektowego na naszym blogu. InDesign i tyle.

wtorek, marca 24

środa, marca 18

blik.blik.

-Hej, stary, kurwa stary, jadę po nią, będę pod jej klatką o 14.30, trochę bez sensu, wiem, o 12 kończy szkołę, ja pierdole, czekać muszę, ale co zrobić, kurwa, kiedy tak jest.
-A pod szkołę jej podjechać nie możesz? Czas trochę marnujesz, jeździsz, tam i tam, stary!
Przecie szkołę ma niedaleko pewnikiem, podejść byś po nią mógł.
-Wiesz, stary, ale nie wiem, gdzie ona do chuja zapierdala. Budę masz gdzieś na Stroszku, to tak jakbyś się w Nowym Jorku laski chciał doszukać, ochujeć można.

(supermarket, którego nazwy nie pamiętam, bo ma tak kiepskie logo, że zapomina się je natychmiast po zobaczeniu, dwóch młodych chłopców w bluzach z najki)
++
Dziwne miasto. Wystraszeni osiemnastoletni gliniarze chodzący trójkami, kolesie w land cruiserach, patrzący na ulice jak na swoją własność, faceci pod pocztą handlujący impulsami z kart telefonicznych, ludzie objuczeni naczyniami, łysi małolaci w szerokich spodniach ze wzrokiem potulnie wbitym w ziemię, jakby uprawiali jakąś nieśmiałą franciszkańską odmianę gangsta, panny z gołymi brzuchami, na niebotycznych i chwiejnych obcasach, przechadzające się główną ulicą niczym po missświatowym wybiegu, romańsko-słowiańska mieszanka urody, oszpecona burdelowym makijażem, chłopska nieśmiałość w rewiowych kostiumach i wrażenie, że wszyscy coś udają, że naśladują własne wyobrażenia o świecie, który jest gdzie indziej.
(A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, s.152)
++
- Pogoniłabym cię, ale zbiera się na strach. Po chodniku wiruje śnieg, po parkiecie, jak w tańcu na lodzie z gwiazdami, zapierdala zimny, skamieniały pociąg. Dokąd, dokąd? - tam chciałabym teraz siedzieć, patrzeć na siebie przez okno, jak oddalam się, mały szklisty punkt na styku krajobrazów, z łokciami opartymi o zimną, wpijającą się w ciało barierkę.
Suche badyle szumią, kiedy po zmroku przechodzę przez przejazd kolejowy. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że ktoś stoi za krzakiem, że niemal stuprocentową można mieć pewność, co do zaczajonych między gałęziami twarzy.
W dole jest chłodniej.
Rano, kiedy zimne podmuchy przelatują wzdłuż nasypu, młodzi chodzą tam przed szkołą palić fajki i wypijać błyskawiczne browary (te od których chłopaki leżeli kiedyś pod szkołą, tak zupełnie, totalnie schlani, że nigdy w moim wtedy jeszcze 14-letnim życiu, nie widziałam takiego pogromu). W dole kiedyś jeździł pociąg i jeżeli przejdziesz się w głąb, wzdłuż nasypu kolejowego, czasem natrafisz na pozostałości podkładów, zakryte grubą warstwą śmieci, gromadzonych tu przez te kilka lat, od kiedy zlikwidowano dolną linię kolejową.
I wiesz, to takie dosyć pojebane, że wciąż pamiętam swoje małe buciki u stóp biało-czerwonego szlabanu. Wczesna podstawówka, ani chybi, przypomina się i domaga uwagi.
Ciężko cofać się aż tam - w tych okolicach jest zupełnie jasno, wszystko wyblakło od słońca i czasu, od lat, które minęły i bezpowrotnie oddzieliły mnie od tamtych czasów. Tylko kilka małych karteczek post-it, wlepionych w głębi, zakamuflowanych w odmętach mózgu, zawiera ubogie informacje o wydarzeniach minionych, na przykład człowieku, który osiedlił się na strychu szkoły – jakimś inżynierze wyrzuconym przez żonę z domu, rozwiedzionym i nieszczęśliwym. Podobno włamał się któregoś dnia do swojej dawnej szkoły podstawowej (a naszej ówczesnej), z torbą pełną ubrań i odrobiną prowiantu, wszedł na samą górę i otwarł drzwiczki, sobie tylko znanym sposobem. Niektórzy mówili, że miał klucz, dorobiony jeszcze w czasach, kiedy wkradał się tu z kolegami, żeby w ukryciu popijać wino i dyskutować na różne bardzo poważne tematy. Kiedyś młodzi byli inni – nie chowali się z telefonami komórkowymi w szafach sal biologicznych, wciśnięci pomiędzy słoiki z preparatami, żeby przez całą lekcję wysyłać nauczycielce głuche sygnały i dezorganizować w ten sposób lekcje.
Inżynier był z tego starego, dobrego pokolenia, nauczonego posłuszeństwa, wychowanego na starych zasadach, nietkniętego jeszcze czarną zaćmą Internetu, co to dyskutowało i walczyło.
Widział wszystko bardzo dobrze – tego dnia, kiedy żona wyrzucała jego ubrania i książki przez balkon, poczuł się bardzo nieszczęśliwy, bo przecież nie zrobił jej nic złego – i to nie on, lecz ona, ukrywała w szafie jakiegoś blondasa…a właściwie, to wcale nie ukrywała, tylko eksponowała w pokoju jadalnym, sypialnym, na mieście i w kościele. W pewnym momencie zabrakło miejsca dla nich trojga i ona, wraz z tym blond bandytą, zdecydowała, że jednak to dla inżyniera zabraknie w układzie miejsca – że to on jest najsłabszym ogniwem i że ją bardzo denerwuje. Kiedy to usłyszał, poczuł, że łamie się w nim serce i chyba coś jeszcze, czego nie potrafił dokładnie zlokalizować, bo żaden podręcznik anatomii nie ujmował istnienia tego istotnego szczegółu w schematach przedstawiających układy ludzkiego organizmu. Zapragnął cofnąć się do czasów, kiedy przybiegał z małym plecakiem do szkoły i z pasją rozwiązywał zadania matematyczne, pod okiem dobrej pani nauczycielki.
Niemal słyszał szelest fartucha kuchennego swojej matki i wtulał się w niego, chłonąc zapach ciepła. Teraz takiego ciepła raczej już nie uświadczysz, bo wygolone na duszy panny, czytają raczej inne rzeczy, niż takie matki i bynajmniej niezbyt często zastanawiają się w wieku 19 lat, czy czas już na dzieci i kuchnie. Czas dzieci i kuchni minął, dlatego żona wyrzuciła inżyniera, rujnując mu całe, nieźle poukładane inżynierskie życie.
Wrócił więc do szkoły, zakładając, że widocznie jakieś luki w podstawowej edukacji, uniemożliwiły mu przystosowanie się do tego pachnącego pleśnią, wyfiokowanego świata i to dlatego, że wieku lat 8 dostał pałkę z przyrody czy biologii, spowodowało, że przeoczył istnienie jakiegoś szczególnego hormonu, synapsy energetycznej odpowiedzialnej za stałość.
Umościł sobie posłanie na stosie starych zeszytów.
Nocami wymykał się w poszukiwaniu pożywienia – w dzień siedział u góry, między robactwem, szkolnymi aktami i zwałami starych krzesełek. To było takie piętro bez klas – dostać można było się tylko małymi, zawsze zamkniętymi, żółtymi drzwiczkami.
Kiedy już byliśmy starsi a ósme klasy wyszły ze szkoły, wspinaliśmy się po schodach i siedzieliśmy u stóp tego maleńkiego wejścia. A potem dowiedziałam się o inżynierze i przyszło mi do głowy, że mógł siedzieć, z głową tuż przy dziurce od klucza – i podsłuchiwać nasze rozmowy, podkradać wyznania. Że inżynier wie już o nas wszystko. I przestraszyłam się. Ale wyprowadzili go, przyszli z policją i powiedzieli, że ma wychodzić, nie ukrywać się na strychu, jak jakiś sztubak. Że strych nie ma skrzynki pocztowej, więc nie przyjdą tam pozwy rozwodowe i inne rzeczy, które koniecznie trzeba odbierać i czytać. I że nie można się tak, w wieku podeszłym uchylać od świata i odpowiedzialności. Że jak się czegoś nie chce – to mówi się natychmiast – nie chcę – i nie roztrząsa problemu metodami nerwowo-ucieczkowymi. Miał napisać pismo, że nie chce już tej żony, tak samo, jak ona nie chce jego i pożegnać się ze swoimi dwudziestoma latami spędzonymi u jej boku, tak samo, jak ona pożegnała się z nim, wybierając jakieś inne, niezrozumiałe dla niego boki (zboczona!).
Bez telefonu pan tu siedzi, bez światła - tak podobno powiedział policjant - Nie lepiej to do ludzi wrócić, życie kontynuować w warunkach humanitarnych?, tak mówił, a inżynier milczał, przerażony ilością twarzy, które świeciły naprzeciwko jego twarzy i domagały się uwagi. Nie rozumieli, że on, zwyczajem istot pierwotnych, nie mając w pobliżu żadnych mocniejszych katakumb, zaszył się w ciemnościach, żeby wrócić do łona tej, która wydała go na świat. Lizać grzyby na ścianach dzieciństwa, wchodzić w słoneczne, letnie halucynacje, którym oddawał się z zachwytem jako chłopiec dziewięcioletni, błądząc po porośniętym krzakami podwórku z zmiętym egzemplarzem jakiejś, porośniętej dużym drukiem książki.

No, jak patrzysz, mały, to się woła o pomstę do nieba. Wyglądasz, jakbyś miał ochotę na litrowy karton ciepłego mleka i kołdrę pikowaną przez babcię, steranymi, pooranymi zmarszczkami i bliznami, palcami, ciepłymi jak chleb, słodkimi, jak miód. Palcami odległymi od nas, jak czasy o których przeczytałeś na różnych stronach w różnych książkach i pracach naukowych - i o których dobrze wiesz, że istniały tylko we fragmentach – już od samego swojego zarania wymyślone i podrysowane kawałkami sangwiny przez zmyślnych, niezadowolonych z wadliwej konstrukcji wspomnień, autorów. Dobrze, nie będę opowiadała więcej o tym przedwcześnie posiwiałym człowieku, którego zabrali nauczyciele i policjanci. Dobrze, dowiesz się, że zakończenie było dobre - zniknął na długie lata, zaraz po tej eksmisji, by zarastać zarostem w Chile i Patagonii, z plecakiem przylepionym do pleców, z aparatem fotograficznym. Zwisał wielokroć na parcianym pasku z gałęzi drzew i z góry śledził, nieświadomych swojej obecności pogromców ludzi i zwierząt, drących maczetami zarośla.
No nie patrz tak na mnie, maślanym wzrokiem – też lubię te historie, pachnące potem i krwią, gęste od jaskiń i piwnic, z włosami całymi w pajęczynie i ogniskowym dymie. To była wczesna podstawówka, zupełny zawał serca, nie wiedziałam co myśleć, kiedy patrzyliśmy przez okno, jak go wyprowadzają.
++

(.)

permanentny rizyrcz vol.2



















(rano jest, nie wypisuję, co należy do kogo, zainteresowanym iformacji udzielę ;);
tak mniej więcej prezentuje się stan umysłu przeciętnego studenta, porwałam różneobrazki z różych miejsc a teraz kicham i autobus i zadysz, zadysz, zadysz...)

poniedziałek, marca 16

ciasteczka







Vol.150309circa00:30(V/A)

Niewidzialna dłoń wlała mi wodę do ucha, podskakiwanie, przełykanie – wszystko na nic. Cierpię w milczeniu i ciemnościach. Na dworze jakiś potężny smog, przejście tego, w drodze powrotnej z Knosałystr., było niemal niewykonalne. Dusiołki z kominów, zarzucające na gardło pętle z CO2, nie mogły przepuścić okazji i zabawiały się - gromko poświstując - ze wszystkimi przechodniami w ten brutalny sposób. Na szczęście zima się kończy i wkrótce dym pójdzie w niepamięć (a CO2 w pięty nam wszystkim).
Ale nie o tym być miało.
Podczas mycia podłogi, jak zwykle w momentach wykonywania czynności średnio potrzebnych i jednostajnych, zaczęły spływać z sufitu sceny z The Doors, uwielbianego przeze mnie widowiska.
Z racji, że nie chcę się znudzić i opatrzeć - staram się organizować seanse w dłuższych odstępach czasu, żeby zdążyć zapomnieć, o co właściwie chodziło i móc za każdym razem, po przedszkolaczemu, na nowo cieszyć się tą ładną opowiastką, która zawsze wprowadza niepowtarzalny nastrój.

Teraz głos w tle - wielki Pan Romantyk recytuje swoje poezje, niepokalanie urżnięty – a jego kapela przygrywa w tle.

Jesteśmy już na pustyni?
Tak, to chyba pustynia. Żółte kamienie i zszarzałe od słońca kikuty kaktusów – kilkugodzinny trans – błąkający się między wydmami nawiedzeni goście – ich cienie ciągnące się na całej, niezmierzonej długości. Gdyby ta kraina istniała, moglibyśmy poczuć się, jak u siebie w domu. Gdyby ta utopia była możliwa – a bajka, zamiast chwilę, trwała wiecznie – moglibyśmy zanurzyć się w wilgotnej szczelinie, która połknęła słońce.
(
Hey Morrison! Fuck 'em, it's great.
It's non-linear, poetic, it's what Godard stands for.
)
Leżymy w trawie. Nie ma zimy, w szczelinie śnieg jest ciepły, łzy są słodkie, zlizywane z policzków przez łagodne języki ognia, który nie parzy, tylko lekko ogrzewa.

W szczelinie słowa nie mają znaczenia, bo wszystko, co się dzieje, jest dobre. Val Kilmer vel Jim, wygląda jak satyr, z rozchylonymi wargami, nieświadomie obnażając zęby, jak zwierzę, głodny i zaintrygowany tym, co niewidoczne. Przeczuwa. Próbuje dotknąć. Wściekle usiłuje przerwać błonę dzielącą go od nieosiągalnego. Drapie tak długo aż natrafia na spiralną zjeżdżalnię. I spływa w dół.
Uch, moment, kiedy na imprezie u Warhola natrafia na Nico.
Uch, co za brud, co za żywotność i zły zbieg okoliczności.
(
- Come on, Jim, this isn't our scene. These people are vampires.
Come on, let's make the myths. Remember?
)
A potem sam Andy, szczyt spedalenia, szczyt nawiedzenia, księżniczka wenecka, pozbawiona okularów ciota z plaży w Lubiewie!
I skok kilka klatek niżej, do pokoju, w którym pije się krew ze złotych pucharów, pomiędzy czternastowiecznymi księgami, z Panną podejrzanej proweniencji, coś jak seks w masońskiej loży przykrytej bizonią skórą, w obłokach delikatnego, białego proszku…I jeszcze szybciej, coraz szybciej w dół, szalonym kolażem koncertów i bekstejdżów, scen domowych i szaleństw nocnych…na śmierć ad1971.

Jak tu teraz nie śnić o Jaszczurach...

piątek, marca 13

notatki z filozoficznej apokalipsy (nie - małej) ;)

Sokrates nie pisał, tylko rozmawiał. Nie pisał programowo. Pochwałę słowa żywego, mówionego, a potępienie słowa pisanego wygłasza we Fajdrosie. Opowiada tam legendę o bogu egipskim Teucie, który wynalazł wiele sztuk i umiejętności, a m.in. sztukę pisania, i uczył ich króla Tamuza, ażeby to rozpowszechnił je w kraju.
"Kiedy doszli do liter, powiedział Teut do Tamuza: Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w pamiętaniu; wynalazek ten jest lekarstwem ku pomocy pamięci i mądrości. A ten mu na to: Teucie, mistrzu najdoskonalszy, jeden potrafi płodzić to, co do sztuki należy, a drugi potrafi ocenić, na co się to może przydać i w czym zaszkodzić tym, którzy się znają daną sztuką posługiwać. Tak też i teraz: ty jesteś ojcem liter, zatem przez dobre serce dla nich przypisałeś im wartość wprost przeciwną tej, którą ona posiadają naprawdę. Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego nauczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufawszy pismu będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, z odcisków obcych, a nie z własnego wnętrza, z samego siebie. Więc to nie jest lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypomnienie sobie."
i dalej:
"... Jest w piśmie coś bardzo niebezpiecznego, i w tym jest ono rzeczywiście podobne do sztuki malarskiej. Toż i jej twory stoją przed tobą jak żywe, ale jeśli kiedy zapytasz je o co, wtedy bardzo uroczyście milczą. Tak samo słowa pisane: zdaje ci się, że one myślą to, co mówią, ale jeżeli zapytasz je o coś, żeby lepiej zrozumieć to, o czym mówią, one wciąż tylko jedno wskazują, zawsze jedno i to samo."

(...)
Protagoras próbuje udowodnić Sokratesowi, że podobne słowa jak np. sprawiedliwość znaczy to samo, co zbożność, jednak Sokrates na taką procedurę się nie zgadza. On szuka słowa "najsilniejszego", dla każdej rzeczy jednego i jedynego, "logos erromenestatos", które jest obrazem rzeczywistości i prawdy, a nie konwencjonalnym znakiem.
"Czy nie potrzeba - mówi w Fajdrosie - jeśli mowa ma być dobra i piękna, żeby umysł autora znał prawdę o tym, o czym autor zamierza mówić?". A kiedy Fajdros powołując się na sofistów i retorów, zauważa, że "kto chce być kiedyś mówcą temu nie potrzeba wiedzieć, co jest rzeczywiście sprawiedliwe, ale tylko, co tłum za sprawiedliwe uważa, tłum przecież będzie sądził..."

Sokrates zbija ten pogląd i zmusza Fajdrosa do przyznania, że
"sztuka wymowy u takiego, co prawdy nie zna, a żyje tylko opinią (doksa), to nie będzie żadna sztuka, tylko śmiech".

Znaleźć znaczenie słowa to dotrzeć do rzeczywistości, do której inaczej, jego zdaniem, dotrzeć nie można. Wiedzieć, czym jest dana rzecz, to znaczy móc powiedzieć, czym ona jest.

źródła

środa, marca 11

notatka

Typowe to. Niewyspanie, jak stąd na Alaskę, a próbowałam! Plakat wciąga,
wciągają kwiaty (co to tutaj, na obudowie i w okolicach róż sześć, żonkil
i tulipan, prężą się).
-Bo widać na tym drzewie, że wiszą kropelki wody - mówi Mama.

[Co tutaj robisz, śnieg z deszczem na spółkę, pokrywają kotki-bazie,
mróz utwardza ich puszyste futerka, idzie lód. Jakiś saksofon, jak
zwykle w takich momentach, na opustoszałej, mentalnej ulicy, po której
snujesz się w marynarce w kratę, z futerałem na ramieniu.
Dźwięk ląduje miękko pomiędzy kratkami ściekowymi, z kryształowym trzaskiem.]

(Okienka próżnych piwnic majaczą podejrzanie kolorowymi światełkami
i kiedy mijasz je, ciskają w ciebie pozorami gwaru i przytłumionych
głosów. Być może to szum pasiastych tapet, buduarowych szeptów,
kontuarowych, ladowych pogadanek o życiu, pomiędzy wszystkimi barmanami
świata. Zapach mango. Smak mango. Coraz większymi skrzydłami w chodnik,
wsiąka miękki, gruby śnieg.
Pomiędzy przykurczonymi łopatkami strużka wody, gnębiąca skórę, rwąca.)

[W butach bez nazwy, pod czerwonym niebem, z okiem przyłożonym do binokla.
Po pas nurzając się w gładkiej mgle; brodząc w mętnych pływach.
Nietrzeźwy, rozbrajający uśmiech na twarzy, w kałużach widzisz, jak drży.
Niewyspany, szybki wid, lot na księżycimarsa, z tej stacji, pierwszej z brzegu,
jedynej właściwej. Nieświadomy, przespany po omacku, jak każde poprzednie
sześć godzin każdej poprzedniej nocy.]

W kubku kawy tonie zwątpienie i drzwi uchylają się triumfalnie, popychane kolanem
przez Tą, która niesie tacę ze śniadaniem i zawiaduje wszystkimi okolicznymi
stacyjkami i postojami.

-Tak wiem, że nie chce ci się wyjść- mówi - Znowu pojawiła się zima, nie znosisz
zimnych płatków, uderzeń wiatru, nie możesz wstać, rano ani wieczorem. Wyspać się
na tyle, żeby nie spać na jawie.
*(ale czy to w ogóle ma sens - na jawie być trzeźwym
i rozumieć świat, pojmować go, przyjmować na karoserię kolejne wgniecenia)*
-Tak wiem, dosyć masz już tego blatu i krzesełka, obrazków, krzesanych na znak palcami pstryknięcia, z automatu wyobraźni wypluwanych jeden po drugim, bez umiaru, z dziwną, odciążającą ciało mocą. Teraz tylko dziesięć minut Ci zostało, do autobusu i innych zdarzeń, zupełnie dzisiaj zbędnych. Nie zabawiaj się ze mną w kotka i myszkę - groźnie marszczy brwi i wbija we mnie nieco opętańczy wzrok, gładząc powoli oparcie kanapy. -Jeżeli chodzi o zasady ugody, które chciałabyś zaimplantować pomiędzy dwie głowy (a nie jedną),
to sprawa ma się dosyć lewo - spójrz na świat, wszystkich ludzi, którym wmawia się energię, której nie posiedli i nie powinni posiadać - złoto napojów energetycznych, stopsen, stopzło, stopcień. Biegają po ulicy, jak wściekli, ktoś wmówił im, że siedzieć, znaczy nie żyć. Że rozmawiać, znaczy robić interesy. Jaki w tym twój interes? Siadasz, jak oni wszyscy i nerwowo poruszasz dłońmi, łamiąc takty na kolanach. Wyjść, stąd, wyjść, nie męczyć się tak, to to tak, to to tak.

(Porywający jednak nieco ten wiatr północny, łamiący kości, ciskający błyskawicami. Wmawia, utwierdza w przekonaniu wszelki pęd, za plecy łapiąc i popychając spóźnione wszędzie i permanentnie zwłoki, pozbawione usprawiedliwienia i zwolnienia.)

[Bo ja proszę pani, nie choruję, nie tak, żeby lekarz mógł się tutaj w czymkolwiek odnaleźć. Nie chcę tych fałszywych papierków sugerujących przechodzenie żółtaczkigrypytyfusu, wyrozumiałych spojrzeń, wspierających kłamstwa "tak biedactwo, chore, tak biedactwo zwolnione". Bo ja proszę pani jestem prawdziwym neurotykiem, takim z płaszczem gumowym, na poły filcowym, z zerwanymi szmatkami parasola odrutowanego, jak szczęka boksera i mnie to nie interesuje, że teraz oberwę. Bo pragnę oberwać. Stryczkiem w nos, w tych bezpiecznych czasach, w których ludzie
umierają w głodu i po dworcu wciąż wędruje chudy, zarośnięty żebrak w kwiecistej spódnicy. Bo ja jestem tym prawdziwym, któremu życie wydaje się zbyt mało ożywione, tym który wolałby jednak spać całymi dniami, bo sny ma szalone, takie, jakie się błyskawicznie zapomina, żeby nie żałować przebudzenia.]

-Ach, wciskasz mi lisie, śnieżny kit pomiędzy zęby, wijąc się zapamiętale, pomiędzy dostępnymi sobie słowami, parującymi w zagotowanej puli. Wciskasz mi w ręce, bezwartościowe banknoty pozornie analitycznych prób rejestrowania świata, pod postacią szkicownika. Ale naśmiewasz się i swędzą cię dziąsła. Ktoś tu ma zbyt wiele wolnego, żeby móc się powstrzymać i oprzeć, żeby móc łokciami sięgnąć parapetu i odsłonić firankę, faszystowski relikt zbrodni i przystawania. Jeszcze dziesięć minut, piękne, tłuste dziesięć.

(Wymyślanie konstelacji tych, doskwiera mi. Macam je suchymi dłońmi trochę tak, jak maca się ląd, po długiej kąpieli we wzburzonej wodzie. Wymyślanie form i foremek, post-produkcja, przerażenie tym, jak wiele można zrobić w ciągu jednego dnia i jak bardzo może być to bezwartościowe, o ile nie zacznie się samemu sobie wmawiać potrzeb i nadinterpretacji.)

[Nie kłam.]

poniedziałek, marca 9

(Idź spać, niczego dzisiaj nie dokończysz)

Masz dreszcze,
Ale ,,Leżeć”, mówi i uśmiecha się
Jak aktor i ekran, srebrny, szary, jednakowy, płaski, spomiędzy zębów zionąc
Tym, czego nie było ci jeszcze dane pomieszać z błotem i innymi, równie słodkimi wydzielinami, które w twoim ciele, jak w ziemi, zapuszczają korzenie wiosną,

Leżysz i przyglądasz się i cierpisz i przesyłasz,
Wszystkim małym dziewczynkom moc dobrych życzeń
I miazmaty setnych lutowań marcowych rozchodzą się wokół,
Ach, jak wysoki i piękny ten poranek
Mnij go, weź,

Blokując w trzewiach to, co zostało z poprzedniego i jeszcze wcześniejszego obiadu,
Czujesz jak krąży nad wami ptak.
Przygląda się, a oko jego,
Jak gdyby znowu było mało,
Niejasności
Przeklętego targania różańca, z dołu do góry, z góry na dół.
Przetaczania przysiąg
Z ust do ust

A oko jego przygląda się,
Bo wisi tam
Złamany wpół
Pusty jak tabakiera grabarza
List

(Idź spać, niczego dzisiaj nie dokończysz)

poniedziałek, marca 2

///

A skąd się to wzięło? Że jedno ,,a”, za drugim.
Rozszerzona źrenica i nagłe wahania temperatury.
Tak jakby był dokoła las i tak, jakby go nie było – bo choć krzyczą zwierzęta – nie widzę żadnego. Niebo będzie płaskie i żółte, jeszcze przez chwilę, zanim zgaśnie światło.

Potem film, zupełnie retro, czarny i biały, sama tego nie rozumiem, gdzie i jak się rozgrywa i czy prawdą jest, że te stopy, które widzę gdzieś u kresu ciemności – to ciągle moje stopy;
I czy aby na pewno to miejsce nie unosi się ponad wszystkim, co dotąd je otaczało.
Czy nie znikamy.

Bo wokół szelest traw, traw których nie ma, zgniecione kwiaty ukrytych kontekstów i wyimaginowany zapach morza, przenikający szparą pod drzwiami, pod pozorami blasku.

Ci, z których wyszłam, myślą, że to jakieś narkotyki, ale ja nigdy nie brałam. Po co wsuwać w siebie rzeczy niepotrzebne, po co gwałcić dysharmonie, kiedy dokoła znowu ten oderwany zen-spokój, dźwięk dzwonków na ocienionej polance w górach, wysoko, niemal w La Salette, gdzie promienie słońca przebijają ziemię tak gwałtownie, że krzyczą korzenie krzaków róż.

To bardzo wysoko, sami rozumiecie.
Niewiele potrzeba.

mixer wieczorny

Z rana.
Okej, pijąc post-poranną kawę, składam wszystkie newsy w jedną całość.
Więc zabieramy się do robienia magazynu/gazety – jeżeli Czcigodni Czytelnicy mają ochotę pisać/rysować/projektować/krytykować dla czegoś, czego nazwy ani szaty graficznej jeszcze nie znamy, to wkrótce pojawią się stosowne namiary, na osoby oraz instytucje, do których będzie można zgłaszać kandydatury. Na uczelni w szczególności. (Jeżeli ktoś woli zgłosić je mnie – zapraszam – można przysyłać teksty, rysunki, recenzje i inne poezje.)

Wszystkich, którym znane są dobre magazyny (internetowe i papierowe) o interesującej szacie graficznej i przede wszystkim treści – prosi się o zgłaszanie ich do niżej podpisanej.
Bowiem Risercz, nie jest niczym innym, jak tylko nazwą nieuleczalnej choroby, na którą wszyscy zapadamy, trafiając w to miejsce (aka demos).

Wydaje się, że jeżeli projekt zakończy się powodzeniem (a do diaska musi, bo to skandal, że wciąż nic się nie dzieje i każdy się cieszy) – to wszystkim nam będzie troszkę lepiej, bo wylejemy wszelką żółć oraz nienawiść na strony papierowe i www. Ciesz się Polsko, wreszcie pozwolą Ci się wypowiedzieć na temat bieżących po okolicy wydarzeń.

Z wieczora.

Pijąc post-wieczorną herbatę. Więcej, więcej, co?
Panny takie, jak Ty, bajeruje, jakiś Maciek w tle. Maciek, ja nie żartowałam.

Śni nam się teraz Żmijewski.
Konfrontacja wyobrażeń z rzeczywistością to ciekawa sprawa.

Do Wrocławia jechałam raczej z przekonaniem, że spotkam nie lada skurwysyna - nieugiętego, upartego i pozbawionego skrupułów. Raczej agresywnego.
Pamiętałam widziane przed kilkoma laty ,,Powtórzenie", niedawno przypomnianą
,,Lekcję śpiewu", które stawiają artystę w dosyć niepewnym świetle z racji swojej inwazyjności względem innych ludzi - a zarazem jestem pod wielkim wrażeniem ,,Drżących Ciał" - książki, która w dużym stopniu wpłynęła na mój stosunek do twórców tzw. sztuki krytycznej (mam tutaj dwie rzeczy o niej - jedną poglądową - drugą zaś, autorstwa mojego ,,ulubionego" bytomskiego poety Marcina Hałasia - znanego m.in. z działań mających na celu unicestwienie Kroniki, co chyba mówi samo za siebie).

W kinie dworcowym pojawił się jednak przygarbiony człowiek, ubrany jak podróżnik i zbój (bluza z kapturem, treki, jakaś kurtka z nieokreślonego materiału, czarne bojówki). Spoglądał spode łba (zbój!), totalnie skoncentrowany na tym, co mówi; cedzący słowa powoli ale spokojnie. Rozmawiając z publiką cierpliwie wysłuchiwał pytań, nie dawał się sprowokować.
Uśmiechy rzadkie, raczej delikatne. Dominik mówi, że miał oczy koloru niebieskiego, ale przyznam, że nie mam pojęcia, bo zbyt frapujący był dla mnie ich wyraz.
Ogółem mówiąc – osobnik wpasowujący się w gatunek ludzi, których od pierwszego wejrzenia darzy się respektem. Egzemplarz niebezpieczny, bo czujny, z wyczulonymi na świat zmysłami. Pierwszego dnia pokazywał swoje filmy – niektóre widziane, niektóre nie – serię o narkotykach tworzoną w komitywie z Althamerem, serię o ludziach pracy, zwieńczył pokaz doskonałym filmem o konfrontacji liberalnych frakcji politycznych(zwolennicy szeroko pojętej wolności) z konserwatywnymi (radykalni katolicy, Młodzież Wszechpolska). Siedzieliśmy w kinie niemal trzy godziny, pomiędzy filmami Żmijewski odpowiadał na zadawane przez publikę pytaniami.

Drugiego dnia były warsztaty – chwila wstępnej rozmowy – wydanie zadania.
Pierwszym etapem było poznawanie się nawzajem bez słów – mieliśmy się ograniczyć wyłącznie za pomocą wykonywanych na dużych arkuszach papieru rysuneczków, określających nas samych. I tak spędziłam dobrą godzinę na pogaduszkach z koleżanką Kingą z Niemiec. Dowiedziałam się mnóstwa rzeczy, bez typowego dla rozmów z obcymi skrępowania, kiedy przychodzi do zadawania pytań na temat poglądów politycznych, stanu cywilnego czy stosunku do tzw. problemów kontrowersyjnych.
Tak więc obgadałyśmy nawet ostatnio głośną polska-niemiecką sprawę Rokity i jego kapelusza, nie mówiąc ni słowa, tylko śmiejąc się i pojękując w momentach, kiedy słowa wręcz pchały się na język.
Potem tłumaczyliśmy nasze stenogramy szanownemu prowadzącemu – przy czym było sporo śmiechu oraz poważniejszych refleksji. Niektóre grupy idąc za jego namową, prowadziły na papierze wojny, walcząc o to, kto zagarnie większą powierzchnię. Zwykle dochodziło do podarcia kartek.

Drugim etapem zadania była mała prasówka - Mistrz zakupił pakiet gazet porannych i przejrzeliśmy co ciekawsze artykuły. Tym razem celem było wyjście na miasto z papierem i pisakami i pytanie przechodniów o to, co myślą na temat poruszanych w artykułach zagadnień (tutaj – eutanazja, aborcja, lefebryści, recepty na kryzys etc.). Wszystko byłoby proste, gdyby nie to, że i tym razem mieliśmy wymagać odpowiedzi rysunkowych. Grzecznie ruszyliśmy na wrocławski rynek, podbijać ławki i kafejki i zadawać pytania. Po 2,5 godziny przepytywania wróciliśmy do Galerii Miejskiej, gdzie każda grupa/osoba dokonywała prezentacji zebranych odpowiedzi.
Ciekawe były rysunki ;>, ludzie, co ciekawe, w większości wcale nie wzbraniali się przed rysowaniem – brali w rękę pisaczki i przedstawiali swoje punkty widzenia.
Przedyskutowaliśmy sprawę, Mistrz opowiedział conieco o zapomnianych językach uniwersalnych, które każdy z nas ma w sobie, o tym, jak lapidarne i dziecinne są rysunki, którymi posługiwaliśmy się w rozmowach i odpowiedziach i rozstaliśmy się.
Z satysfakcją.
Dobrze, żesmy pojechali.

niedziela, lutego 22

///terefere


Ogólnie to wesołe ze mnie towarzystwo, bawię
się niesłychanie patrząc jak wynoszą
stąd rzeczy ukochane. Jakże można było
tak kochać rzeczy? Nie ma tu mnie, wcale
nie patrzę, jak wynoszą. Wyobraźnia działa,
ja tam nie patrzę.

(Marcin Świetlicki, Remont po śmierci)

1.
Wikend.

Spędzony bez wyjątku w domu, począwszy od nocy z piątku na sobotę
aż po noc z niedzieli na poniedziałek – jakiś wyjątek w przestrzeni ostatnich tygodni.
Unormowanie perystaltyki, brzydko mówiąc. Siedzenie na tyłku i przesypianie dziesiątek godzin. Właściwie to zaprzestanie produkcji – wyłączywszy zabawę literami.
Rozmowy z Matką, z Tobą, z Ag., pięć tysięcy kładących na łopatki wniosków o dofinansowanie świata i myśli, nieruchomych i płaskich.

2.
Ikonoklazm.

Więc rozmawiam wczoraj z Ag., ulica jest zimowa, przejścia dla pieszych przysypane zaspą. Leniwie snują się taksówki i dochodzi północ. We krwi mamy jeszcze trochę muzyki, tej przerąbanej, siekącej myśli i może dwa piwa (jedno wypijane samotnie w korytarzu, tak było tam ciasno, że aż nie można się dopchać i na początku nawet trochę chciałam wyjść i wracać, ale ładnie grali). I ikonoklazm wkrada się pomiędzy nasze wychodzące z dymu twarze, kiedy słucham, jak wyraża wiele moich myśli, sortując pytaniami wątpliwości, układając ciąg skojarzeń i pretensji w logiczną całość. Złota gwiazdka bezradności na szczycie tej choinki, daje z byka w brzuch, ale uśmiechają się – Ona i Jej kapelusz i ja także uśmiecham się, choć nie śmieję, kręcąc numer 0322897070. Natrafiając na milczące linie, bez Pani, która zapyta ,,Halo?” i bez perspektyw na rychły powrót do domu. Może i dobrze.

3.
Cecylia.

A teraz uważaj, będę krzyczeć, żeby wyłupić tą ciemność i otworzyć czakry. Jestem z lekka zdenerwowanym pajacem, ofiarą krakowskiego ikonostasu, oglądanego tydzień temu w galerii Zderzak, po raz kolejny narażoną na kontemplowanie wątpliwej wartości prac.
Możecie wmawiać mi, że się nie znam, że o dwie książki za mało, że nie potrafię się wczuć.
Mogę też udawać albo zakładać, że jednak COŚ w tym jest, bo przecież nie bez powodu prace trafiają na galeryjne ściany – ktoś uważnie selekcjonuje i sprawdza towary tak deficytowe, jak dobre obrazy. Znamy się, więc powinnyśmy pochwalić.

Do galerii Zderzak wchodzi się po wielu schodach; jest ich na tyle dużo, że wspinający się, niezbyt często zażywający wysiłku fizycznego, mogą dostać zadyszki. Dochodząc z dyszeniem, mijają szafy ze ślicznymi książkami, albumami i gazetami i delektują się tym szczytowaniem kamienicznym z nadzieją na piękne zwieńczenie sprawy. Na jakiś orgazm wzrokowy, na przykład.
Lecz dwa kroki dalej jest już EKSPOZYCJA.
I dlaczego, dlaczego, równocześnie z naszych gardeł wydobywa się jęk i nagle mamy ochotę wyjść, zejść, zeszczać się i bynajmniej zniknąć z tego pokoju i zapomnieć o tym, co przed nami na ścianie.

Zza załomu wypływa jakaś miła Pani i mówi, że oto jest wystawa i tutaj są dla nas PIĘKNE MAPY, za pomocą których możemy powtórzyć szlaki, jakimi przemieszczała się ARTYSTKA, ulicami miasta Krakowa, uwieczniając na płótnach i płócienkach

Okna piwniczne z ulicy Sebastiana, studzienki z chodników na Kazimierzu, zólte tablice zaworów gazowych z ulic Salwatora, kratki, ogrodzenia, wylaczniki pradu.


– począwszy od tego, że tekst na stronie pozbawiony jest polskich znaków, co w przypadku akcji mającej na celu kontemplowanie RODZIMEJ RZECZYWISTOŚCI wydaje mi się być nie lada ignorancją, możemy rozpocząć rozkładanie tych banałów na części pierwsze.

- kazdy element, który pojawia sie na obrazie, ma wlasny adres w mieście i konkretne przeznaczenie. Cecylia wyjmuje go z kontekstu, bierze w nawias jego praktyczna funkcje - i nadaje mu autonomie.


– niesamowita sprawa, przypuszczalnie widz nie domyśliłby się tego wszystkiego, patrząc na zestaw wymienianych wyżej obiektów.
Byłabym to jeszcze w stanie przyjąć na klatę, gdyby nie sposób, w jaki owe obiekty zostały namalowane - pożałowania godzien. Nie jestem zwolenniczką pedanterii, kątów prostych, werniksów i wirtuozerii warsztatowej, lubię wręcz rzeczy z pogranicza estetyki i jej braku, sięgające po doświadczenia sztuki ulicy i wychowanków zakładów dla psychicznie chorych – ale nie godzę się z takim niechlujnym mazaniem w wypadku, kiedy ktoś zamierza zatytułować swoją pracę mianem ,,Ikonostasu”.
Jest to zwykła profanacja pojęcia, pod którym kryje się przecież kilkusetletnia tradycja pisania ikon, czynności wiążącej się z wyższymi stopniami uduchowienia, modlitwami oraz pięknem – po prostu fascynującą, działającą na odbiorcę formą, mającą skłonić do medytacji, refleksji nad boskością i oddawania czci wizerunkom z maestrią przedstawianych na deskach.

[Autorka]
Mówi: Fragmenty, które wybralam na obrazy, pomimo ze sa pospolitymi przedmiotami, przypominaly mi tajemne alchemiczne znaki, jakis nieodszyfrowany kod, symbole o nieznanym znaczeniu. Zeby przeniesc je w duchowa przestrzen, układalam je na wzór ikon w poliptyki. Tak powstał tytułowy ikonostas – wieloelementowy portret miasta.

Dziękujemy Pani Cecylii za wyjaśnienie, po raz kolejny dowodzące, że w naszej dobie największą siłę mają słowa oraz zaplecza personalne, umożliwiające podbijanie galerii. Opowiadanie o ,,duchowej przestrzeni”, ,,poliptykach” – czy to potrzebne? Czy nie lepiej pozostawić tego rodzaju prace bez komentarza i wydumanego tytułu? Jeżeli już nie pozostawiać ich tylko dla siebie, np. eksponując je na ścianie nad kanapą we własnym, lub przyjaciół mieszkaniu.
Jeżeli już porywa się na odkodowanie przestrzeni, niechże zrobi coś ponad zwykle przemalowanie furtki, które nie dość że pozbawione jest jakiejkolwiek alchemii – na dodatek denerwuje swoją nieudolnością, przywodzącą na myśl zmagania warsztatowe uczniów liceum plastycznego, wtajemniczanych po raz pierwszy, w malarskie arkana.
Nie lubię momentów, w których zmuszona jestem do zadawania sobie pytania - po co to malowanie – nie lepiej byłoby dobrze sfotografować?

Rzecz jest wielowymiarowa, bo, jak pisze Autorka, tworzenie wiązało się z doświadczeniami interpersonalnymi – malując poznawała ludzi i przeprowadzała rozmowy, których fragmenty zapisywała na niewidocznych dla widza rewersach obrazów. Pozostaje nam tylko żałować, że zamiast pełnej dokumentacji interakcji, otrzymujemy lakoniczną informację o tym, że wystąpiły. W takich wypadkach, kiedy obraz jest jedynie narzędziem, pozwalającym osiągnąć wyższy cel – czyli spotkanie z drugim człowiekiem – należy rozważyć sens prezentowania go – lub też prezentowania go w ten konkretny sposób, czyli wyłącznie licem do widza.

Ikonostas jest ścianą, za którą kryje się kolejny stopień przeżycia religijnego, zawiera furtkę, którą kapłan przechodzi w strefę sprawowania liturgii, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. Praca Cecylii Malik dowodzi, że po raz kolejny widz, został zepchnięty do roli obserwatora, nie mającego możliwości współuczestniczenia w zdobywanym przez artystę doświadczeniu. W ramach substytutu proponuje mu się miły spacer ulicami miasta.

Brama do doświadczenia zostaje zamknięta przez artystkę, która zachowuje je wyłącznie dla siebie, widzowi pozostawiając jedynie ochłap w postaci narzędzia oraz mapę prowadzącą do nikąd.


***
cytaty ze strony Zderzaka

czwartek, lutego 19

rdza

W zeszłym roku działo się stanowczo mniej (no może wyłączywszy ów dziki
after- październikowy wid, podczas którego nosiło po centrach kultury i wykładania prawd). Wszystko, co było godne do zapamiętania, to historie Twojego brata. Zimą, skrzętnie spisywane, grzały się w ciemnym zapaśniku, uwalanym setką innych notatek, z reguły prasowych. Wycięte z gazet zdjęcia gniotły się w ciasnocie zapisków wypadając co jakiś czas, jak nowa waginalna plakietka dołączona do Obiegu (ta, która wypadła mi w autobusie i wprawiła w konsternację wszystko i wszystkich).
Mała Apokalipsa, mówił cicho jakiś Pan w kurtce niedbale zarzuconej na kraciastą marynarkę. Wieje na lewe ramię, nie można splunąć na odczynienie, bo wiatr odepchnie znaki i zwielokrotni klątwę. Pan mówi, że jeździ autobusem, bo lubi i musi. I marynarkę grzeje mu ten przyziemny kaloryfer, na którym właśnie opieram podeszwę kolejnego, rozwalającego się od wilgoci buta.

Przez kilka sekund było słońce; takie złote zasieki. A teraz drut kolczasty. I nie ma rzucania się na ścianę - rzucania, gdziekolwiek. Trzeba siedzieć prosto i powstrzymywać. Wolę kasowania. Wolę sięgania po broń i strzelania sobie w łeb. Gdyby tak dało się choć połowę, półkulę jedną, unicestwić, nie wychodziłoby się więcej na lód. Po co się w ogóle ruszało. Trzeba było leżeć i kontemplować wszelką dychotomię, jedną ręką zarzuconą na plecy człowieka odchodzącego w las, z pękiem chrustu. Leżeć w ziemi i czekać.
A tobie się łąki zachciało – i masz.

Brat opowiadał o gwałcie na lekkim samolocie typu Cessna, był strasznie zaaferowany, niemal jak Michael Gayer, obserwujący wapno bąbelkujące jadowicie żółtą pianą na skraju szklanki. Rękawy swetra miał wtedy poszarpane, obgryzione przez emocje i wszystkie dobre kobiety, które zasypiały na jego ramieniu przed telewizorem, śniąc wilki. Ślina iskrzyła się w świetle choinkowych lampek - ktoś powiedziałby - zniczy; nadpalonych latarni świątecznych, dogorywających na fasadach domów, pod koniec lutego, w dzień zwany Czwartkiem. Vancouver, ktoś przypomina - ta piosenka zawsze dobrze działała na mikroświaty i odpychała statystów i statystyki. Uczucie przepełnienia, zupełnie takie samo, jak wczoraj, podczas koncertu delta-blues`a, w Sali wyjętej z ulubionego albumu, z pomyjami wiktoriańskiej fotografii, ze ścianami tak pomalowanymi, że niemal natychmiast postanowiłam tam właśnie przenieść swój gabinet. Bywać w ciemnościach, słuchać tego kawałka, który kojarzy mi się z niczym szczególnym, Lady, all the troubles are my fright, I disgust you. Bywać, żeby ciągle uciekać, ciągle mieć na końcu języka mały ślad po ukłuciu i nie wyzbywać się go. Bać się i ciaśnieć na samą myśl o rynnach i dachach.

Godzi w Ciebie setką słów na sekundę, wypluwając z siebie, zataczające się na pohybel światu dźwięki, zupełnie bez namysłu, prosto z głowy. Ręką błyskawicznie czyniąc znaki krzyża i wszystkiego innego, co mogłoby zadziałać w tej chwili, zapobiec nieuchronnemu znakowi zrobionej z balona lali, zawieszonej na którymś z okolicznych kominów i powiewającej na wietrze, dnia zwanego Czwartkiem.

I po co im to pokazujesz, po co wyjmujesz na wierzch kolekcję pudełek. Nikt nie pisze, przerażająco boli Cię głowa, dziwnie boisz, że nie dotrwasz i chcesz już dzisiaj, schować się i wsunąć w rękę, przesypać się między palcami i wniknąć w obicie kanapy. Nie być w tym miejscu, pod tym numerem, z ciszą, której nie sposób stawić czoła. Być wieki dalej albo wieki wcześniej, w jakimś szesnastoletnim biegu przez park.

A to, co słyszysz, to tylko głosy. Żołądek masz już pod ziemią, tam, gdzie leży reszta trucheł.
Analizujesz po kolei – Sonatę Kreutzerowską, autorstwa Lwa, potem gazetę codzienną i pakiet kłamstw na Pudelku. I wydaje ci się, że nie interesuje cię już rock, że teraz tylko filharmonia. A potem pani w operze krzyczy a pianista morduje fortepian serią wprawnych ciosów między klawisze. I wszyscy oni są tak gwałtowni, że nie ma siły oponować.

W kreskach pomiędzy żebrami zasiedliła się zima i nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi. I przychodzi wreszcie przestraszyć się swojego ciała i oczu bardzo od niego odciętych, nerwami oderwanych. Przychodzi też wreszcie do tego, że odmęt zamienia się w źrenicę i tniesz na oślep, to, co pozostało.
A wydawało ci się przez moment, że przyjść może łatwo, zamknąć się w dwóch okrągłych obiegach po dwanaście miesięcy i minąć, tak, jak mija cykl rozwojowy koszatniczki, czy innego małego zwierzątka.

Wydawało się, że należy tylko natrzeć plecy maścią rozgrzewającą bebechy i przeczekać przy pachnącej świeczce, aż wszystko przemieści się na powrót i będzie spokój u bram portu.

Batman forever, a jednak gudnajt, trzepią wewnątrz trzewia,
Księżyc i dziesięć jego, bardzo nieznanych nam kapłanek,
W knajpie, z rękawem w kałuży i sardynkach uwalanym,
W słodkim sosie i porcelanowej zastawie twoje rodzinne
Bólogrunty, ciałogranaty, mięsostawy z rybami w poprzek,
Z oczyma po sobie ułożonymi i śliwkowym rantem popielniczki.
Zniekształcone, przemyślane miasto, wyjednywanie harmonii,
Kilka modlitw, podniebienie podbite pluszem i sekunda,
W której nie chce się już odbierać telefonu i śpi się właściwie
Na jawie, żeby nie słyszeć, jak świeci się do ciebie i przypala.


Brat dzwonił o drugiej, żeby zapytać, czy ty aby na pewno jeszcze tylko trochę, czy też może wciąż za bardzo. Co było odpowiedzieć? – Siergiejowi wyrosła długa, schizmatyczna broda i tylko od mądrości hagia, zależało będzie, czy wylenieje do wiosny.

wtorek, lutego 17

postnuklearny wikend.

Pochłonęła mnie bez reszty. Mogłam udawać, że uważam ją za zwykłą książkę dla młodych nieszczęśników poszukujących odskoczni od codziennego życia, mogłam odmawiać jej treści wartych zapamiętania i posądzać o płycizny intelektualne. Mogłam wrzucić ją na listę książek przeczytanych i zapomnianych (to drugie bez wątpienia lada chwila nastąpi, bo po większości z nich pozostają tylko niezidentyfikowane kolory i smaki, czyhające głęboko w mózgu na nagłe napływy emocji i barwiące je tak, jak chwila nakazuje). Suchy trzask stronic i dyszenie wydobywające się spomiędzy okładek.
Moje zmasakrowane od gwałtowanego oddychania płuca, półmrok w autobusie, światła przelatujące interliniami.

Kolejny bohater schodzący na mielizny, wyrzucany przez odmowne fale, na sypki brzeg, z policzkami słonymi od łez. Kolejna historia pozbawiona ciepła, 50 stron przed zwieńczeniem, przyprawiająca mnie o dreszcze, takie same, jakie fundowały w dzieciństwie wszystkie książki, po które boję się sięgnąć po raz drugi, czy trzeci, żeby nie odrzeć ich ze wspomnień i słodyczy wrażeń, które wywoływały, pachnące jeszcze nowością – lub zupełnie sterane dziesiątkami wertujących je dłoni, na nowo rozdziewiczane jakiegoś ciepłego lata, przez kilku- i kilkunastoletnie paluszki.

Mnóstwo podróży, które dane mi było odbywać, przebiegało jasno numerowanymi szlakami kolejnych kartek, przewracanych z zachłannością i strachem, że tak blisko już do końca. Mnóstwo nierzeczywistych przejść, z czasem, przybrało formy cielesne - formy miejsc, w których byłam - nieważne, czy na jawie postała tam moja stopa.
Byłam tam, bo to, co się śni, może być tym, co się żyje.

Ciężko przychodziła mi tego tygodnia lektura Uwikłanych w płeć, Judith Butler. We wstępie autorka zaznacza, że wielu czytelników skarżyło się na trudny język książki, ale ona sama nie zamierza niczego w tej materii zmieniać. I słusznie. Choć opornie.
Przebrnąwszy wstępy i zapowiedzi dotarłam wreszcie do pierwszego rozdziału, by dzień później ulec Pratchettowi - a zaraz potem, tej kpiarskiej, pewnej siebie lekturze dla marzycieli, która zmusza do czytania z szybkością 300 stron dziennie, w sposób zupełnie bezbolesny.
Przejście przez ferie i wejście w nowy semestr przebiegło niespodziewanie. Jeden tydzień smakował, jak plik najdziwniejszych tomów literackich. Zwieńczony wczoraj posiedzeniem w uczelnianym kiblu, w smugach papierosowego dymu, rozprzestrzenianego przez pięknie gadającą A.

I to ciągłe, nieopanowane nawarstwianie. Daty, kładące się jedna na drugiej, pokotem składane w kalendarzu, napotykane co pewien czas propozycje, sączące się w śnieg tygodnia. To nagłe nasycenie, którego kulminacyjny punkt jest zwykle punktem zwrotnym, prowadzącym do długotrwałego odsunięcia, wyjścia z zatłoczonego pokoju i trawienia minionych tygodni, przelecianych z trzaskiem butów i mózgu. Bez wiary w konsekwencje i pełnej świadomości; daleko i gwiezdnie; daleko, daleko, z gardłem pełnym mlecznych zachłyśnięć, jakie roi się w bezsenne, samotne noce, z policzkiem mocno przyciśniętym do poduszki.

I możesz odsądzić mnie od czci, za tą strzałkę, z wolna nasączającą się trucizną, za to, czego nie można było przewidzieć ani uniknąć. Za każde zasłabnięcie wiary w dusznościach pociągu. Przechrzcić na dowolne imię, im odleglejsze od mojego własnego, tym lepsze. W ferie zdarzyło mi się poznać kilka legend, na Kablu, gdziekolwiek to się dzieje i były historie ze skokami przez płot i siedzeniem na podłodze w kuchni.
Seria zaskoczeń i anonsowanie starych, dopiero co poznanych znajomych.
Tak się przestraszyłyśmy, że aż nas wymiotło, ale już Ty się nie bój, nie na długo.
A potem znowu było przełykanie surowego powietrza i wesoły taksówkarz, ciągnący tchem aż do miejsca, w którym pomieszały mi się cele i błąkałam się przez chwilę nie po tej stronie ulicy. Ale nic nie zagłuszy bezdźwięcznego sunięcia nagich stóp po mokrym śniegu. A potem się pyta jeden z drugim, skąd ten charkot nocny i dzienny.
Szalika na poduszki nie założył.

sobota, lutego 14

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]



Na czas jedzenia frytek(sypania soli w klawiaturę), przekopywania zebranych w locie zbiorów i spisanego w pociągu chaosu - kadr zrzucony z fimu Luisa Bunuela - Mleczna Droga. Undergroundowe ;> bababa.

wtorek, lutego 10

Ma-teraz-potrzebę.

...

Potrzeba ciągnie, przerywa ścięgna. Jednym cięgiem.
Bezczelna smarkulo, przestań. Tak dobrze szło.
Pręgi to jednak inna bajka.

Nie sposób wybaczyć, wytłumaczyć sobie tej piosenki.
A kto mówi inaczej - łatwo mówi
Ma teraz potrzebę. Składa ją na cztery.
...
Chusteczkę.
...
Krewetkę
...
Truskawkowe wafle.
...
Curse OV Dialect
...

Test IH, Hildegarda z Bingen opowiada historie.

Wisienka sugeruje, żebym wreszcie coś przeczytał. Wskazuje na uginającą
się od ciężaru książek półkę i rozkazuje.
Kładę rękę na jej ubranym w ciężki sweter ramieniu.

Dzisiaj czytania nie będzie. Nie mamy niczego do czytania.
Po pierwsze może być rysunek. Rysunek z wkładką, z historią,
która opowiada się sama bez słów.
Ale nie mam jeszcze pewności - czy nie jest to coś pokroju
pozbawienia jedzącego obiad śmiertelnika możliwości zjedzenia
jednego małego cze.

Chciałbym wreszcie odebrać wiadomość.
Do tego czasu niczego nie będę podpisywał.
W zimnym, w lodowatym pokoju, w osłoniętym szronem łóżku, leżeć, trawić czas.

Giezgiegiezgie, opcjonalnie założę nagolenniki i plastikowy podbródek.
Osobisty ochraniacz szczęki o zapachu truskawek.
Zamknę się w bakiście, Wisienko!

Na umrzyka w skrzyni, marina przed nami mieni się w świetle latarni.
Kwaśny zapach morza sięgnąwszy wejścia do portu przesączył się przez szczeliny
w molo i zabarwił wodę na żółto.
Wchodzimy, Wisienko, przechuj, mówiąc cicho, mówiąc w dymie, przez ciężki,
alabastrowy komin wskakujemy do wnętrza.

Nie jestem kobietą, mówię do swojego dekoltu.
I żadna z was, mówię do piersi, nie jest kobietą.
Jesteście świadectwami dotyków, niczym więcej, okrągłą odą do samotności.
Och.