poniedziałek, października 13

surówka ze śniegu

.....

Zabierze cię na spacer, nie zapomnij się ciepło ubrać, nie zapomnij tylko.
Nie bierz kanapek, nie będą potrzebne. Są przecież restauracje i stacje
benzynowe. Póki co mamy jeszcze pieniądze - więc oto są.

I patrzysz jak powoli zagłębia się w czeluściach samochodu, zagłębia w fotelu.
Czujesz zęby wątków na łydce. Każda rzecz, której dotykasz jest kontekstem.
W kontekście skrzyni biegów czujesz się niepewnie. Hamuj!

Pod butami skrzypi żwir, kiedy tak przesuwacie się jedno za drugim po
wąskiej osi. Porozumienie. Bariery. Jedno niemożliwe bez drugiego.

Więc pytasz o spacer. Oś cofa was. I choć wtedy nie mogliście być jeszcze
razem - teraz jesteście i wspólnie przyglądacie się tej ekranizacji
połamanego snu Dickensa. Próbujesz odpowiadać na pytania, ale mózg odmawia
współpracy. Nie ma znaczenia dym unoszący się sponad płomienia lampki.
Wzrok osmalający Twoje rzęsy.
Myślę strzępami, więc mówię strzępami, tak odpowiadasz. Stopy mam w piekle,
czołem uderzam o pułap świątyni, święty Imam i jego rytuały.
Tańcz, tańcz, niech piecze.

.....

sobota, października 11

Nicnierobienie&Chaos inc.

___


Mózg trawi. Przegrzane komórki w opozycji do wszelkiego manualu.
Ramię przymierza się do pierwszego po erupcji machnięcia ręką.
Przytulone do siebie palce zwijają się i rozwijają.
Klikanie.
Czytanie.
Klikanie.
Czytanie wymierzone w nicość.
Badanie okładek i obrazków z nosem przyklejonym do okna monitora.
Ku chwale naszej klasy próbuję zapamiętać 21 imion; bez szkiców zajęłoby to z pół roku




Koncentracja. Trapiące nas problemy topione w kubku kawy.
Koncentracja - poszukiwania ulubionego koloru zakończone sukcesem.
Czerwony, czerwony, czerwony.
Na pohybel śmiertelności.

_
W ,,Machinie" wywiad ze Starowieyskim:

GK: Nie zawsze chciał Pan być malarzem. Wiem, że w dzieciństwie liczyła
się dla Pana inżynierka.

FS: Pierwsza w życiu maszyna, jaką zbudowałem, nazywała się kurwa.
Byłem z niej dumny, bo się ruszała. Niestety ojciec ukarał mnie za nią.
Musiałem stać w chlewie na kamieniu wystającym z kałuży gnojówki,
a na nogach miałem białe podkolanówkI.

_
_

_


Z żabiej perspektywy.
Mentalny akt erekcyjny.
Trzeba powołać jakiś osobisty instytut koloru, molocha z aspiracjami kreatorskimi zaczajonego za uchem. Coś anty- i pozaduchowego, nietkniętego metaciągotami i wstrząsami termicznymi.
I żeby już żadne zimno nie zagrażało żeberkom lodówki, żeby lód zamienił się
w czerwony sok ze słomką...

_

wtorek, października 7

pocztówki / lektury / strachy

**************************************************





**************************************************
Juliusz Martwy (jak widać, z pragnienia).
**************************************************

O Stwórco wszechświata nie omieszkam dzisiejszego ranka ofiarować ci kadzidła mej dziecięcej modlitwy. Czasami zapominam o tym i zauważyłem że w takie dni czuję się bardziej szczęśliwy niż zwykle; moja pierś rośnie, wolna od wszelkiego przymusu, i swobodniej wdycham pachnące powietrze pól; natomiast spełniwszy ten męczący obowiązek, nakazany mi przez rodziców, i zwróciwszy ku tobie codzienny hymn pochwalny, wśród nieuniknionej nudy, którą powoduje trud jego układania - jestem przez resztę dnia smutny i zirytowany, nie uważam bowiem za rzecz logiczną i naturalną mówić coś, czego się nie myśli;
dlatego też szukam wtedy schronienia w największej samotności.
Gdy ją pytam o przyczynę tego dziwnego stanu duszy, ona nie odpowiada.
Chciałbym cię kochać i wielbić, ale jesteś zbyt potężny i strach odzywa się w mych hymnach. Skoro jedną przelotną myślą potrafisz niszczyć lub tworzyć światy, moje wątłe modlitwy nie będą ci użyteczne; skoro wysyłasz, kiedy ci przyjdzie ochota, cholerę, aby pustoszyła miasta, lub śmierć, której każesz bez rozróżnienia porywać w swe szpony wszystkie cztery wieki życia, nie chcę wiązać się z przyjacielem tak groźnym.
Nie żeby nienawiść snuła nić mych rozumowań, przeciwnie - to twoja nienawiść budzi we mnie lęk, może bowiem pod wpływem kaprysu wyjść z twego serca i stać się ogromna jak rozpiętość skrzydeł kondora z Andów.
Twoje dwuznaczne zabawy przekraczają moją zdolność pojmowania i byłbym zapewne pierwszą ich ofiarą. Jesteś Bogiem Wszechmocnym, uznaję tę nazwę, skoro ty jeden masz do niej prawo, a twoje pragnienia sprowadzające nieszczęście lub radość tylko w tobie mają granicę.
Dlatego właśnie byłoby dla mnie bolesne kroczyć obok twej okrutnej szafirowej tuniki nie jako twój niewolnik, ale jako ten, który może nim zostać w każdej chwili.
Co prawda, kiedy schodzisz w siebie, aby ocenić swe władcze postępowanie, zdarza się iż widmo jakiejś niesprawiedliwości, której w swoim czasie doznała od ciebie ta nieszczęsna ludzkość, choć zawsze ci posłuszna jak najwierniejszy przyjaciel, staje przed tobą, pokazując nieruchome kości mściwego kręgosłupa, i wówczas błędne twe oko roni przerażoną łzę spóźnionej skruchy, a ty sam z najeżonymi włosami, masz uczucie, że szczerze postanawiasz zawiesić niedowołanie w zaroślach nicości niesłychane igraszki swej tygrysiej wyobraźni, która byłaby komiczna, gdyby nie była tak dalece godna pożałowania; wiem jednak i to, że stałość nie wbiła w twe kości, niczym trwały szpik, harpuna swej wiecznej siedziby, i że dosyć często spadasz, razem ze swoimi myślami pokrytymi czarnym trądem błędu, w żałobne jezioro ciemnych przekleństw.

**************************************************
( Lautréamont, Pieśni Maldorora i Poezje)


**************************************************

sobota, października 4

Recenzja.

(fragment performełsu Jastrubczaka)

Ciekawa recenzja Something Must Break,
cytuję fragment zakończenia:

,,Tu warto przywołać słowa Normana Leto przepytującego w Obiegu "Marcina Krasnego".
Słowa wypowiadane przez Leto w kontekście SMB, Establiszmentu i innych projektów dziś realizowanych brzmią niczym kuratorskie memento.

Jak widzisz możliwość wybrnięcia z tego nudnego schematu budowania coraz lepiej rozpoznawalnego wizerunku twórcy, kultu nazwiska, organizowania kolejnych wystaw w ten sam sposób? Czy w ogóle chciałbyś wyjść z tego schematu? Wiem, że tak po prostu się to wszystko kręci. Kolejna wystawa, dziennikarze, kolejna garść młodych żołnierzy dzielnie pchających to wszystko do przodu. Bądź co bądź funkcjonujemy na płaszczyźnie sztuki, czyli jednej z niewielu dziedzin, w której teoretycznie panuje niespotykana swoboda; a jednak często się to trwoni... Szczerze mówiąc, niespecjalnie interesuje się rynkiem i jego zasadami, ale wydaje mi się, że byłoby zabawniej, gdyby zacząć od rozpierdolenia - za przeproszeniem, ale to bardzo twarda rzecz - kultu nazwiska. Takie jest moje zdanie. Wprowadzić szum, podmieniać nazwiska, bawić się w wywiadach, jak dziecko, w kłamstwo i w szczerość i tak dalej. Po prostu na masową skalę rozpuszczać kloc indywidualnego nazwiska lub grupy - to droga do wyrzucenia balastu i zmuszenia historyków sztuki i kolekcjonerów do szukania nowych metod pracy. To moje myślenie po omacku, za dużo w tym wszystkim dorosłości i rozumu. Gdybym był kuratorem dążyłbym do tego, ale oczywiście wtedy w takiej instytucji ryzykujesz posadę."

>>>>>>>>>>>>>

A jeżeli już mówimy o nazwiskach.

piątek, października 3

Ruchome święto.

***


Nie trzeba iść na zajęcia. Trzeba więc iść do pracowni.

Choć nie palę, bardzo się chce. W drodze i wewnątrz.
W przerwach, kiedy mam wolne ręce (uzupełniam je kubkiem,
miód do herbaty jest różowy, owocowy, prosto z zimnej Etny).
Przykładam ucho do podłogi. Jest zimno - póki co - grzejniki
nie działają. Malinowa paruje, prawie jak mój mózg.
Klęcząc albo leżąc usiłuję przekładać się na papier.
(Czy nie lepiej zrobić kanapkę z języków?)

Lejtmotywem jest pajac, pozbawiony płci Stańczyk.
Portret, autoportret.
Konny?
Mam tylko jedno skojarzenie.
Zbiorowy?
Jedna myśl.

Echże, Juliuszu Martwy, rozumiesz o co biega. Moglibyśmy
porozmawiać o tym, jak mężczyzna z mężczyzną, oko w oko.
Jesteś taki malutki, szybko być zasnął i zostałoby mi siedzieć
i spoglądać przez okno w miriady gwiazd. Potem zdjęłabym
z półki książkę i podjęłabym próbę. Spalony, jak wiesz.
Nie wolno czytać w takich chwilach.
Trzeba napatrzeć się na śpiącego, najlepiej do utraty wzroku
i nieprzytomnie całować go w czoło.

Choć nie palę, wiem, że potrafiłabym nałogowo, codziennie,
przynajmniej paczkę. Wypełniać płuca dymem, obserwować,
jak wylewa się z ust. Powtarzać czynność da capo al fine.

Rozmawiacie czasem?
Tak, pewnie tak. Pewnie miewacie potrzebę.
Otworzyć usta, wygarnąć wszystko takim, jakim jest, zamknąć usta.
(Nie lepiej już w milczeniu szczękać zębami?)

Wczoraj znowuż miałam prawdziwą ochotę powiedzenia czegoś, ale luki
w edukacji zakłóciły transmisję i zamiast przemowy
wyleciał lakoniczny komunikat. Że znam zjawisko.
Zero penetracji, zero prawdziwej refleksji, zero wspomnień.

(Nożem, nożem to! A jakże, pod bok.)

Jest jesienny wieczór, chłodno. Dziewczyna ma na szyi
stryczek mieniący się złotymi nićmi. Łuskę na szyi ma.
(A która to miała egzemę, Eberhardzie Mock?)
Żona, port, kochanka.

Starszy mężczyzna o lasce opowiada o PRLu.
Dzwoni telefon. Odsuwam się.
Młody mężczyzna bez laski opowiada o ilustracjach.
Macham starszemu i odchodzę w stronę autobusu.

Rozmawiacie?
Czasem nie sposób.
Czasem nie wolno, nie - że nie należy - po prostu nie wolno.
Wtedy trzeba L`vivskie, knifem pani ze spożywczaka, nożem po bandzie i ,,tssst".

Dzisiaj, dlaczego dzisiaj, dlatego, że mamy ruchome święto.
Święto błaznów i trefnisiów. Panien na wydaniu i grzybiarzy.
Yakuza przysłała mi kciuk w różowej kopercie.
Dzisiaj święto omerty, krasnoludki skaczą z radości.
Dzisiaj święto cudzych półek i pustej dziury między nogami.
Święto przemieszczające się razem z Cyganami aż do ostatniego cypla ziemi.

Święto?
Panika - gdzie MKEB. Na kanwie Mórz powstaje specjalny słownik.
Bardzo PWN. Słownik chorego psa. Przewraca łapą kolorowe kartki.
Gama barwna. To też można zaśpiewać.
Wszystkie kolory wycia.
Niosą się.







+++++++++++++++++++++++++++++++++++++++++

nocny sajkotest, [sic!] z eneagram :

Czwórka ze skrzydłem pieć: 4w5 - "Włóczęga"

Skrzydło 5, daje czwórce introwertyczne zachowanie, odsuwanie się od innych, złożoną osobowość. Ta czwórka może być intelektualistką ale posiada wyjątkową głębię uczuć. Jest otwarta na duchowe i estetycznie doznania. Znajduje wiele znaczeń dla prawie wszystkich zdarzeń. Może posiadać silną potrzebę i umiejętność aby realizować się artystycznie. Samotnik, wygląda tajemniczo i jest trudna do "rozszyfrowania". Do świata zewnętrznego podchodzi z rezerwą, ale wewnętrznie bardzo go przeżywa. Gdy się w końcu otwiera, to bardzo gwałtownie i całkowicie, bez żadnych oporów.
W stresie, 4w5 bardzo łatwo popada w alienację i depresję. Wiele czwórek z tym skrzydłem ma odczucie zupełnej inności, jakby pochodziły z innej planety. Narzeka na swój obecny los, wspomina i przeżywa wiele razy zdarzenia z przeszłości. Dość często ma posępne oblicze, odsuwa się od innych z uczuciem zawiedzenia lub poczuciem wstydu. Żyje we własnym świecie bólu i straty. Może mieć bardzo chorą duszę, wyobrażać sobie i interesować się własną śmiercią.

Słynne czwórki ze skrzydłem pięć: Vincent van Gogh, Kurt Cobain, Edgar Allan Poe, Johnny Depp, Bob Dylan, Ingmar Bergman.


Pięknie, czyż nie?
(Drugie ,,tssst", znów metodą lwowskiej sprzedawczyni, prost.)
Obrazek duchowy.
Ostatni raz w tej formie w sierpniu.
Dzisiaj przefasonowany na inną modłę.
Nie pamiętam już jaką, ale pewnie pogańską.
Selawi.

piosenka z wróżbą




Satynowy krem, słodki miąższ,
pianka, lekkość, sen, zakładka ze wstążką,
cyt, cyt, cyt.

***

Czarna dziewczynka idzie przez miasto.
Przekracza ciemne rejestry domów.
Księżyc, księżyc świeci, gdy dachuję.
A koty? Koty pasą się.

***

Widziałam panią w oceanie przeklętych łososi.
Plaża roiła się od malw, rozsypane muszelki dzwoniły na szyjach
rybitw, rozwrzeszczanych i pierzastych.

Kreolka na piasku, senność, niebo, dzwonek, łyk kawy, pinezka,
krem z cukrem, rozkoszny płyn, koronkowe zasłony, mata hari.

Widziałam, Pani, wieczór klei się do stóp.
Zaczynam nierozumieć, bardzo tęsknię, miłość, miłość jest wszędzie,
szczególnie tam, gdzie teraz idziesz.
Widzę to w twoich krokach, stopach osypanych złotym pyłem.
W ciele masz lekkość.

Z ust bije jasność, wokół głowy - aureola ciemnej materii,
ciepłej i wciągającej.
W twoich włosach rosną szelesty, prześwity i przetarcia.

Niemal można dojrzeć ich zapach.
Czarny zapach.

***

Ból jak czekolada. pył, pył, pył.
Błękitne piórko,
aksamitny woreczek,
połyskliwy wąż.
(Ssssssss....)












+ pierwsze efekty wykładów

środa, października 1

stenogramy miłości

Gwiazdy i księżyc
Jeżeli nie są one powinny być
Dla dziwne światłem elektrycznym
Leży tak blisko mnie
I love przyjść do jazdy
Nie mam chore morskiego, walcówka fali
I wiesz, że ja jestem
Po prostu próbuje się wydostać

O chwale dźwięku
O jednej drogi
Jednak nie można ...
Nie można otrzymać go bez płacz

Kiedy jestem ubrana na biało
Wyślij do mnie róże
I tyle pić whiskey sour
I wszędzie Zostałem
There's a świat, że moje imię howls
Z jednej tiny żądło
W tym wolny sławy

Och na huczny szumi
Pamiętaj, że nazwa ulicy jednokierunkowej
I nie można dostać ...
Nie można otrzymać go bez płacz

Tajemnice na bok
Nie można wydostać się
Psychotropowych w świetle
Nie można wydostać się
I love przyjść do jazdy
Nie mam chore morskiego, walcówka fali
Jako sposób, że spadek
Próbuje się wydostać

O Z jednej drogi
I nie można dostać ...
Nie można otrzymać go bez płacz
Och na huczny szumi
Zwane jest to jeden ze sposobów ulicy

(materiały źródłowe : Mark Lanegan, One Way Street)

środa, września 24

szybki mętny

Żółte buty są jak droga cierniowa - wydrążyły mi ostrymi ząbkami (tak, ząbkami, pamiętasz?!)
dziurę w lewej nodze. Kogo więc interesuje czy są ze skóry - czy nie.
Taka dziura jak ta - na nic. Zwykłe ujście dla kolejnej żółtej rzeki ciała.
//
Równoczesne obcowanie z ,,Dziewięć" i ,,Murami Hebronu", to ból w czystej postaci.
Szczególnie w autobusie po 23, ale kiedy się czyta, przynajmniej niczego nie widać.
//
Jestem już po a zarazem ciągle przed - przed dzisiejszym obiadem, który połknę jutro rano,
jutro rano za 5 godzin zaraz po otwarciu oczu.

I na to tylko czekam, odganiając inne, gęstsze zjawy.
Dobranoc.

poniedziałek, września 22

ubrania idę już spać

Wszystkie ubrania, które kiedykolwiek tu leżały. Łasiły się do skóry.
Strzępki materiałów, przylegające ciasno do bioder. Szerokie w dzwon
spodnie z nogawkami, wlokącymi się po ziemi, pod podeszwami butów.
Zima 2001, grudzień, przemarsz przez wieczerzę wigilijną w parze gatek
prosto ze sklepu, w owiniętych wokół nóg prostokątach dżinsu.
Różowa reklamówka i tekturowa karteczka z floralnym wzorem.
Przypominane wieczorem, maście przeciwko zamarznięciu.

lepkie kałuże, kolczaste przypływy radości, wiosna 1999,
przypuszczalnie wielkanoc -
marszczona przy ramionach i dekolcie
nowa
biała

skóra
zawieszona na klamce
poza czasem aktywności fizycznej


Okolice jesieni 1998 -
granatowe
pikowane
udoprzylegacze

kto wtedy takie nosił

niebieskie pikowane buty
krasnoludzkie większe rozkoszniejsze
niż para noszących je stóp

para buch
wszystkie ubrania, które kiedykolwiek spowijały ciało w mrok,
rozkładały się na strzępy, wcierały w skórę fragmenty włókien,
wnikające w mózg instrumenty codziennego przechodzenia
ze snu w inny sen

ostra fascynacja lakierkami na przezroczystej podeszwie
jesień 1997
czas brązowych spodni w kratę
białej bluzki
pragnienia wysokości

rosło się na przezroczystych plastikowych podeszwach
dwa centymetry w górę
i choć niżej
wyżej niż wszystkie panie na wysokich obcasach

Osoba na zdjęciu ma pewnie imię. Sowuk - Imię.
Niebieskie oczy dziwnie wytrzeszczone, zmierzwiony wzrok.
Krzywy uśmiech ma.
I źle ubrana, źle ubrana.
Stoi i patrzy na mnie ze zdjęcia. Z niebieskimi oczami,
ustami, rozumem, stoi w źle skrojonym, przedwczesnym ciele.
Nieswojo krzywo uśmiecha się.

piątek, września 5

Geniusz zbrodni!

....

(...) a kurier pocztowy już wcisnął się w tę grupę nie mówiąc nic
i nie roniąc ni słowa, jak nieważki, wysuszony albo skamieniały ptak,
nie sęp oczywiście ani nawet jastrząb, ale, dajmy na to, pterodaktyle pisklę wstrzymane w rozwoju tuż po wyjściu z jaja dziesięć epok lodowcowych temu
i tak zestarzałe w swym dzieciństwie, że stało się zniszczonym i znużonym
antenatem wszelkiego późniejszego życia.


W. Faulkner, Requiem dla zakonnicy

czwartek, września 4

oda do Stasiuka (a droga jest szarą kasetą).

Wynikł powrót. Zajebiście piękny dziesięciogodzinny przejazd przez
trasę trzystukilometrową - zatem zdaje się wynikł także fenomen na
skalę europejsko-unijną. Tym, którzy karmiąc nas pustosłowiem
zastanawiają się nad losami Gruzji, Armenii, Izraela, Somalii, Ukrainy, Chorwacji i Serbii
oraz nad tym, dlaczego Chiny otrzymały możliwość organizowania olimpiady,
sugeruję jednak pogłębienie refleksji wewnątrzustrojowej.
(Chyba, że ich panaceum jest tarcza antyrakietowa, która ściągnie
na naród wybawienie od rodzimej nieudolności, pod postacią pocisku, który
zlikwiduje za jednym zamachem - zarówno przyczyny naszych bolączek -
jak i nas samych.)

***

Ale póki co oddalamy się jednak na pewien czas od naszych osobistych
potentatów politycznych. Obieramy kierunek circa wschodni.

***

Częste podróże na zachód powodują pewnego rodzaju zachwiania europejskości,
z czego dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę.
Człowiek skupia się na jedynej znanej sobie stronie świata, spiętej klamrą
unii, znajomej z podręczników historii i geografii. Uczy się niemieckiego,
angielskiego, francuskiego, dla smaku - hiszpańskiego, czy włoskiego.
(Niezbyt dobrze pamiętam lekcje geografii a tym bardziej podręczniki,
ale kilka słów wraz z kontekstami zapadło mi w pamięć. Słowo,,slums"
kojarzono z przedmieściami wielkich miast Ameryki Łacińskiej, wspominano
o brazylijskich ,,favelach", o biednej Afryce - ale nie pamiętam ani słowa
o biedzie w Rumunii, Bułgarii, Ukrainie, Litwie czy Estonii.)

Obce galaktyki, których penetrowanie utrudniają liczne przeszkody,
- tragiczne drogi, długie postoje na granicach, wizy, bariery językowe
czy najzwyklejszy w świecie strach przed nieznanym.

30 na godzinę. Kierowca przeklina los, który zepchnął go z jedynej
słusznej ,,Autobahn" wprost na piekielną ,,darogu".

I myśli się właśnie w ten sposób, po zachodnioeuropejsku - ,,drogi są tragiczne",
bo nie można po nich przemknąć 100 km w ciągu godziny.

Zdenerwowanie po chwili ustępuje miejsca rezygnacji.
Jedzie się powoli, omijając dziury, zabłąkane zwierzęta,
grupy niefrasobliwie rozchwianych, zagadanych przechodniów.
Traci się z oczu bilboardy i naszpikowane szyldami strefy przedmieść.
Krajobraz powinien wyblaknąć, tak się myśli, z braku magenty,
wasabi green i fontu helvetica. Pozbawione języka reklamy wzgórza
powinny zapaść się pod ziemię, powinny stracić umiejętność przemawiania
do zabłąkanego na szosie turysty.

Dzieje się jednak inaczej. Kiedy gaśnie silnik samochodu, wszystko wokół
zaczyna dźwięczeć. Szumy i szelesty, nieznane ptasie głosy.
Przez głowę przemyka myśl, że wielkie jest prawdopodobieństwo napotkania
tutaj niedźwiedzia.
Słucha się i zaczyna przypominać, że istnieje jeszcze coś, poza naszym
podwórkiem. Istnieją inne powietrza i znaki.

Wolna jazda zmusza do obserwacji - więc mimowolnie ogląda się mijane
domy, wciąż jeszcze drewniane, otoczone sadami i zabudowaniami
gospodarskimi. Patrzy się na ludzi o ogorzałych, pomarszczonych twarzach,
w ubraniach jakby nie z tego świata, przykurzonych, przekopujących zagony i orzących pola.

Jest czysto, myśli się. Pola ciągną się kilometrami. Na wzniesieniach błyszczą
w słońcu srebrne i miedziane hełmy cerkwii. Stada owiec.
Zarośnięte gąszczem chwastów szeregi popękanych od starości macew.

I dalej.

Otwiera się szerzej oczy na widok brudnych buziek cygańskich dzieciaków
uganiających się całymi gromadami po centrum Medzilaborców na Słowacji.
Odmawia jałmużny nachalnym czarnowłosym kobietom w ciężkich spódnicach.
Mija się ich domy na dalekich przedmieściach, białe i długie baraki
otoczone wzgórzami odpadków.
Trwa się w zdziwieniu na widok rachitycznych zabudowań przed którymi
przesiadują milczący mężczyźni popalający papierosy.

Potem czyta się Stasiuka i dowiaduje, że ,,Słowacja liczy 5,4 miliona mieszkańców.
Pół miliona z tej liczby to Cyganie. Prognozy mówią, że za pięćdziesiąt lat
będą w Słowacji stanowili większość" (A. Stasiuk ,,Fado", s.76), ,,Tak więc Polska
ma szansę sąsiadować od południa z pierwszym cygańskim państwem w dziejach"
(A. Stasiuk ,,Fado", s.62).
Do świadomości przenika wyparty przez wszechobecne anglizmy fakt istnienia
innych języków - zaczyna się zastanawiać nad tym, dlaczego nie zna się wciąż
ni jednego pisarza bułgarskiego czy chorwackiego. Kim jest Miodrag Bulatović?
Co za szczęście, że miesiąc temu przeczytałam książkę Serhija Żadana ,,Depeche Mode" -
mogę dzięki temu powiedzieć, że znam jednego pisarza ukraińskiego
(a wikipedia aż 71 - http://pl.wikipedia.org/wiki/Kategoria:Ukrai%C5%84scy_pisarze ).

***

Zachłystuję się, zachłystuję się światem.
Beztroskim leżeniem na ławce i marzę o zdobyciu tytułu mistrzowskiego
w dziedzinie przechodzenia z miejsca na miejsce, produktywnego nicnierobienia.
Spoglądaniem na oświetlony słońcem chodnik, jak na prywatne dzieło sztuki,
deptane przez wszystkich i przez to deptanie jeszcze bardziej uświęcone.
Nie żadne tam ready - made, oblizane i przewertowane przez setki rąk.

***

Żyje się zbyt szybko.
Żyje się nie dostrzegając niesamowitości tego, co wciąż jeszcze nie zostało jeszcze doszczętnie wchłonięte przez nienasycony żołądek ,,globalnej wioski". Pierwszymi stronami gazet i dziennikami telewizyjnymi.
Żyje się chwilowymi zrywami mediów, które co jakiś czas sięgają po rumuńskiego pisarza czy ukraiński zespół punkowy i czynią z nich gwiazdy jednego sezonu, by błyskawicznie je przetrawić i zepchnąć na margines, by zrobić miejsce ,,nowym odkryciom".

Żyje się życiem tymczasowym, zawieszonym na doraźności własnych potrzeb.
Obawami co do przyszłego materialnego zaspokojenia. Przedmiotami Zbytku Codziennego.

Żyje się i nie wie, ile słuszności w tym biegu z wystawy na wystawę, z miejsca
na miejsce. W zasapanym przelatywaniu z wieży Eiffla do Placu Gwiazdy.
Ile słuszności w próbach nadążania za pozorami nowoczesności - aktualnymi trendami,
które ledwo złapane w garść i przyswojone, przeminą.

Czy mamy jakiekolwiek szanse, by ogarnąć umysłem bogactwa oferowane nam
przez świat? Czy uda nam się, kiedy już zejdziemy z wieży Eiffla, w potoku
innych turystów, oderwać od wyznaczonej trasy i zejść na pobocze - odwiedzić
miejsca nieopisane w przewodnikach? Czy uda nam się pogodzić z faktem, że
nie zdołamy tego wszystkiego ogarnąć i pomimo to wciąż czynić wycieczki
poznawcze do półek bibliotecznych z literaturą wschodnioeuropejską?
Zobaczyć choć jeden w życiu rumuński, estoński, rosyjski, słowacki film?

***

Później.
(Czy uda się zamknąć to wszystko, całego siebie, na rok czy dwa,
odmówić wstępu gazetom, filmom i książkom i przeżywać raz jeszcze,
sprawdzać, ile zdołaliśmy zapamiętać, kim się staliśmy i czy cokolwiek
uległo zmianie. Mieć przy sobie drugiego człowieka, na długo, na całą
wieczność i przeżywać go, akceptować, przyswajać. Trwać z nim w tym
odosobieniu dłużej niż trwa standardowe, gazetowe ,,kocham Cię".
Pogodzić się z nim do ostatniej tkanki.)

***

Dosyć trudno przekonać siebie samego do nakazów wnętrza.
Trudno wierzyć w to, że w duszy tli się coś, co mówi inaczej niż plakaty,
niż rubryki z poradami erotycznymi dla nastolatków.

Utylitarnie wycisza się własny sprzeciw, bo nie wiadomo, na ile jest podstawny a na ile iluzoryczny.
Ucisza się siebie samego, bo negacja także jest dzisiaj bardzo ,,trendy".
Przystoi walczyć i krzyczeć.
Takim, co krzyczą, można przecież zrobić porywające fotografie.
Można wynieść ich na piedestał jako Tych Co Odważyli Się Być Inaczej.
A potem wessać spowrotem, ugłaskanych i dokarmionych.
Nie chce się stać jednym z nich. Lepiej więc milczeć?

Trudno uwierzyć w instytucję ,,własnego języka", języka, który nie istnieje w żadnych
innych ustach, poza naszymi własnymi. Przywykliśmy do jednogłosowości i mamy problem
z wysłyszeniem subtelnych, ćwierćtonowych różnic pomiędzy wzajemnymi obserwacjami.

Trudno. I nie wiadomo czy warto w ogóle się na tym zastanawiać.
I czy warto to rysować, opisywać, przerabiać na wszelkie możliwe sposoby.


A więc ostrożnie, proszę Państwa, ostrożnie,
(myśli się nad koniecznością przejścia na inną stronę).



...

wtorek, września 2

marzyciele

Pierwszy przypływ miał miejsce pod koniec czerwca, pamiętam
to bardzo dokładnie. Strach. Pamiętam dokładnie. Ciepło wlewało
się szparami w drzwiach i oknach, na zewnątrz czekali Oni.

A wewnątrz był strach. Niedowierzające spojrzenie.
Może to wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, że to już
chyba koniec czegoś. Że zaczyna się wojna i lada chwila trzeba
będzie zacząć golić łydki. W spojrzeniu świata pojawiło się
obrzydzenie. Pierwszy przypływ bolał bardziej niż wszystkie
następne i przelewał się przez plażę mocnymi, krępymi falami.
Nudności.
Pierwszy przypływ to dopełnienie bioder i piersi.
Kolejna para ust, które trzeba będzie nakarmić.

Tuż obok stało drugie morze, wobec którego nowy, czerwony
pancerzyk biedronki nie znaczył nic.
Pierwszy przypływ sprawił, że zamiast napawać się krajobrazem
i wyrafinowaną kuchnią, rzygałam w wielkie morze, przechyliwszy
się przez barierkę, z mocno zaciśniętymi powiekami.

...

A teraz ze wszystkich sił wpadnę w Ciebie.
Najmocniej jak potrafię, przez swoją krew, na swoją krew.
Marzenia wysysają zdolność całkowitego docierania.
Obezwładniające myśli wiążą ręce.

A to przecież dopiero ciało.
Piękna przeszkoda do pokonania, w drodze na wejście.
Opada na podłogę, słabe i uciszone i wtedy dopiero zasypia naprawdę,
kiedy już je nakarmią i utulą. Wtedy przestaje użalać się nad wojną.


Na chwilę.

środa, sierpnia 6

Herezje i schizmy.

,,Jeżeli niebo stworzył Pan Bóg, tak jak ziemię, możesz być pewny, że znajdziesz
tam to samo zło. Po śmierci nie będziesz wynagrodzony stosownie do twych zasług,
bo jeżeli niesprawiedliwość istnieje na ziemi (o czym przekonasz się kiedyś
z własnego doświadczenia), to dlaczego miałaby istnieć i w przyszłym życiu?
Najlepiej zrobisz nie myśląc o Panu Bogu i na własną rękę wymierzając sobie
sprawiedliwość, skoro ci jej odmawiają."
(Lautreamont)

Złamanym palcem szewc Piotr wystawiał na piasku rachunek sumienia za
miesiąc bieżący. Nawet bez VATu rządki cyfr chwiały się przerażająco
jak małe wieże Babel. I Piotr bał się swojej niewypłacalności.
Miętosił puste kieszenie, pozwalał ziarenkom piasku penetrować jaskinie
swoich źrenic (bo przecież źrenice to czarne dziury).

Wystawić go sobie, czy Bogu, zapytywał się w duchu trąc podrażnione oczy.
Z jednej strony - moja wina, moja wielka wina - ale z drugiej strony jego.
Losu wina, parek, muz nieśmiertelnych i satyrów, szponiastych gryfów,
jego wina, siedem dni tworzył system skarg i wniosków. On i uczynki.
A teraz każe mi jeszcze zapłacić 7% VATu. Pokutować. Dawać jałmużonę.

Wdowy i Sieroty. I ci żebracy pod kościołami. Dobrze wiem, że potrafią
chodzić, gdyby mieli wolę wstać i udać się do ośrodka pomocy społecznej,
do urzędu pracy. Gdyby tam babina na dworcu nie oszukała mnie dwa razy
z rzędu płacząc mi w ramię prawdziwymi łzami, dwa razy podczas jednego tygodnia,
łkając, że zgubiła bilet i do domu nie wróci i kłamiąc, że będzie się za mnie modlić.

Anioły są tutaj, na ziemi, szklane i nie potrafią dziękować.
Dziewczyno ze snu, Twoje słowa jak ołów leją się mi przez ręce.
Czując, jak uderzają o bębenek, wykwintne i ciężkie od dymu.
Anioły trzymają w palcach kruche filiżanki. Piją ołów.
Rotmistrz przygotowuje szwadron do wymarszu. Będą strzelali.
Żołądek niestroniący od ołowiu szybciej pójdzie na dno.

Ja powiedziałem jej - oszukałaś mnie, o widzisz, już nie płaczesz, już patrzysz
na mnie zdziwiona, jak te wróżbitki na dworcach, miłe za 5 złotych - od pięciu
w dół plujące wyzwiskami. Jak ten człowiek, który prosił mnie o jedzenie - a kiedy
wyjąłem ciemny chleb, który zwykłem jeść, sklął mnie i odszedł. Brudny, śmierdzący
i szyderczy. Ciemny chleb, ja przecież bułki jem, lepsze ze śmietnika, niż twoje.

Gdybym miał pomysł na realizację tego czeku, który z góry otrzymałem,
in blanco, żeby móc się tutaj, na ziemi utrzymać - byłoby inaczej.
Ale teraz już po wszystkim, po wszystkim tym jestem tak brudny, że aż
nieskalany i unoszę się ponad całym tym brakiem doświadczenia, brakiem wybaczenia,
prawdziwy poeta religijny z uprawnieniami do żałowania innych.

I cóż, że nie mam już środka, jeden czort wie, co się stało, kto połknął
i schrupał to, czym byłem wypchany, kiedyś ich to nie interesowało, teraz
mówią, że może chcieliby jednak czego innego, teraz myślę, że lepiej by było
dla nich spróbować czegoś innego. Czegoś z wnętrzem, głębokim, wilgotnym od
świeżego miąższu, takiego, jakiego zwykli pragnąć.

A więc próbuję. I nie potrafię odejść, puścić swojego szczęścia i wymierzyć
sobie tej kary, której treść przyszła pocztą, podobno z banku. Odejść i nie
sprawdzać, nie próbować, dać spokój, zaszyć się, przecież jestem szewcem, to
powinno wyjść mi najlepiej.

A potem są już przytułki dla tych niespełna rozumu, tak - ich własnie dostrzegam
najlepiej, z nimi szukam kontaktu wzrokowego, kiedy przechodzę ulicą -
czy to nie dziwne. Kantem bym puścił póki czas, cały ten interes,
wszystkie inwestycje i pieniądze, zostawiłbym robotę w trakcie, jeszcze parującą,
igłę ciepłą od moich dłoni. Zniszczyłbym to wszystko, gdybym miał tyle sił i ruszył
na świat, z byka. Żeby wydać to, co mi jeszcze pozostało i zginąć w odmęcie.

I nie płakałabyś za mną długo, zapomniałabyś moje serce, wrzuciła do tego worka.
Z pozostałą przy życiu jatką, do Worka - Nie Zaglądać. O ile dogrzebałabyś się serca,
bo może brak go już na dotychczasowej pozycji. Byłem przecież na wojnie, zwykły
szeregowy rekrut. Niemal każdy roił sny o stopniach i wyłogach.
A wiesz, czymś trzeba płacić za belki i gwiazdki. Całujesz mnie?
No nie mów. Wy zawsze się krygujecie, żadnych złych chłopców, żadnych kłopotów.
Ale nie masz jeszcze trzydziestu lat i dziecka uwieszonego u szyi. Więc idziesz.
Ale nie uśmiechasz się do mnie jak kiedyś, jak ta osoba, której wydawało się, że czymś
jest póki, kiedy już się stała - nie dostrzegła, że wcześniej mogła spokojnie żyć,
bo nie była tym, czym się sobie wydawała.

My po wojnie, Stary Druhu, też mamy złe sny. Wiesz, jak to jest. Ale lepiej
zakrzyczeć je czymś, potraktować z pięści. Jedni chodzą do psychoanalityków,
jedni polują na zwierzęta inni przesiadują godzinami w biurach.
A do nas to wraca. Już myślimy, że jest spokój, że zniknęło - ale ujawnia się.
Boimy się zbrodni rozgrywających się pod naszymi powiekami, przeraża nas to miasto.
Wszystkie samochody, prosto na nas.

Jedyne co zdrowe - to spacer i sen. Wychodzić, wchodzić. I nikt nas
tego nie nauczy, sami musimy dojść, byle spokojnie, byle bez pośpiechu, na miejsce.

Najpiękniejsze piosenki to te o wiośnie, kiedy śpiewa, że kocha,
łapie za ręce, w białej sukience i stokrotki.
I to wszystko jest możliwe. U ludzi mniej wrażliwych - możliwe natychmiast.
Ci inni muszą czekać. I tak nic innego im nie pozostało.

Na wojnie mówili nam - zagraża, to zabij, nauczyli strzelać.
Ale jak oceniać teraz zagrożenia, kiedy wojny nie ma. A karabin został.
I szyfry zostały - musimy wyrażać sie szyframi.

(,,Raz pies wpadł do kuchni
I porwał mięsa ćwierć
A kucharz, co był głupi,
Zarąbał go na śmierć.
A kucharz, co był mądry
I litość w sercu miał...", tak śpiewa Samuel Beckett)

Przekleństwa młodości, mówię Ci, to przekleństwa młodości, Stary Druhu.
Pod skórą mamy tatuaże, których nie sposób zlizać.

poniedziałek, sierpnia 4

smaczek

ESTRAGON - Czekamy
VLADIMIR - No tak, ale czekając?
ESTRAGON - Może by się powiesić?
VLADIMIR - Hmm. Mielibyśmy erekcję.
ESTRAGON - (podniecony) Mielibyśmy?
VLADIMIR - I całą resztę. Tam, gdzie to padnie,
wyrastają mandragory. Dlatego krzyczą, gdy się je
wyrywa. Nie wiedziałeś o tym?
ESTRAGON - Wieszajmy się natychmiast!


(S. Beckett, Czekając na Godota, akt I)

środa, lipca 30

the kilimanjaro dark jazz ensemble

Tacy są ci dzisiejsi przyjaciele. Otwarci, sercowo uśmiechnięci, lekko szaleni.
Wszyscy zapięci na przedostatni guzik i wypełnieni farszem, słodkawą treścią
z gazet i życia wziętych. Świadkowie naszych nadużyć i nadżyć, nawet, kiedy przemawiają
z oddali, zawsze dostarczają drobinki energii.
Niebezpieczni, jak lotne piaski, ciężko chorzy na analityczną wściekliznę,
zawsze zdolni do znalezienia kilku usprawiedliwień, które młotek zamienią w bukiet fiołków.
Zbawcy!
Migrują od głowy do głowy, zanurzają palce w lepkich od potu włosach i szukają.
Biedni, błędni cybernauci.

A kiedy to mówił na jego ustach chwiał się uśmieszek.
Kąciki wahały się z jednej strony w drugą i twarz miał podobną
do konika na biegunach, niepewną własnego wyrazu.
Oczy zawiesił na haku, żeby patrzyły, jak cieknie z truchła
prasowanego przez stopy przechodniów wróbla.

****

Ludzie, jak miazga pomiędzy podłogą a dachem, na klaustrofobicznych
odcinkach pomiędzy jedną falą gorąca w drugą, wiecznie niepocieszeni,
rozszeleszczeni od szyfonów i wiskoz. Ekologiczne torby w ich rękach -
zapowiedź apokalipsy. Trudne do zauważenia znaki w ich uszach i włosach.
Gryfy i płaszczki czające się w załomach niepozornych koszulek z odzysku.

Z wzrokiem wbitym w zlewające się płyty chodnikowe, przed siebie.
A goń, a w toń, byleby nie w miejscu. Intymne konstrukcje, mała architektura
drewniana na skraju załamania nerwowego ale wciąż w obrębie świata.
Ich dłonie, jak koszyki. Języki plotące, krzewy gorejące.
Strzeliste akty zapamiętania w hipnotyczną zamieć promieni.

****

Wodzowie wracają, anonsuje ich smród wieków, tak bardzo prawdziwy, że nie sposób
im nie zawierzyć. Wodzowie odpowiedzą przechodniom, po co ginie się w tłumie,
przepada na długie godziny w zatłoczonej windzie jadącej na 10 piętro.
Po co zamiera się przed półką zarzuconą stosami truskawkowych wafli.
Dlaczego tak dobrze jest pchać ten metalowy wózek zamiast koła kieratu.

****

Kości zostały rzucone, dziewczyna odzywa się. Ma czarne włosy, włosy do pasa
i bardzo biały, sztywno postawiony kołnierzyk. Za jej plecami zlewające się
w niesamowicie fioletową plamę płótna. Kurwy i penery krzyczy, ale twarz ma
zupełnie bez wyrazu.
Jej porwana transem dłoń kreśli, pokrywa papier korowodami znaków.

Po drugiej stronie - druga para jej oczu.
Nie potrzeba kominka ani czarnego kociaka, żeby przedostać się i zobaczyć, jak palą się.
Jaksięjarzą.
Strzępy papieru tryskają spod palców chłopca, który w amoku miota się na krześle.
Tylko jego oczy, zupełnie inaczej niż reszta, zatrzymały się na drugiej stronie.
Nieświeży oddech lata wdziera się do pokoju, zagarnia natychmiast toaletkę
i ustawione na niej jezioro czarne.

****

Kolizja ciem tuż pod sufitem budzi małą.
Boi się całego tego szelestu. Zamieszania. Boi się dworca. Zejścia po stromych
schodkach w dół, aż na peron. Na peronie straszy, wydobywa się z pustych butelek
i atakuje płuca a potem żołądek. Nie wrócę tam mamo.
Sprawdź zawczasu, czy w lampie masz kolekcję nocnych motyli.

****

Z kopca wychyla się przyczółek oddziału wywiadowczego czerwonoarmistów.
Rejestruje czającego się pod paprocią kota.
Odwrót!

****

Szila Karter zdejmuje wprawnym gestem pływacki kostium we wzory geometryczne.
Jest enerdowski i aeorodynamiczny. A może odwrotnie.
Ciało w promieniach reflektorów. Oczy żarówek. Świetliki.
Zbliża się do kominka. Kocim ruchem.

Naga kobieta z pogrzebaczem.
Opalona naga kobieta.
Z pogrzebaczem.

Dama z łasiczką AD 2008.
Miss Świata w pływaniu tyłem.
Unosi ramiona w górę. W doł.
Kocioł obok kominka pełen jest ciekłego, zagotowanego złota.
Za chwilę temperaturę wrzenia obniży na moment masywna sylweta
Ridża Forestera, którego nogi zaplątane w dywan, łatwo poddały się
pchnięciu. Kąpiel. Mówią, że czas na kąpiel, nie wiem tylko, czy
słyszysz.

****

Kurtyna opada, sok cieknie z sufitu, obnażone zamiary płoną u wezgłowia
łóżka. Na stole stygnie zupa ogonowa, moja stałość.
Lustro zmienia kurs.
Paznokcie czarnowłosej sięgają dna.

wtorek, lipca 22

...

Tak jest – w środkach komunikacji publicznej, w przypadkowych toaletach dworcowych, w których człowiek obawia się choć na chwilę spuścić z oka swój wielki plecak, co sprawia, że pakuje się z nim do jednej kabiny; kosmicznej kabiny w obcym mieście i siada na zamkniętym oku i patrzy na drzwi.

A na drzwiach wyskrobane paznokciem i kluczem, wypisane markerem, zaznaczone, uświęcone – imiona i nazwiska. I aż chce się wyciągnąć klucz, igłę, kawałek cyrkla i wytatuować kolejny fragment, dołożyć swój wiecheć sennych marzeń do strzechy tego obłażącego z farby wehikułu czasu, od roku 0 do dzisiaj.

Bo istnieje przecież statek kosmiczny, który startuje tylko z takich miejsc – ławek okupowanych przez wychudzone ciała bezdomnych i pijących, z gzymsów zasranych przez gołębie, zza zakurzonych firanek mieszkań, do których nikt nie zaglądał od wielu lat.

Ziemia osypuje się z krawędzi rynny, w której, nie wiedzieć kiedy, zapuściła korzenie brzoza.

Nad nami pleśń, niestrudzona piastunka końca końców, muskająca opuszkami grzybni powietrze. Może nawet jesteśmy już pod wodą i spoglądamy na siebie przez szafirowe tafle, niezdolni do wypowiedzenia sensownego zdania, z trudem rozpoznający twarze.

Udajemy, że potrafimy pływać, ale ciśnienie spycha nas coraz niżej, w głębokie chłodne przestrzenie usłane ostrymi plastrami granitu.

///

Bolę się.

///

Przez sen rozmawiam głównie z Mock`iem, weszło w zwyczaj i nie odpuszcza. Budzimy się obok siebie, zlani potem, on w cywilnym ubraniu, ja zupełnie bez.

I obydwoje, jak jedno, rzucamy się na stojącą obok łóżka szklankę wody.
I kiedy już zwilżymy gardła, kładziemy się znowu i nie możemy już zmrużyć oczu, i uszy mamy pełne szelestu osypującej się na nas z rynny ziemi. Plamy na jego oliwkowej koszuli,
plamy potu i rozlewiska tuż pode mną, czerwone, błyszczące.

///

Jest wojna.

///

Wojna jest wtedy, kiedy budzimy się w takim momencie, jak ten. U boku Mock`a, w pocie i krwi, zbyt daleko od całej reszty, którą zwykliśmy nazywać życiem. Zaczynają płonąć wszystkie niezrealizowane zapowiedzi kwiatów i kwiatków, ogrody całe płaczą za oknem. Patrzymy na siebie zszokowani, na ścianie ktoś wyświetla świat. Oglądamy go, jak film zatytułowany ,,Za dawnych dobrych czasów”. Z każdą minutą coraz bardziej jesteśmy podziurawieni i zdziwieni, opatrujemy się nawzajem i znowu, znowu bierzemy na siebie pociski. Krew na prześcieradle i ścianach, Mock dawno się przyzwyczaił, uśmiecha się łagodnie rozrywając końcówkę gazy, żeby zwieńczyć moją skroń zaczerwienionym węzełkiem.. Blizny na jego twarzy nienaturalnie się naciągają w tej próbie mięśni i tkanek i już czuję, jak głaszcze mnie po ręce i uśmiecha się. Zaraz wejdziemy pod łożko, głos woła – do schronów – słuchamy więc i spełzamy, pomiędzy kurz i resztki zabawek, niedojedzone okruszki dzieciństwa, zamiecione pod materac.

///

Gdyby nie ten detoks, napiłbym się, szepcze mi do ucha, zahaczając o małżowinę ostrymi pikami włosków. Drżę. Napiłbym się i ja. Nie masz pojęcia, jak ciężko to analizować. Bez ustanku stoję przy stole i przeprowadzam sekcje, jedna za drugą. Posyłam do laboratorium coraz nowsze, coraz dziwniejsze preparaty. Oni tam śmieją się ze mnie.
I znowu zaczęło się jąkanie. Pp… słowa nie chcą przechodzić przez gardło, tu mnie masz.
To takie romantyczne – poddawać się niemożności.
Analizowanie jej jest wchodzeniem do śmietnika, szukaniem powodów, imaginowaniem przyczyn i wydarzeń.

///

Wolałabym poddać się niemożności.

///

czwartek, lipca 3

Józio na poprawę humoru.



Józef Czapski, Autoportret na tle okna, 1937-1939,



Józef Czapski, Para w kawiarni, 1980,



Józef Czapski, Młody człowiek na czerwonym tle, 1980


*************************************************************
Wiele pisać nie sposób, bo za chwilę czas spać.
Trochę tylko.
(Zasady denerwują mnie.
Strach denerwuje mnie.
Brak organizacji i planów, nieustanne oglądanie się na innych,
denerwuje mnie.
Własne poczucie niemożności, irytuje mnie.
Oko pewne zniewala.
Wiara czyni cuda.)

A Józef Czapski wielkim malarzem był.

Wielki Józio z innego świata, świadek światła.
Nieprawda, że autorytety się wykruszają - sami je odrzucamy.
Tak myślę.
Burza idzie, trochę strach, ale czegóż tu się bać?
Jutro Fight Song, ostatni dramatyczny akt.
Będzie gryzienie. A potem pocałunki.
Strych, rozgrzany do czerwoności i sześdziesiąt spoconych,
lekko zaczerwienionych ciał.

Syreny zabierają się za kołysanki.
Ciao.

środa, lipca 2

2. lipca - tabletka nasenna z Breslau

Zupełnie nie rozumiem wrażenia, jakie Gertruda Hrabina von Mogmitz
wywarła na Eberhardzie Mocku. Najbardziej irytujący element sekwencji -
jej niezdrowe podniecenie na samą myśl o kazaniu na górze; te wypisywane
zgrabnymi szczupłymi palcami bzdury na temat duchowego dziecięctwa.
Wypełnianie kolejnych warunków i pięcie się ku świętości po trupach -
średniowieczna litania wypisywana na grzbiecie za pomocą dyscypliny
i butów nienawistnej strażniczki-alkoholiczki.

Fanatyczna adoracja profesora i samobójczy instynkt Mocka, nakazujący
mu rzucać się we wszystkie możliwe opały, dla kobiety, która patrzy
na niego wielkimi wilgotnymi oczyma. Zdominowany Gnerlich, z którym
prowadziła podwójną grę - wargi przekładane krwawymi razami.

Irytująca naiwność głównego bohatera wytrąca z równowagi.

A może to tylko próba zwiedzenia czytelnika - zepchnięcia go na manowce
rozterek dzielących atencję pomiędzy pocącą się krwią dewotkę a archetypicznie
męskiego gończego psa. Policjant i święta. Arystokratka i parias.

Brzydka twarz mężczyzny, właściwie jedna wielka blizna rozciągająca się
od brody do ciemienia i dziewczęca twarzyczka wychudzona przez wyrzeczenia.
Jej zgrzebna, podarta sukienka - jego drogi wełniany garnitur.

Kąpiel w ługu, sól w ranach, wypalanie znamienia niewiedzy na policzku.
Jak widać za kobietą przebraną za anioła każdy pójdzie do piekła.
Błogosławieni cisi.
Semiotyka Mocka nakazująca mu analizowanie biblijnych histerii;
nigdy nieprzekonany, palący czaszkę mózg, wciąż spodziewający się zaskoczenia.

I kiedy słyszy prośbę, widzi rozpalone orgią oczy, różane powieki
zwieńczone długimi, jasnymi rzęsami, niemal słyszy grzechoczący w jej dłoniach
różaniec, niemal słyszy, jak krew wypływając ze stygmatów sunie po szarym
materiale sukienki.

Uderz mnie, mówi.
Uderz mnie, mówimy.

Pogarda dla ciała jest jego uwielbieniem - czy to Orwell?

Greckie krzyże zamiast litery ,,t" - odpowiedź na pytanie.
Hrabina jako desygnat tego znaku, przyczynek rozbicia korowodu niezdrowych krzyżówek,
trup, który wpadłszy w łódź podwodną, napuchł i szczerniał.
Odchodzisz Mock?

***

Ratunku, pomocy, jestem wariatem - ale seria świetna.
Kiedy przestaję być sobą - wcielam się w Eberharda - mam kaca, tytoniowy
oddech, niezły garnitur skrojony na miarę i myśli prześladowcze.
Kocham wszystkie upadłe kobiety, kocham się z wszystkimi upadłymi kobietami.
Wpadam w gniew na widok ich krzywdy wybijając zęby i kości ze stawów i szczęk.

Słucham muzyki barokowej, interesują mnie relacje pomiędzy słowami i krwawię
z głowy - krwawiąc oddaję cześć całemu zwątpieniu, na którym opiera się istnienie.
Krwawię i zamieniam się w Mocka na czas egzaminów - uparcie drążąc i nie licząc
się z konsekwencjami - dzieciak, dzieciak zbulwersowany rolą hrabiny w porządku
świata. Czas spać.

niedziela, czerwca 22

w nieskończoność

Kiedy sprawa trochę już przycichła, urządziliśmy przyjęcie żałobne.
Powiedziała nam, że żałobne jest tylko z nazwy, na użytek całej
reszty rodziny, która zaraz po pogrzebie szybko wróciła do siebie.
Żadnej czerni, zaznaczyła. Nie będziemy grali Stabat mater.
Ogólnie rzecz biorąc - to nikt nie wiedział, co o tym myśleć.

Ubraliśmy się zachowawczo - trochę w jego jazzowo - maklerskim
klimacie. Buty wyśrodkowane - równie dobre na parkiet jak i na
chłodne płyty kościelnej posadzki. Wszyscy, na wszelki wypadek,
zaopatrzyliśmy się wcześniej w wódkę, dużo wódki.

Ona nie pije - to jasne; pijąc nie zdołałaby tego wszystkiego znieść.
Ale nam się należało, urodziliśmy się przed rokiem 80, więc mamy
pełne prawo. Ona nie. Ją traktujemy jak młodszą siostrę.

Pamiętam jak kiedyś, przed kilkoma laty zagalopowała się i zmieszana
skończyła gdzieś w kącie sali, potknąwszy się o własne nogi, na podłodze,
z włosami mokrymi od potu i rozmazanym makijażem.
Pozbieraliśmy ją i położyliśmy piętro wyżej, w pokoju z łazienką.
Drzwi na klucz, żeby nie było możliwości odwrotu. Żeby nikt nie wszedł
i nie zabrał jej ze sobą. Nigdy nie wiadomo, co mogą zmalować obcy.

Rano po nią wróciliśmy. Leżała na podłodze.
Z naderwanego ucha lała się krew.
Nie czekając ani chwili obłożyliśmy ją wilgotnymi ręcznikami.
W szpitalu ucho doszyli, naciągnęli co trzeba, żeby ładnie wyglądało.

Nie chciała zdradzić, co się działo podczas naszej nieobecności.
Zniknęła na parę miesięcy z miasta - chodziły plotki, że gdzieś daleko,
w jakimś klubie, trudni się zniewalaniem chłopców i dziewcząt.
Nikt w to nie uwierzył, nie sposób bowiem traktować takich plotek poważnie.

A potem wróciła i przywiozła go ze sobą.
Jakim prawem? - pytaliśmy siebie nawzajem. Po co go przywiozła?
Był taki płaski i smutny, snuł się za nią jak cień, jeżeli tylko zdarzyło
im się wyjść na ulicę - co wcale nie było zjawiskiem częstym.



A teraz, po pogrzebie, robi przyjęcie żałobne.
Nie płacze, tylko gryzie przedramiona.
Cum dederit dilectis suis somnum, różowe koszule, prążkowane garnitury.

niedziela, czerwca 15

liryki stada



Anna i Mistrz,
czyli, inaczej mówiąc - ,,Kochajcie poetów!"
(czy tam - jak kto woli - kochajcie się z poetami ;)





Najznakomitszy performer poezji jurnej w swoim żywiole
(jak widać pogrążony w schizoidalnym transie recytuje poemat).




Na pierwszym planie - fragment wiersza Ani Krztoń.
Na drugim - młodzi postmoderniści o poczernionych sadzą twarzach.

Autorka nieniejszego bełKOTu także poczerniła ale niestety,
z racji faktu iż robiła
zdjęcie, nie zmieściła się w kadrze.



Dugi i Grupa Bardzo ( Dobrze też :D) i ich perfom-bałns muzyczny.
(w kącie siedział jeszcze Perkusista, jednakże
natura kompozycyjna tego kadru nie dopuściła do ujęcia
jego wizerunku, co rekompensuje nam pięknymi światłami
na suficie).


A jeżeli chodzi o samo spotkanie poetyckie - poziom większości wierszy
(wierszów? :D) bardzo dobrym znajduję i o więcej się zapytuję
(wiem, że rymy są paskudne, ale po dzisiejszym wieczorze trudno mi się
powstrzymać). Jeżeli zdobędę fragmenty dzieła Mistrza B., niezwłocznie
zacytuję i zilustruję.
Pozdrowienia dla staro i nowo poznanych towarzyszy s przystolika
na lewo od baru (na lewo, gdy stoi się przodem do okien).