wtorek, maja 19

///








Wieku delirium
Curse of my zapomnienia

niedziela, maja 17

teeraz jest północ.



Mmm...
Dzień z ptakami i zagwozdkami.
Lemur się ożywia.

czwartek, maja 14

///



///koniec dnia.
to paniczne robienie sprawia, że wszystko się pcha na monitor
uszy i oczy i atakuje i muszę sobie upuszczać te obrazki jak
juchę, czy inną posokę i to przez to tyle tego.
ale blogi są chyba właśnie od dyskretnego ekshibicjonizmu, he.
a kontener z dzisiejszego spaceru w przerwie pomiędzy operacjami
wojenno-piurblagistycznymi. Ładne materace - tylko trochę ciężkie.
I jakiś Pan dziwnie patrzył.
///byle.

//taniec



bawi mnie to.
blog odwraca kolory...
te zdjęcia były niebieskie...
pali się?
Stanisław Młodożeniec
XX WIEK

zawiośniało — latopędzi przez jesienność białośnieże.
— KINEMATOGRAF KINEMATOGRAF KINEMATOGRAF...
słowikując szeptolesia falorycznie caruzieją.
— GRAMOPATHEFON GRAMOPATHEFON GRAMOPATHEFON...
iokohama — kimonooka cię kochają z europy
— RADIOTELEGRAM RADIOTELEGRAM RADIOTELEGRAM...
espaniolę z ledisami parlowacąc sarmaceniem
ESPERANTISTO ESPERANTISTO ESPERANTISTO...
odwarszawiam komentuję dosłoneczniam
AEROPLAN AEROPLAN...
zjednoliterzam paplomanię.
— STENOGRAFIA...

wtorek, maja 12

musujące kolakao z milki

Orka(n)

Czerwone słońce. Tania, ostra pornografia,
w którą się ciężko zaopatrzyć. Los
jest jak ryba w rękach i gdzie tu
zarzucić wędkę? Ludzie są

jak psy, interesują się ludźmi i tylko
ludźmi. Co jeszcze jest jak co?
Igrzyska olimpijskie okazały się kolejnym
niewypałem i cała Polska zrosi

rzewnymi łzami to srebro. Będziemy
biegać płacząc, będziemy kłaść
trupem ze łzami w oczach i wbrew opinii całego
świata nazwiemy je łzami szczęścia.

(Adam Wiedemann, z tomu Kalipso)


Kiedy szedłem ostatnim razem polem, bynajmniej nie w niecnych zamiarach, szedłem słuchając Krysi Aguilery i Blekejdpisu, wzdłuż płotu jednostki wojskowej, przesłoniętego gęstą siatką traw i innych chaszczy, z bassbitem podkręconym do granic możliwości .
Nie słysząc odgłosów przyrody, ani tym bardziej nienaturalnych jednostek człowieczych, od których teren ten jest z reguły wolny, drąc paszczę, szczerząc paszczę do głuchego pustkowia natrafiłem na wyrwę w gałęziach i oczom moim ukazał się żołnierz Wojska Polskiego w pełnym umundurowaniu, ewidentnie na warcie, stanowczo na miejscu, w przeciwieństwie do mnie, bo ja po prostu się błąkałem - a on - on wiedział po co go tam przylepiono, zatem natychmiast wykorzystał któryś z punktów swojego regulaminu i ruszając ustami (dla mnie bezdźwięcznie), komicznym ruchem wskazał ręką jakąś bliżej nieogarnioną przestrzeń, w którą miałem, wnosząc z tego drgnienia palców, iść won czem prędzej nim on przesadzi ów płot jednym susem i spuści mi manto mortale albo usadzi w głowie słowa jakiegoś moralitetu, od którego dnia tego właśnie, uciekałem w krzaki od rana do wieczora, tępiąc sobie komórki popmuzyką. Pomachałem zatem głuchą na jego słowa głową i ruszyłem w przeciwnym kierunku, na dystans od płotu spory, byle dalej od karzącego spojrzenia służbisty.

Żując łodygi maków (po raz pierwszy odprawiłem to w Tychże, lat temu kilka - sporo), dalej idąc, z fajkostanem na wargach, przekrzywiając daszek swojej poluzowanej dżokejki, bez konia musując kłusem poprzez szelest własnych nogawek, podążając na północ, przez trawę, z w torbie, jakimś zakleszczonym wodorostem, khe khe, spotkałem ich, ich trzech, rozpoczynających właśnie biesiadę, co za idiotyczna sytuacja, że byli właśnie znajomi, od lat nie widziani, na środku mojego pola, strzelający mate i inne alkohole, wyciągający w kierunku przyjazne dłonie - ja w kierunku - wafle cytrynowe, dzieńdobry, dzieńdobry, przysiądę. Ja jestem Biegun, czy biegun to już waszego całodziennego pragnienia, skoroście wleźli na pole odpoczynku mego od dumek i liebesromanów, się panowie wściekliście.

Khe, khe, alfą i omegą czuję, coraz więcej myślę o efektach słów, to niedobrze, rozwarstwiać znaczenia i znajdować wszelkie możliwe interpretacje.


(,,Na piedestale należy umieścić Matkę Boską z Dzieciątkiem, które tuląc się do Niej, jednocześnie bierze Ją za podbródek, by zwrócić uwagę na mnie; ja zaś niżej, obrócony tyłem do widza, z głową ku Najświętszej Rodzinie, przyciskam słup do piersi - obok mnie kij podróżny i kilka rozrzuconych rękopisów" - opis pomnika nagrobnego, którego postawienia zażądał po swojej śmierci Paul Claudel.)


Po mojej śmierci, ach kiedyś pewnie nastąpi, chcę powiedzieć, że nie chcę wiedzieć, co będzie. Bo po co mówić, skoro nie wiem, czy będą powody by myśleć, co ze mną, kiedy mnie już nie będzie. W tym zimnym ciele, które teraz jeszcze kremem oliwkowym nacieram, piaszczyste śniąc wersety, plażowe zakusy, nie będzie drugiego dna. Zwykła konserwa potem, garnitur po duszy, pachnący jeszcze trochę żywymi rodnikami i łojem. Nic nie będzie wyjątkowego w tej nieubłaganej śmierci, o której nie powinno się myśleć w swoich latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku.
(Bełkoczesz, usiłujesz się wkupić w łaski tego, co za oceanem nazywają ,,flow", tej wróżki, którą łapie się za skrzydełka całymi godzinami, żmudnie trzepiąc poematy ,,ku czci".)
To przynajmniej powiem jeszcze, że perfidny ten Paweł Mykietyn, napisał coś co mnie uwiodło, co za znerwicowane frazy, ta kobieta odrywa mi swoją nowoczesną rozpaczą nieczułe na Szekspira uszy, to chyba coś znaczy. Nie sprawdzając znaczenia tekstu, zdając się na dźwiękową interpretację, wierzę.
(Na mózg pada już mnogość myśli, o wszystkim, przynajmniej stronę dziennie, bo jeśli nie, niezależnie od tego, jak wielkie to gnioty, głowa doskiera i jęczy; No dobrze już, lunatic is on the grass.)

Zimami zdarzało się, że i 45 minut człowiek na przystanku przestawał oczekując swojej drezyny, o wściekle niestarannie rozstrzelonym rozkładzie - i nie wiedział, gdzie podziać przemarznięte pośladki, z teczką uwieszoną u szyi, błąkał się po budkach z herbatą i czekoladowymi noskami. Zimno, zimno, dudniło w głowie, rysować nie można, palce szare, jakże obcy jest przystanek najpiękniejszą nawet zimą.
A dzisiaj, wiosną, znowuż.
Dziwne 45 minut, z okiem niezdolnym do lektury Kwiatka.

Ale jest miejsce zaczepienia - bar dworcowy Tomaszewska w B., nie ma wprawdzie piosenek o tym przybytku i niewielu, jak wnoszę z frekwencji, poszukuje jego dziwacznego wnętrza, umieszczając je na mapie regularnie odwiedzanych - ale i tak warto tam zasiąść. Odpowiednio szare ubranie i już nikt nie patrzy ani nawet nie zdaje się patrzeć. Rozregulowane radio z piaskiem w głośnikach, trochę współczucia godnym, ale i tak fe, nie do słuchania, nie.

Pierogi za 3 złote, na tym stanęłam. Talerz trzeba odnieść i przynieść- a ja lubię kiedy tak.
Nikt nie czuje się zobligowany do zagadywania, każdy je, bo jest głodny, można pisać w kącie, jest miejsce, szyby szare, z widokiem na peron. Bar Tomaszewska, taa. I kawa z fusem. I jeszcze Europa jest w K., ale ten już bardziej mleczny, z cudem koktajlu truskawkowego, gdzie pachnie jak w moim byłym przedszkolu, bo starsi ludzie, którzy często uczęszczają do Europy - pachną mlekiem, nie wiem dlaczego tak źle się kojarzą. I co tam, makaron z serem, naleśniki, kasza trough my mind. I w każdym mieście rozglądam się za tym samym, zabarykadowanym, trochę wycofanym - choć we Wrocławiu w samym centrum, w Krakowie też dosyć dosyć - ale już w Chorzowie dwoma w centrum i jednym na peryferiach, tylko dla miejscowych i wagarowiczów - gdzie palacinki podają z Bieluchem ocukrzonym i galaretka trzęsie się plastikowych kubeczkach.

I wszystko to, aluminiowe sztućce, sygnowane w latach pięćdziesiątych talerzyki i złudzenie domowości, jeszcze nie w kapsułkach, które chcieliby podawać w 1984.
Więc zimą i latem i dzisiaj, i dzisiaj jeszcze muszę Ci, Ag, odpisać, bo zwlekam bynajmniej nie ze złej woli a faktów dziwnych, rozczłonkowania czasoprzestrzeni - zasypiając w ubraniu o 19, budząc się o 4 rano, dziwne trojąc czworaki, khe, khe, ze strachem jakimś, groźbą wiecznej repetycji, bo skoro już dwie, dlaczego by nie trzecia - nie, trzeciej znieść by nie można, już robię te prace, już robię, kiedyś trzeba przecież wyjść.

Gdzie my tych ludzi - ja ich w pole wyprowadzić mogę, ładną pogodę pokazać i wodę, ale czy zrozumieją o co chodzi, nie żebym zakładała, że będą niekumaci - ale raczej niewtajemniczeni i powiedzą, że ,,ej, ale to tylko jest staw jakiś, tutaj madafackie gruzy, o co chodzi, co zwiedzać, gdzie industrial, gdzie anegdoty, legendy górniczego pióropusza, tutaj nie ma nawet elektrowni, bejo, supermarkety to my też mamy na dzielni."
I czy zagrać będą chcieli na byle czym w parku, by nagrać utwór polifoniczny, podkładkę, podwaliny pod kawałki, soundblastery i grzechotki rytmów?


(Boże, miałby lekką rączkę do macania kur.
Ga Ga Gara. Kok Kok Kok.)


Idę z K. na L., boję się sesji, se, se, se.



p.s. gdzieś tutaj jest żądać przez rz, nie wiem, pomieszało mi się i zapomniałam jak to się pisze, dlatego raz tak, raz tak - rżądać?

///110509






(Płonąca siarka tryska w górę. Przepływają gęste obłoki. Grzmią działka szybkostrzelne. Pandemonium. Oddziały rozwijają szyk bojowy. Galop kopyt. Artyleria. Ochrypłe rozkazy. Biją dzwony. Oszuści wyścigowi nawołują. Pijacy wrzeszczą. Kurwy piszczą. Syreny wyją. Okrzyki mężnych. Wrzaski konających. Piki szczękają na pancerzach. Złodzieje okradają poległych. Ptaki drapieżne nadlatują znad morza, podrywają się z moczarów, pikują z gniazd na zdobycz, krążą w górze i krzyczą, gęsi morskie, kormorany, sępy, jastrzębie, gołębiarze, słonki wędrowne, sokoły, kobuzy, czarne głuszce, orły morskie, mewy, albatrosy, gęsi arktyczne. Słońce północne zaćmiewa się. Ziemia drży. Umarli Dublina, ci z Prospect i ci z Mount Jerome, ubrani w szaty z białych skór owczych i czarne opończe z koźlej skóry, powstają i objawiają się rzeszom. Otchłań otwiera się bezgłośnie. Tom Rochford, zwycięzca, pojawia się w koszulce i spodenkach sportowych na czele narodowego biegu z przeszkodami i wskakuje do czeluści. Za nim wpada stawka ścigających się biegaczy i skoczków. W dzikich wygibasach zeskakują z krawędzi. Ich ciała zanurzają się. Dziewczęta z fabryk, ubrane w szykowne stroje, ciskają rozpalone do czerwoności baraabomby z Yorkshire. Damy z towarzystwa unoszą suknie ponad głowy, żeby się uchronić. Roześmiane czarownice w krótkich, czerwonych koszulkach lecą w powietrzu na miotłach. Quakerlyster plaster niszczy pryszcze. Spada deszcz zębów smoczych. Uzbrojeni bohaterowie wyskakują z rozpadlin. Wymieniają przyjazne hasło rycerzy czerwonego krzyża i staczają pojedynki kawaleryjskimi szablami: Wolfe Tone z Henry Grattanem, Smith O'Brien z Danielem O'Connellem, Michael Davitt z Isaakiem Buttem, Justin Mc Carthy z Parnellem (...). Na wyniosłości pośrodku świata wznosi się ołtarz polowy świętej Barbary. Czarne świece wyrastają z jego obu rogów: rogu ewangelii i rogu listów apostolskich. Z dwóch wysoko umieszczonych strzelnic wieży dwie włócznie blasku spadają na spowity dymem kamień ołtarza. Na kamieniu ołtarza leży naga pani Mina Purefoy, bogini nierozsądku, spętana; na jej wzdętym brzuchu stoi kielich. Ojciec Malachi O'Flynn, w długiej halce i włożonym przodem do tyłu ornacie, mając dwie lewe stopy odwrócone tyłem do przodu, odprawia mszę polową. Wielebny Hugh C. Haines Love, M. A., ubrany w prostą sutannę i płaski biret akademicki, głowę i kołnierzyk ma odwrócone tyłem do przodu i trzyma nad głową celebranta otwarty parasol.)

OJCIEC MALACHI O'FLYNN
Introibo ad altare diaboli.

WIELEBNY HAINES LOVE
Do diabła, który rozweselił młodość moją.

OJCIEC MALACHI O'FLYYN
(Wyjmuje z kielicha i unosi ociekającą krwią hostię.) Corpus Meum.

WIELEBNY HAINES LOVE
(Unosi od tyłu, wysoko w górę, halkę celebranta, odsłaniając szary, nagi, włochowaty zadek, w który wetknięta jest marchewka.)
Ciało moje.

niedziela, maja 10

////


na mieście i potem. no, że ładnie było, choć zdjęć to ja nie.





emet

Kochany Pamiętniczku!

(Teraz kawałek papieru i rysik, notatka na marginesie - piwo, wódka,
absynt, jeszcze na domiar ból głowy i po co).


Piszę do Ciebie, gdyż w obliczu jakiegokolwiek przekazu ustnego w tym momencie, język staje okoniem.
Staje?
Wszystko powoli traci sens,
wypada przenieść się wreszcie na drugie dno,
opaść razem z rzęsą, nie przejmować się,
co pomyślą inni
bo
w tej krainie, gdzie wszyscy robią to w butach,
jedni w kaloszach,
inni w gumowych hajdawerach w klaunie pasy.
w tej krainie
pełno jest świadków apostazji, wirk wirk,
sprzedających pawie, bezpośrednio na chodniku rozłożone i odpowiednio oprawione by służyć mogły ludzkim dzieciom całe lata i mienić się tęczowymi drapnięciami, proszę zabierz jednego, niech idzie z nami, pawie, piękni przedstawiciele ożywionej przyrody, kumaci i wrzaskliwi, nieludzko urokliwi, zabierz.

(i IDZIE.)

Z fantazją wkurwionego wschodniego kronikarza nadziei i radości
wyrywa gniazda laptopom i wysypuje młode na podłogę, usłaną śmieciostanem.
W tych warunkach rozwijają się drożdże, w butelce Jakuba Białego pleśnią
nasyconego, którego widzę z miejsca tego, zupełnie rozłożonego.
Wysysa ciekłe kryształy z naszego pięknego śranku, nie będzie na czym podać
rostbefu i figielków Krystyny, goście wyjdą niepocieszeni.

(Gdyby szkło gniło...stołowe zastawy porcelanowe futrzane od grzyba,
zabawne obiady z przyprawami gratis, kruszącymi się płazoklejami narośli.
Jedlibyśmy te same ryby, które w hotelu Splendid, z należytym namaszczeniem
odpicowywał Daniel Craig, masując jelita kuracjuszy i napędzając maszynę
ciemnego ogrzewania zwałami biomasy. Merde. Nie chcę tam wracać.
Nie ma możliwości Wyspy.)

Z imprezy u likantropów wróciliśmy bogatsi o przerażającego, post-witkacowskiego
kaca wszechczasów, objawiającego się wściekłym ujadaniem i pokładaniem na
wszystkich możliwych ziemiach. Czego można się dowiedzieć od ludzi po raz pierwszy
na oczy widzianych, dzikich szczerych współplemieńców Jana Wincentego obojga imion
Stanisława Skostniałego.
Grecka perderastia powoli przestaje mieć przed nami tajemnice,
kiedy wsłuchani w brzmienia śmiertelnie poważne, dyskusje gorejące nad piecykiem
pełnym pizzy, referujemy sobie bez słów swoje życiowe credo.

Palisz cukier?

Czuję zapach siarki, daję słowo, niechże Alfred się odwróci, patrzeć nie chcę na te potworności, kieszenie ma Alfred pełne, nie pytam czego. Niech Alfred przyśle mi nową pokojówkę, Helenę, powie jej, że okno łyska na czarnego pieska. Niech przekaże jej ode mnie obłok pięknych pierdół.
O jesteś, wybacz, że nie wstaję, zmogło mnie, nogi znieważone nadużyciem, umysł ciężki, napuchnięty mózg. Ale nos mam wciąż niczego sobie. Przystroję cię klejnotami, poczytam więcej o innych kulturach, by przekazać na twe ręce te najważniejsze, uczynić cię oblubienicą. W piwnicach kuracje jodowe, na obiad świeża baranina, niech się Helena nie denerwuje, jej włosy są jak maj w pełni, usta soczyste jak solo basu Lesa Claypool`a. Niech Helena założy te szaty, widzę w jej oczach kiście obietnic, niechże pozwoli mi je zrosić, czym zrosić, proszę nie pytać, Alfred trzymał coś w kieszeniach, kiedy był tutaj przed chwilą, polerował muszkatołową gałkę swej laski. Helena chce wyjść, dlaczego chce.

Jak ręką sięgnąć, na półce tomiki wierszy, wszystko to zwykłe pedalstwo, pewnie
właśnie dlatego otrzymałam tą wiadomość, oczywiście sprawdziłam co to, ale była
równie nudna, jak wszystkie inne, pochodzące od anonimowych darczyńców; jeżeli
chodzi o hardkor, to chyba nie tą drogą, jeżeli chodzi o sztuczność, to niech się
Alfred trochę przesunie, też chcę wesprzeć łokcie na parapecie i zachłysnąć się.
Cóż za powietrze, odczuwa się, namacalnie niemal, podrygiwanie wściekłych skał,
dlaczego nie ma tutaj morza, tylko to pytanie mogę zadać, dlaczego nie mogę nad nim
w nocy łapać wilka i innych wietrznych chorób, krążyć chwiejnym krokiem po pokładzie,
brodząc niczym ptak morski dogorywający w snach zakazanych przez oligarchów kościelnych, kh, kh.

Zawołaj Alfreda, niech podetrze nam dusze, papierem ściernym niech zbije wszystkie argumenty za gniotącą się w ciasnych przedsionkach gardła anginą, obrzydliwie bliską i flegmatyczną jak syberyjska matka, której śmierć nieobca, bo śmierci przygląda się od lat i stąd to dziecismarowanie łojem i futremowijanie w noce dziwne, lecz bardziej zimne niż ta, która zapisała się w opuchniętych zwojach golemowym Emet.

A kto skreśli pierwszą literę, ten berek.


........
dział ciekawostek:

Efekt halo (ang. halo effect), in. efekt aureoli, w psychologii tendencja do automatycznego, pozytywnego (efekt Galatei, efekt aureoli, efekt nimbu, efekt Polyanny, anielski efekt halo) lub negatywnego (efekt Golema, szatański efekt halo), przypisywania cech osobowościowych na podstawie pozytywnego lub negatywnego wrażenia.

Jest odmianą podstawowego błędu atrybucji. Polega na tym, że przypisanie jednej ważnej pozytywnej lub negatywnej właściwości wpływa na skłonność do przypisywania innych, niezaobserwowanych właściwości, które są zgodne ze znakiem emocjonalnym pierwszego przypisanego atrybutu.

Istotą efektu halo jest przypisanie komuś (atrybucja) ważnej pozytywnej lub negatywnej cechy wewnętrznej. Przypisanie cechy nieważnej nie musi wywołać efektu halo. Najważniejszymi atrybutami, które posiadają moc wywoływania efektu halo, są: inteligencja/głupota, nieatrakcyjność/atrakcyjność fizyczna, elementy wyglądu zewnętrznego (np. schludny/brudny), dobroć/zło.

Nazwa efekt halo wzięła się od zjawiska halo, czyli poświaty, która tworzy się wokół obserwowanych obiektów, np. wokół Księżyca w mroźną noc.

Przykład

* Punktualność jest dla mnie ważną wartością. Spotykam nową osobę i zauważam, że jest ona punktualna, więc będę skłonny myśleć, że jest też inteligentna, przyjazna, uczciwa etc.
* Spotykam osobę, którą oceniam jako niekulturalną i agresywną. Będę skłonny myśleć o tym człowieku, że jest także np. leniem i ma zaściankowe poglądy.

piątek, maja 8

krokiety tapira

ten już widziałam. może jakiś inny?

czwartek, maja 7

jak to się nazywało?




... nóż na gardle?
Areee we human - or are we dancers, czyli witaj świecie,
czas na zadanie z kompozycji, czyli muszę stąd wyjść z całym
stuffem i odbyć samotną pokutę z kadzidłami i innymi rzeczami,
wymyślić to logicznie i wykonać apetycznie, co za śmierć w butach,
wolałabym napisać zdanie na 50 stron, wzorem wuja Williama - choć
zdania mi nie wychodzą, kiedy mam na karku taki nóż, a w sumie to
nożyk, coś bardziej ambicjonalnego, łękotkę zgruchotaną, wolałabym
siedzieć tu i bełkotać bez miary, bełk, bełk, może piwo, alkohol lekki
do tej herbaty i kawy, ach, pęka śledziona, żołądek, cóż za jałowe móżdżenie,
całą noc będę siedzieć na kocyku i ruszać ręką tak długo aż mnie zmiecie
i zaśpię, już ja wiem - u wszystkich tak się to kończy, ale potem mogą
pozować na męczenników w imię nauki i własnego leserstwa i obnosić się
ze swymi efektownymi ranami w myśleniu spowodowanymi zaciemnieniem
z wycieńczenia i jest zabawa, że ho ho, kiedy jedno z drugim dostanie głupawki,
choć i tak jest postęp w tej mizantropii, bo udało się pokonać lęk i pokazać
fotki panu od fotkowania, jakkolwiek trapią mnie te momenty, kiedy muszę
wywlec flaki, to nie to, co litery, swoja gęba, upozowana w dorsza i kałamarnicę,
teatralnie czarnobiała - i pan mówi, że ja cię kocham za to, że to popełniłaś,
a ja mówię, że w toalecie to było, z potrzeby serca i takie tam - a on, że choć
technicznie beznadziejne, to jednak jakieś - a ja, że technicznie nie potrafię
bo jestem starym karpiem i nie w głowie mi przesłony, kiedy słońce tak jara
na dworze i czas do przodu... i znowu się zgaduję, wyjść czas, bejo, bajonara, ciao.

klepanie...

„Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, nie powinni mieć wnętrzności”.
Jądro ciemności, Joseph Conrad

Z tym, jak z pluciem. Z tym, że. Puściła się woda, tym razem nie krew. Kran cieknie,
kap, kap. Śpiewaj. Natłok piosenek, żeby nie szczezły. Ja piję kawę. I kawę, Żeby nie zasnąć. Zaśnięcie - co za różnica, jeden stopień poza światem, trochę dalej
niż tutaj. Telewizor. Dlaczego potrzeba towarzyszenia mu w tym momencie, choć jest
samowystarczalny, dostatecznie wypełniony sylwetkami ludzkimi i nie potrzeba mu do szczęścia gapiów z czerwonych foteli i w ogóle żadnych gapiów. To nie kino nieme - nikomu nie chce się czytać.

Taki był czas wczoraj, że nie dało się potwierdzić jestestwa - flaki na wierzchu,
dziwnie rozpierzchnięte. Pamiętasz, jak te konie w Potopie, ogniste araby, szablą pod brzuch, przez łeb. Klik, klik. Trafiłam do Barcelony, Ania wie, gdzie to, siedzieć w kącie i nie ruszać się. Tylko ręką, żeby zarysować i zaspokoić upośledzenie, potrzebę bohemy. Ona umarła, wybili nam w Powstaniu Warszawskim, w podziemiach, kanałach tych, co winni byli dusze karmić, wyjebali w kosmos młodych tego świata i zostawili resztki. Specjalnie tak. Namówić ich na patriotyczny zryw. Takie to ważne, dziewczęta patrzą, bagnet na broń. I oni bagnet na broń i w pierś, trupi nieba fiolet.

Skamane niebo, jest tak blisko, wciąż mówi się o nim. Tutaj o gwiazdach. Nieznajomość
astronomii nie przeszkadza metaforze w realizowaniu się na tych płaszczyznach.
Kutaj niebo zią, przeczyść oczy - jest tak blisko, teraz, ciężkie od chmur, zwisające
indyczych korali sznurem. Taki jestem samotny, samotny jestem tu, pan Bloom.

A gdyby kogoś zaprosić na kolację, podbiałoobruszony stół i świecokształtne naczynia - to tylko markiza de Sade, upić go winem i przesłuchać ze wszystkich zer. Pozwolić mu popłakać nad ojczyzny ciałem, grzędą samotników, zabłąkanych na bazarze dzieci, zabawiającym się w jatki. A gdyby nikogo nie zapraszać - to tylko teraz, obuchem kołdry oberwać. I ucho też. Składnia jak tłumaczenie z angielskiego, połamana.

Wiem, jak smakuje Amazonka. Banan, wanilia, mięta.
Jakoś lepiej, od zarania dziejów. This is the end,
musisz używać wszystkich naczyń na raz? Erna powiesiła się na telefonie.
Musisz używać wszystkich narkotyków na raz? Ja jestem przeciw, jestem czysty w tym prozaicznym sensie - profetycznym zakręceniu. Drugs, bigos, logos - ya, dada bear?
Killa, killa, spójrz na to, co u góry, boskie, cudne, firnamentalne.
Banan, wanilia, mięta, sperma. Coś, w czym się po kostki obgryzione staje.

Leżę na łące, tylna kieszeń spodni wypchana, to chyba krewetki, pierwsze co udało
się zgarnąć za sklepu. Fetyszystyczne dewocjonalia,

!związki i przeznaczenia!
Wrażenie łączenia się wątków - przemożne. Zaczęło się od artykułu o Komedzie w jakimś
majoweekendowym dodatku do Wyborczej - był tam motyw z Lenicą, szalonym, imprezowym
młodzieńcem, bujającym sie po warszawskich barach. Wczoraj u Kałużynskiego znowu
o nim napomykanie. I jeszcze Tymański w Machinie, bezkompromisowy kawalarz. I potem na stanie pojawia się Kattorna - to Komedowa kobieta ściąga młodego Stańkę z Krakowa, chłopak ma 17 lat, geniusz muzyczny i niskie poczucie własnej wartości z racji swojej nieładności (nie wiem na jakiej to podstawie - dzisiaj jego żółwiowata, zasuszona aparycja jest jak najbardziej godna uwagi). Kumplują się - kulawy laryngolog Krzysztof z nieładnym Tomkiem. No i Tymański chami się jazzowo, pogrywa z Trzaską.
I nagrywa w kontrze do Krzysztofa niegdyś Trzcińskiego płytę Asthmatic.
Miłosć Asthmatic, Komeda Astigmatic, Niemen Enigmatic.
Schizokakofonie.
I nie potrafię przez to wszystko wejść w odpowiednie fale muzyczne, dryfując od jednego portu do drugiego, przez japońskich awangardzistów, polskich jazzmanów i amerykańskie ambienty, w nieznane.

Możeby jakiś film napocząć? - ale nie, nie. Nie teraz.

Bo Kałużyński jeszcze o kumplu Lenicy - Borowczyku, tnącym taśmy filmowe na malutkie
kawałeczki i sklejającemu dla zachowania dynamiki obrazów, na nowo - a potem tępiącemu niesfornego krytyka z latarką dolepioną do długopisa piszącego bieżące sprawozdanie z filmu za brak szacunku do dzieła, niemożnoścd skoncentrowania się i chwytania niuansów.

Myślę o Ulissesie, och jak myślę, tęsknię wręcz za mydlaną kieszenią Henryka Kwiatka i przetłuszczonym papierem spowijającym świeże nerki.
Wszystko zlewa się w kałużę kawy i śliny, zapachy są różne.

Nie potrafię znaleźć muzyki, czytam, sto rzeczy naraz o stu wykonawcach, znajdują się różne deszczowe szpikulce. Pasjami aplikowane i przerabiane. Immolate Yourself, Telefon Tel Aviv - no przyznam, że złapałam się na opis. Jeden z twórców tej formacji zginął/zabił się, jak Jeff B., tonąc. Nie wnikam i nie śledzę, smakuję tylko
ten dziwny mood, wypływający z nagrań ludzi, którzy w niespodziewany sposób ewakuowali się z tego świata. Nie wiem, czy płyta jest dobra, po prostu chce mi się jej słuchać. Z Mykietynem. Japonią narkotyków, od których boli serce. Chłeptać dźwięki do porzygania, jedne za drugimi, gdyż tak się godzi w tym momencie.

She said destroy, mówisz pan, jak Hitler nasz kraj. A Hitler też się powtarza, w tym sekwencjonizmie nie ma litości dla żadnego - najpierw świętuje swoje urodziny dzień przed moimi, potem w Pradze, w kamiennym domu przy rynku czarne sale poświęcone tym 70 tysiącom potencjalnych artystów-schizofreników, witkacowskich obłąkanych - których uśmiercił masowo nim Papież zaoponował - a potem dyskretnie eksterminował w szpitalach. Ów Hitler, fan mydlanych filmów, który dzisiaj pewnie byłby jednym z miliona konsumentów kiepskiej publicznej telewizji, wcale nie znający Wagnera, miękki kwiatuszek na łonie lateksowej rzeszy - przebiega z czeskiej Pragi w gąszcz Kałużyńskich anegdot i znowu, poczucie powtarzalności. Postmodernistyczna modularność świata, ale wcale nie taka oczywista, choć oparta na powtarzających się motywach. Te drobne zmiany - gotyckie katedry dzisiaj szare, niegdyś białe, teraz jest północ, choć Śląsk wciąż na południu.
Klepanie...

poniedziałek, maja 4

filuterny wtręt

Wszystko przez to, że przemeblowali nam bibliotekę. I odpuścili zaległości
z okazji majowego święta książki i jej czytelnika, dzięki czemu uniknęłam
płacenia kary za przemocą przetrzymywane tomy, których nie miałam
czasu/nastroju/okazji/ochoty/potrzeby (niewłaściwe skreślić) - oddać.
I na co wpadłam, co uwiodło mnie już od pierwszej stronicy (choć bynajmniej
nie tą będę cytować)? Sami posłuchajcie:


,,(...) a mianowicie idzie o stylistykę, w jakiej osoby sprzedające miłość zwracają się do klientów. Jest to sytuacja, która musi wytworzyć wyjątkową dynamikę tekstową: przedstawicielka płci wstydliwej, obciążonej od wieków tysiącem tabu obyczajowych oferuje z miejsca obcemu mężczyźnie absolutnie wszystko do samego dna. Zwrot taki nie może być jednak bezpośredni, musi posłużyć się sugestią, intencja winna być przesłonięta, propozycja ukryta, a przy tym sformułowanie powinno być zwięzłe. Mamy tu do czynienia z trudnym gatunkiem, rzadko uprawianym nawet przez wybitnych fachowców we władaniu słowem, z epigramatem, który łączy najkrótszą formę z uderzeniową dobitnością. Ciekawe, że najstarsza dokumentacja jaką tu rozporządzam pochodzi od Polaka, mianowicie Karola Frankowskiego [krewnego Leona - późniejszego
przywódcy w powstaniu z roku 1863, straconego].
(...)
Ladacznice na ulicach piękne, wiele fascynujących! Na ul. Richelieu, elegancko wystrojona, zwraca się ,,Piękny rycerzu, prowadź mnie do swego zamku". Na ul. Montrmartre: kapelusz tiulowy, wydekoltowana po pachy, ociera się łokciem i posługuje słowem-rozkazem ,,Miłość i rozkosz!" Dzielnica du Temple, włosy pod wytwornym fularem i nosi zapaskę z czarnej kitajki: ,,Piękny aniele, kup serce". Baba z Hal, w czepku chłopki i w sabotach, ciągnie gwałtownie za poły fraka ,,Złoczyńco, pójdziesz?,,
(...)
Jak wynika z pamiętnika Frankowskiego , język proporcji odzwierciedlał ówczesne mody literackie, i to zróżnicowane zależnie od okolicy. Zwrot o rycerzu i zamku nawiązuje do oficjalnej poezji salonowej, jakiegoś Chateaubrianda czy Lamartine`a, zaś osoba ubrana jak dama i operuje na ul. Richelieu, w dzielnicy arystokratycznej. ,,Miłość i rozkosz!...". - nie wiadomo, jak to brzmiało po francusku [...] ale można przypuszczać, że było to coś w rodzaju ,,extase et passion!" - czyli wściekły dramat romantyczny Dumasa - ojca, Hugo, Delavigne... w którym to gatunku kapelusz tiulowy jest regularnym rekwizytem, niemal jak szpada w Ruy Blasie, we wszelakich ,,muszkieterach" itd. ,,Aniele kup serce" - to ciepła poezja mieszczańska, biedermeierowska [...], zaś ,,złoczyńco, pójdziesz?" (,,tu viens, bandit?") - w dzielnicy targowej - zapowiada już naturalistę Emila Zolę z jego Naną, L` Assamoir (Mordownia) oraz późniejszą piosenkę apaszowską w rodzaju Delmeta (,,Dziś w nocy znów mnie będziesz bił, aż skonam w krzyku, lecz pójść od ciebie nie mam sił, ty psie nędzniku!").


Inne wymieniane przez Kałużyńskiego zwroty to:
,,Czy ma pan zapałki?"
,,Ty, zabawiemy się w dzikich ludzi?"
,,Będziem dziś katować to dupsko?"
,,Może kawaler teraz trochę pobawi się moim czyczem, a ja tymczasem napiję się herbaty"



Nno, koniec tego wiosennego błocenia, Kałużyński bynajmniej nie skupia się wyłącznie
na kwestiach alkowianych - porusza się swobodnie we wszystkich interesujących mnie dziedzinach wykazując się przy tym istnym mistrzostwem słowa i niesamowitą erudycją.
Jak dotąd stykałam się z samym nazwiskiem - warto czasem zagłębić się bardziej
i sprawdzić to i owo, bo pan Zygmunt wart jest uwagi, och, ach. Książka zwie się ,,Do czytania pod prysznicem".

sobota, kwietnia 25

...z dormitorium nekroromantycznego chaosu

(pisząc cały czas, próbując się wyzwolić od gromadki niezwiązanych,
niepotrzebnych sobie nawzajem tekstów.)

210409
Na odczarowanie. Mednes, huh, mednes! Pięćset tysięcy planów
na dłuższy wikend, wszystkich tych oscylujących wokół
`zrobię, co mam zrobić i będę mieć spokój` - jak zwykle
fragmentarycznie wyparowało pozostawiając po sobie poczucie
niedopełnienia. Czasem lepiej jest studiować kierunek,
mający koniec i początek - jako tako zaznaczone granice,
od których można się odbić, zabrnąwszy na manowce..

Dobrze. Ale z rzeczy pozytywnych jest zestaw kadzideł
o zapachu Napoleona (taa! proszę pytać Siostry, gdzie się
takie wydobywa) oraz piżmaka tudzież piżmowca.
Zaraz pójdę je wytestować przy czynnościach neohafciarskich.
Dwie udane sesje kreowania nowego życia,
wraz z Wróżką, która przybyła z tykwą yerba mate, którą piłam
po raz pierwszy w tak mistycznej formie, że aż ach.

Jeden kolisty obrazek 20x30.

Odgruzowany po nieruchawych miesiącach pokój - białe firanki,
czyste podłogi, zapach lazuru i te sprawy. Znalazło się
kilka dawno zaginionych artefaktów.

Pojawiła się też idea jakiegoś przedsięwzięcia spacerowego
(albo serii przedsięwzięć) na polach radzionkowian.
Cel jest dosyć prozaiczny - bliskie kontakty z naturą, ponowne
odnalezienie pewnych jezior i stawów, do których trafiałam
przed laty samotnie spacerując po polach. Jeden z takich
spacerów zakończył się dziwnie - bowiem ze stawu dobywały sie
głosy piekielne i uciekłam biegiem. Było to chyba
3 lata wstecz i od tego czasu nie zdarzyło mi się zajść
w kuszące rejony. Choć coś ciągnie.

Cel secundowy - zbieranie przedmiotów pod obiekty.
To, co można czasem znaleźć na polach, przerasta pojęcie -
zatem warto wybierać się z workami, jak goście pana Tadzia
na grzyby - w kapeluszach i innych elementach koronkowych,
zbierać, fotografować i zaznawać.

Chętnych uprasza się do rezerwowania terminów pod numerem (0 700).
(Tu czy tam, jak wola.)

I z nieopisanych - teraz trawię jeszcze spotkanie z mistrzem Artim, heh,
zabawne słyszeć głośno rzeczy, o których nieraz się myśli,
z siłą wodospadu. Wyzbyć się nieskromności i snów o potędze,
dla czystej pracy. Czytając Cosmo, Glamour i Galę, ciężko się
jednak opierać pokusie występów w Sopocie pomiędzy Lalą
a Charybdą czy publikacji w miesięczniku Twój Styl tudzież wywiadu
lub ilustracji do artykułu w Wysokich Obcasach.
Magiel z głowy robią, bandyci! Sława to nie wszystko - ważniejsza
potęga .

I czuję się już stara, coraz starsza, coraz mniej zrobionego za mną,
coraz więcej niemożliwego przed. Taka data już za pasem, że strach
się bać. I słowotok, bo w radzionkowian ostatnio obumierają stare
dzieje, choć na ustach wszystkich wciąż jeszcze posmak legendy EKIPY.
Trzeba robić portfolio, rozsyłać po świecie i konta zakładać na wszystkich
serwisach społecznościowych wraz z osobistą domeną www.
Po co?
Żeby wszyscy nas znali, kochali i kupowali.
Ale po co?
Żeby mieć coś.
Ale po co...
Właśnie spłonął duży dom i wiele osób zginęło. Nikogo nie znaliśmy.
To nie były liczby, tylko ludzie. Po co więc nakręcać świat pełen liczb,
fundamentalnych kodów zero-jeden-zero-jeden. Przytłaczający ogół, wyzuty
ze szczegółu, choć w gazecie powiększony pryszcz J.Lo na pół strony.
Odwrócenie hierarchii. Wiemy, że nie mieli wystarczająco długich drabin,
wiemy, że w naszym mieście też takich nie mają, bo złamali jedną kilka lat temu.

(A potem zrobiła się pewna długo trwająca przerwa w nadawaniu komunikatów.)
I znowu:
230409

,,Książka ta jest moim prezentem dla mnie samego na pięćdziesiąte urodziny.
Czuję się, jakbym stanął na kalenicy stromego dachu - po wdrapaniu się na
jedno jego zbocze. Zostałem tak zaprogramowany, aby w wieku lat pięćdziesięciu
zachowywać się dziecinnie: obrażać Gwiaździsty Sztandar, bazgrać flamastrem
flagi hitlerowskie, dziury w zadku i różne inne rzeczy."


Aby dać pojęcie o mojej dojrzałości, za autorem Śniadania Mistrzów, załączam do
dokumentacji kilka owoców naszej dzisiejszej spontanicznej (ha Ludwiko!) nasiadówy.

Polny kapodaster, kawaleria hippiczna, o te tabletki proszę pytać w aptece. Na nerwy?
Uch, na nerwy to najlepszy psze Pani jest nóż, dobrze wyszykowany przez proroka
i jego karmazynową damę. Zamknij się królu, za głośno składasz papierowe samoloty, nie mogę wysłyszeć drżenia tej osiki, z której za chwilę wypadnie kołek.
Tak, będziemy nacierali go papierem ściernym, a potem zaopatrzymy w ostrze. Może być mithrill. Jest na zaopatrzeniu cała kolekcja klejnotów piurblagi, terrorystycznych gadżetów, rzeczy, których dzikości nie można się oprzeć. Utalentowany pan Sailor Ripley, szmaragdami obsypali jego buty, przechodzi właśnie z jednej strony na drugą. Słychać stukot obcasów na zasuszonych głowach kaktusów. Kwiaty we włosach - kolego, koleżanko?
,,W każdym razie to, co mnie wbito do głowy, przeczy sobie nawzajem, często jest bezużyteczne i brzydkie, nie pasuje jedno do drugiego, nie pasuje do rzeczywistości, tej, która istnieje naprawdę poza moją głową. Brakuje mi kultury, brakuje humanistycznej harmonii."
- tak zaczyna swoją piosenkę nowy wuj, Vonnegut Jr., niedługo po narysowaniu efektownej - acz syntetycznej ,,dziury w zadku". Wiele, wiele rzeczy miało się pojawić w tym piśmie, zaczynanym po raz setny - ale wciąż poniechanym, wymazywanym i odrzucanym.
Nad głową jak komiksowy dym, mała twórcza katarakta na rzece Kuang-Tzy. Gdyby plemniki miały możliwość rozwijania się w cebulkach włosów, zupełnie inaczej rozmawialibyśmy o tych kwestiach.

250409

Tak ziemskie roboty dbają o swoją seksualność. Gdybym miała wymieniać wszystkie aspekty, zabrakło by nam tego pięknego słonecznego dnia, nie zdołałabym strącić z piersi małego czarnego pajączka, wspinającego się ku szyi - a wy zasnęlibyście niechybnie, nie mogąc się doczekać zakończenia.

Po wielu turach nienaturalnych tłoczeń umysłowych odpalam yerba mate ajkju - i kiedy parzy się jeszcze, poddaję analizie dziwność sytuacji. Bo kiedy, dajmy na to, kucasz na ziemi, myślisz zapewne często, czy zbyt krótki stan spodni nie odsłonił twojego rowka. A jeśl masz jeszcze więcej uwagi, zastanawiasz się, czy aby na pewno dobrze go wyczyściłeś po ostatniej wizycie w toalecie. Ludzie patrzą.

Kiedy wyskoczy pryszcz, ja wyskoczę z okna, kiedy otworzy oczy, nie będę otwierać ognia - po prostu wyjdę bez słowa. I pomnij wtedy na jednostkową samotność w łoju, tłuszczu i łupieżu.

Całość elementarnej egzystencji pomiędzy zdartymi przez awitaminozę skórkami wokół paznokci a bladymi, pokrytymi zaczerwienieniami, nogami.

Och, próbowałam ogolić łydki - nigdy nie wyszło jak należy i teraz, siedząc z nogami wyciągniętymi daleko przed siebie, dostrzegam nieregularne skupiska małych, ostrych włosków.
Mienią się w słońcu tak samo, jak płatki kwiatów, łapią małe iskry i sterczą, nieokrzesane i niepotrzebne, na codzień stłamszone warstwami ubrań. Och, mam rumieńce. Rano wory pod oczami osiągają swój zenit, po niepokojącej nocy, na szczęście zakończonej krótkim, snem.
W dzień jeszcze cztery godziny, przy głośnej, nastrojowej muzyce.
Cera, lewa, tutaj przesuszona skóra, tutaj łojotok, piosenka o owocach dziewczęctwa, dziecięctwa.

Czy załoga komórkowa gra jakąkolwiek rolę, dnia takiego jak ten, kiedy słońce szaleje beztrosko na połaciach dachów? Czy znaczy cokolwiek wobec ciemnej kałuży błota, która, za pośrednictwem odrobiny wyobraźni i zapatrzenia, może zawieść nas w krainy, które jeszcze nie istnieją?

Obłudnie pragnąc się podobać, ale dobrze, żebyście wiedzieli, że to z reguły oszustwo.
Powierzchowne tatuaże z farbek do ciała i uniesionych brwi.
Usta w ciup. Zabawa konwencją, lalka przebrana za żołnierza, lekarza. Lalkarz przebrany za lalkę. Drobny złocisty pyłek na powiekę, ciemny, tłusty tusz, na rzęsę. Od tuszu boli oko, raz dwa trzy. Szminki zostają na rękach, nie można beztrosko dotknąć ust, nie można potrzeć czoła, coś kruszy się i spada w dół.
Maskarada. Lakier był kiepski, więc pożółkły mi paznokcie. Nie mów mu wszystkiego, ale pokaż, jak się maskujesz - jeżeli ma żołnierski dryg, zrozumie, że na ulicy to jedyny ratunek i sposób na wtopienie swojego ciała miękkiego w tłum. Bycie pośrodku - z dobrą pokrywą na twarzy i ciele, ale bez przesady - na tyle by mieć święty spokój, żeby spojrzenia spływały po Tobie, jak woda - ani za długie ani za krótkie.

A jeżeli wolisz się pokazywać - obetnij paznokcie, przyklej nowe, zedrzyj z siebie wstyd i nieśmiałość, trochę nadmiernego tłuszczu, idź do fryzjera, ubierz. Zrób się Czarna Mańko, na bóstwo, to na pewno natrafisz na bożyszcze - a jeśli nie - to przynajmniej na jakiegoś Bogdana, Bożydara czy innego Bogusława. Będziesz się wiła w klejnotach spadłych z nieba wprost w Twoje opalizujące ramiona.
Nie narażaj się na śmieszność, kontroluj tembr i skale perlistych śmiechów - trzeba wiedzieć, kiedy przykręcić potencjometr.

-----

A teraz już zupełnie nie to. Ciało nagie, ciało nieokrzesane, niestabilne.
Spokój na falochronie i kocu. Doprowadzanie wody rurami, za rękę. Wata na dworze, osy wiją gniazdo nad oknem, cieknie lepki sok. Z wiaduktu do teraz, lato, kawaleria pędzi na złamanie karku, kurz opada i trzeba by coś, od początku do końca - historię o biało-czarnym, biało-czerwonym i biało-zielonym napisać dzisiaj. Bo jutro odpust i miejsce na akwarele a potem ciąg dalszy. I znowu...

środa, kwietnia 22

impresje po powodzi...

...czyli kilka rysunków zen wykonanych podczas pewnego wojażu ze złotego osła do kredensu, przy wtórze świeżego mleka ze skwaśniałym szczypiorem, różowych kul, śniadania mistrzów, wyblakłych wstąg długości 6 metrów, poradnika grafomana, kolorowych pisaków, kasztaniaków, arabów z tektury, odrobiny kawy i ociupiny alkoholu - przez potrójny skład trzono-założycielski Stowarzyszenia Wolnych Piurblagistów, pod którym kryją się trzy, ściśle tajne imiona L.A.K..
Celem jest brak celu, byleby fermentował stale - zaś idea ukryła się w mroku dziejów i szcza na teorie.
Ha!
(To chwila wytchnienia, przed opublikowaniem smiertelnie poważnego poematu o lajfstajlu i wpływie kolorowej gumy na pracę przysadki mózgowej.)






niedziela, kwietnia 12

śniadanie

Wyglądając (jak? przez co?), zwalczając wzmagający się szum.

Aldona siedzi obok trzepaka, widzę ją przez okno.
Nie, nie jest niczyją siostrą. Włosy opadają na otulone czerwonym swetrem ramiona.
Niebo zaszło rzewną łzą.

Aldonie jeszcze się nie zdarzyło, ani w, ani gdzieś.
W głowie świszcze wiatr, ścieżka wije się od myśli do myśli.
Przechodnie za jej plecami śmieją się, jeszcze w słońcu.
W górę wzlatują opalizujące baloniki. Dzwony biją na koniec postu.

Czy jesteś? Ma przed sobą wielkie pole bitwy, krew leje się spod przymkniętych powiek, choć wydawać by się mogło, że pochylone są nad książką, trzymaną przez nią na kolanach. Ale dziwnie długo nie przerzuca strony i huśta się na zdezelowanym leżaku w kolorowe pasy, czasem unosząc wzrok, by przyjrzeć się spadającym z balkonów fragmentom kwiatów i lakieru powlekającego framugi.

Wiem, że ona pisze. Coś mi mówi, jakiś wściekły błysk w zrezygnowanym oku wskazuje na jej stan, błogosławiony cieniem. Watahy dzikich psów z wyciem tratują jej białe czoło i zmarszczki są jak drobne zaspy. Zapadam się po kolana w tym widoku. Znieruchomiała pomiędzy ś‌wieżo wykwitłymi spod ziemi chwastami i przebiegającymi za plecami gromadami ludzi, tkwi na posterunku.

Powraca myśl o. Spod powiek, wprost na ziemię, układając się w dziwnie symetryczną kałużę, korespondującą z gnijącym nieopodal ciałem baranka, pada krew. Sąsiedzi mają pomazane drzwi.
Bo spojrzała.

Anioł nie zstąpi w ten zakątek, to nie jest zwykłe osiedle - raczej osada - ale żeby się zobaczyć i tak musimy używać lornetek i wizjerów, godzinami wystając na dachach, by wypatrzeć jakąś panią Anię w kąpieli, zza zahaczonej o wazon firanki, w strudze wieczornego światła. Grzesząc samotnie, po omacku. Brudząc i drąc spodnie, zagarniając materiał dłońmi, byle tylko nie umknęła żadna kropla; żeby tylko się nie zdemaskować.

///

Jego ciało mieniło się wszystkimi kolorami, przez pryzmat, który zostawiła na kocu Ag. Tak, przez pryzmat, kobieta podglądała mężczyznę. Pranie schło i wszystko przebiegało pozornie bez konsekwencji, jak film. Niema obserwacja, potem rano, dzień dobry. Oni to kupują, powinni kupować - powinniśmy nie chcieć i nie potrzebować więcej, bo kiedy się zachce - zwykle nie wiadomo, kiedy przestać i można popaść. W okno czy dach. Zatracając się w niedostępnych obrazach i narażając na wściekłe ujadanie sąsiadów.

Pokład mieni się wszystkimi odcieniami. Dzień niepostrzeżenie minął. Wiem już jak przestałeś być chłopcem. Czytam to ze śladów warg na serwetce, dedukuję, zapadając się coraz głębiej w grząski jar słoika. Coś za coś, śmieje się małpa. Spodek, dzyń, dzyń, dzwonią krople herbaty.

Wielki pomarańczowy księżyc. Spójrz tylko. Teraz, za drugim razem, kiedy jestem już wewnątrz swojego pokoju, widzę go zupełnie innym. Tak, jak myślałyśmy. Śledził nas w drodze, stąd niebotyczny niż na jaki się stoczył. Zrudział od ziemi, czy tam, jakiejś jesieni, o którą zawadził spuszczając się z góry na linie, stąd ten opętańczy kolor. Przeświecał przez babciną firankę tak długo, aż wyblakł. Już jest taki jak zwykle. Spokojny i jasny.
Będziesz gryźć?

///

Aldona kąpie się za oknem, prezentując swoje porażające ciało. Jestem głodny, tak bardzo głodny, że za nic nie chciałbym go dotknąć, nigdy nie dostąpić. Pozbawiłbym się marzeń, tak teraz myślę. Jest na świecie tylko ten przyciągający zapach. Umieram na dreszcze, jedym spojrzeniem godząc w, łapiąc jej zaplątane w prześcieradła kształty. Marquez, szepczę, manipulując okiem obiektywu, ale anioł wraca, by trzepnąć mnie po ręce. Zostaw, sapie, wtulając się pomiędzy ucho a ramię, wbijając wzrok w zjawę. Stoimy już. Oboje. Nie wiem, co on tam ma, ale wiem, że tak samo, jak ja, spada właśnie z wysoka.

Za nic nie chciałbym cię już dotknąć. Chciałbym umrzeć w miejscu pełnym zjaw, we mgle, z majakami przed oczami, z polem, zarezerwowanym dla wyobraźni, tylko dla niej. Elektryczne światła szkodzą nam na serce, na zabój. Wiosna, śmiertelnej ezoteryki, śmiertelnej odwagi, tułaczki, w którą nie mamy czelności się wybrać, przyszpileni wizjami do łóżka i baldachimu. Przybici niedoścignionymi opisami miejsc, które blakną - przy kunszcie słowa - gasną, tracąc duszę, jak Aborygeńskie dzieci, przepadają bez wieści, niepostrzeżenie podmienione przez swoje falsyfikaty stworzone przez speców od kreowania przewodników.

///

Mam przez Ciebie, Aldona, ochotę położyć się na ziemi, tak, jak stoję. Położyć się na chodniku, pod czyimikolwiek nogami i leżeć. Biernie, jak drewno, kłoda, człowiek - nie martwy, tylko trochę przybrudzony. Jąkająca się atrapa cukierka. Ty, ty. Jak wytrwałaś w prawdzie, nie rozumiem. Drapiąc bez narażania się na niedostąpienie rezurekcji.

Ennio gra suitę, kobieto, najgorsze ze stworzeń, nie ruszaj się, chcę zrobić ci choć jedno zdjęcie, nim przepadniesz w ciemności. Cały horyzont jest za to twój, obiecuję, że więcej nie ruszę się z domu i przestanę zdzierać korę z twojego ulubionego drzewa, po którym wspinam się, co wieczór, żeby podpatrywać, jak rozplatasz warkocz i siejesz panikę pisma, na białych arkuszach. Przyrzekam na twoje obnażone plecy, że moja dusza jest śmiertelna i nie przekaże nikomu tego, co wyszepczesz do mnie, spoglądając w obiektyw oka.