niedziela, maja 10

na mieście i potem. no, że ładnie było, choć zdjęć to ja nie.





emet

Kochany Pamiętniczku!

(Teraz kawałek papieru i rysik, notatka na marginesie - piwo, wódka,
absynt, jeszcze na domiar ból głowy i po co).


Piszę do Ciebie, gdyż w obliczu jakiegokolwiek przekazu ustnego w tym momencie, język staje okoniem.
Staje?
Wszystko powoli traci sens,
wypada przenieść się wreszcie na drugie dno,
opaść razem z rzęsą, nie przejmować się,
co pomyślą inni
bo
w tej krainie, gdzie wszyscy robią to w butach,
jedni w kaloszach,
inni w gumowych hajdawerach w klaunie pasy.
w tej krainie
pełno jest świadków apostazji, wirk wirk,
sprzedających pawie, bezpośrednio na chodniku rozłożone i odpowiednio oprawione by służyć mogły ludzkim dzieciom całe lata i mienić się tęczowymi drapnięciami, proszę zabierz jednego, niech idzie z nami, pawie, piękni przedstawiciele ożywionej przyrody, kumaci i wrzaskliwi, nieludzko urokliwi, zabierz.

(i IDZIE.)

Z fantazją wkurwionego wschodniego kronikarza nadziei i radości
wyrywa gniazda laptopom i wysypuje młode na podłogę, usłaną śmieciostanem.
W tych warunkach rozwijają się drożdże, w butelce Jakuba Białego pleśnią
nasyconego, którego widzę z miejsca tego, zupełnie rozłożonego.
Wysysa ciekłe kryształy z naszego pięknego śranku, nie będzie na czym podać
rostbefu i figielków Krystyny, goście wyjdą niepocieszeni.

(Gdyby szkło gniło...stołowe zastawy porcelanowe futrzane od grzyba,
zabawne obiady z przyprawami gratis, kruszącymi się płazoklejami narośli.
Jedlibyśmy te same ryby, które w hotelu Splendid, z należytym namaszczeniem
odpicowywał Daniel Craig, masując jelita kuracjuszy i napędzając maszynę
ciemnego ogrzewania zwałami biomasy. Merde. Nie chcę tam wracać.
Nie ma możliwości Wyspy.)

Z imprezy u likantropów wróciliśmy bogatsi o przerażającego, post-witkacowskiego
kaca wszechczasów, objawiającego się wściekłym ujadaniem i pokładaniem na
wszystkich możliwych ziemiach. Czego można się dowiedzieć od ludzi po raz pierwszy
na oczy widzianych, dzikich szczerych współplemieńców Jana Wincentego obojga imion
Stanisława Skostniałego.
Grecka perderastia powoli przestaje mieć przed nami tajemnice,
kiedy wsłuchani w brzmienia śmiertelnie poważne, dyskusje gorejące nad piecykiem
pełnym pizzy, referujemy sobie bez słów swoje życiowe credo.

Palisz cukier?

Czuję zapach siarki, daję słowo, niechże Alfred się odwróci, patrzeć nie chcę na te potworności, kieszenie ma Alfred pełne, nie pytam czego. Niech Alfred przyśle mi nową pokojówkę, Helenę, powie jej, że okno łyska na czarnego pieska. Niech przekaże jej ode mnie obłok pięknych pierdół.
O jesteś, wybacz, że nie wstaję, zmogło mnie, nogi znieważone nadużyciem, umysł ciężki, napuchnięty mózg. Ale nos mam wciąż niczego sobie. Przystroję cię klejnotami, poczytam więcej o innych kulturach, by przekazać na twe ręce te najważniejsze, uczynić cię oblubienicą. W piwnicach kuracje jodowe, na obiad świeża baranina, niech się Helena nie denerwuje, jej włosy są jak maj w pełni, usta soczyste jak solo basu Lesa Claypool`a. Niech Helena założy te szaty, widzę w jej oczach kiście obietnic, niechże pozwoli mi je zrosić, czym zrosić, proszę nie pytać, Alfred trzymał coś w kieszeniach, kiedy był tutaj przed chwilą, polerował muszkatołową gałkę swej laski. Helena chce wyjść, dlaczego chce.

Jak ręką sięgnąć, na półce tomiki wierszy, wszystko to zwykłe pedalstwo, pewnie
właśnie dlatego otrzymałam tą wiadomość, oczywiście sprawdziłam co to, ale była
równie nudna, jak wszystkie inne, pochodzące od anonimowych darczyńców; jeżeli
chodzi o hardkor, to chyba nie tą drogą, jeżeli chodzi o sztuczność, to niech się
Alfred trochę przesunie, też chcę wesprzeć łokcie na parapecie i zachłysnąć się.
Cóż za powietrze, odczuwa się, namacalnie niemal, podrygiwanie wściekłych skał,
dlaczego nie ma tutaj morza, tylko to pytanie mogę zadać, dlaczego nie mogę nad nim
w nocy łapać wilka i innych wietrznych chorób, krążyć chwiejnym krokiem po pokładzie,
brodząc niczym ptak morski dogorywający w snach zakazanych przez oligarchów kościelnych, kh, kh.

Zawołaj Alfreda, niech podetrze nam dusze, papierem ściernym niech zbije wszystkie argumenty za gniotącą się w ciasnych przedsionkach gardła anginą, obrzydliwie bliską i flegmatyczną jak syberyjska matka, której śmierć nieobca, bo śmierci przygląda się od lat i stąd to dziecismarowanie łojem i futremowijanie w noce dziwne, lecz bardziej zimne niż ta, która zapisała się w opuchniętych zwojach golemowym Emet.

A kto skreśli pierwszą literę, ten berek.


........
dział ciekawostek:

Efekt halo (ang. halo effect), in. efekt aureoli, w psychologii tendencja do automatycznego, pozytywnego (efekt Galatei, efekt aureoli, efekt nimbu, efekt Polyanny, anielski efekt halo) lub negatywnego (efekt Golema, szatański efekt halo), przypisywania cech osobowościowych na podstawie pozytywnego lub negatywnego wrażenia.

Jest odmianą podstawowego błędu atrybucji. Polega na tym, że przypisanie jednej ważnej pozytywnej lub negatywnej właściwości wpływa na skłonność do przypisywania innych, niezaobserwowanych właściwości, które są zgodne ze znakiem emocjonalnym pierwszego przypisanego atrybutu.

Istotą efektu halo jest przypisanie komuś (atrybucja) ważnej pozytywnej lub negatywnej cechy wewnętrznej. Przypisanie cechy nieważnej nie musi wywołać efektu halo. Najważniejszymi atrybutami, które posiadają moc wywoływania efektu halo, są: inteligencja/głupota, nieatrakcyjność/atrakcyjność fizyczna, elementy wyglądu zewnętrznego (np. schludny/brudny), dobroć/zło.

Nazwa efekt halo wzięła się od zjawiska halo, czyli poświaty, która tworzy się wokół obserwowanych obiektów, np. wokół Księżyca w mroźną noc.

Przykład

* Punktualność jest dla mnie ważną wartością. Spotykam nową osobę i zauważam, że jest ona punktualna, więc będę skłonny myśleć, że jest też inteligentna, przyjazna, uczciwa etc.
* Spotykam osobę, którą oceniam jako niekulturalną i agresywną. Będę skłonny myśleć o tym człowieku, że jest także np. leniem i ma zaściankowe poglądy.

piątek, maja 8

krokiety tapira

ten już widziałam. może jakiś inny?

czwartek, maja 7

jak to się nazywało?




... nóż na gardle?
Areee we human - or are we dancers, czyli witaj świecie,
czas na zadanie z kompozycji, czyli muszę stąd wyjść z całym
stuffem i odbyć samotną pokutę z kadzidłami i innymi rzeczami,
wymyślić to logicznie i wykonać apetycznie, co za śmierć w butach,
wolałabym napisać zdanie na 50 stron, wzorem wuja Williama - choć
zdania mi nie wychodzą, kiedy mam na karku taki nóż, a w sumie to
nożyk, coś bardziej ambicjonalnego, łękotkę zgruchotaną, wolałabym
siedzieć tu i bełkotać bez miary, bełk, bełk, może piwo, alkohol lekki
do tej herbaty i kawy, ach, pęka śledziona, żołądek, cóż za jałowe móżdżenie,
całą noc będę siedzieć na kocyku i ruszać ręką tak długo aż mnie zmiecie
i zaśpię, już ja wiem - u wszystkich tak się to kończy, ale potem mogą
pozować na męczenników w imię nauki i własnego leserstwa i obnosić się
ze swymi efektownymi ranami w myśleniu spowodowanymi zaciemnieniem
z wycieńczenia i jest zabawa, że ho ho, kiedy jedno z drugim dostanie głupawki,
choć i tak jest postęp w tej mizantropii, bo udało się pokonać lęk i pokazać
fotki panu od fotkowania, jakkolwiek trapią mnie te momenty, kiedy muszę
wywlec flaki, to nie to, co litery, swoja gęba, upozowana w dorsza i kałamarnicę,
teatralnie czarnobiała - i pan mówi, że ja cię kocham za to, że to popełniłaś,
a ja mówię, że w toalecie to było, z potrzeby serca i takie tam - a on, że choć
technicznie beznadziejne, to jednak jakieś - a ja, że technicznie nie potrafię
bo jestem starym karpiem i nie w głowie mi przesłony, kiedy słońce tak jara
na dworze i czas do przodu... i znowu się zgaduję, wyjść czas, bejo, bajonara, ciao.

klepanie...

„Ludzie, którzy tu przyjeżdżają, nie powinni mieć wnętrzności”.
Jądro ciemności, Joseph Conrad

Z tym, jak z pluciem. Z tym, że. Puściła się woda, tym razem nie krew. Kran cieknie,
kap, kap. Śpiewaj. Natłok piosenek, żeby nie szczezły. Ja piję kawę. I kawę, Żeby nie zasnąć. Zaśnięcie - co za różnica, jeden stopień poza światem, trochę dalej
niż tutaj. Telewizor. Dlaczego potrzeba towarzyszenia mu w tym momencie, choć jest
samowystarczalny, dostatecznie wypełniony sylwetkami ludzkimi i nie potrzeba mu do szczęścia gapiów z czerwonych foteli i w ogóle żadnych gapiów. To nie kino nieme - nikomu nie chce się czytać.

Taki był czas wczoraj, że nie dało się potwierdzić jestestwa - flaki na wierzchu,
dziwnie rozpierzchnięte. Pamiętasz, jak te konie w Potopie, ogniste araby, szablą pod brzuch, przez łeb. Klik, klik. Trafiłam do Barcelony, Ania wie, gdzie to, siedzieć w kącie i nie ruszać się. Tylko ręką, żeby zarysować i zaspokoić upośledzenie, potrzebę bohemy. Ona umarła, wybili nam w Powstaniu Warszawskim, w podziemiach, kanałach tych, co winni byli dusze karmić, wyjebali w kosmos młodych tego świata i zostawili resztki. Specjalnie tak. Namówić ich na patriotyczny zryw. Takie to ważne, dziewczęta patrzą, bagnet na broń. I oni bagnet na broń i w pierś, trupi nieba fiolet.

Skamane niebo, jest tak blisko, wciąż mówi się o nim. Tutaj o gwiazdach. Nieznajomość
astronomii nie przeszkadza metaforze w realizowaniu się na tych płaszczyznach.
Kutaj niebo zią, przeczyść oczy - jest tak blisko, teraz, ciężkie od chmur, zwisające
indyczych korali sznurem. Taki jestem samotny, samotny jestem tu, pan Bloom.

A gdyby kogoś zaprosić na kolację, podbiałoobruszony stół i świecokształtne naczynia - to tylko markiza de Sade, upić go winem i przesłuchać ze wszystkich zer. Pozwolić mu popłakać nad ojczyzny ciałem, grzędą samotników, zabłąkanych na bazarze dzieci, zabawiającym się w jatki. A gdyby nikogo nie zapraszać - to tylko teraz, obuchem kołdry oberwać. I ucho też. Składnia jak tłumaczenie z angielskiego, połamana.

Wiem, jak smakuje Amazonka. Banan, wanilia, mięta.
Jakoś lepiej, od zarania dziejów. This is the end,
musisz używać wszystkich naczyń na raz? Erna powiesiła się na telefonie.
Musisz używać wszystkich narkotyków na raz? Ja jestem przeciw, jestem czysty w tym prozaicznym sensie - profetycznym zakręceniu. Drugs, bigos, logos - ya, dada bear?
Killa, killa, spójrz na to, co u góry, boskie, cudne, firnamentalne.
Banan, wanilia, mięta, sperma. Coś, w czym się po kostki obgryzione staje.

Leżę na łące, tylna kieszeń spodni wypchana, to chyba krewetki, pierwsze co udało
się zgarnąć za sklepu. Fetyszystyczne dewocjonalia,

!związki i przeznaczenia!
Wrażenie łączenia się wątków - przemożne. Zaczęło się od artykułu o Komedzie w jakimś
majoweekendowym dodatku do Wyborczej - był tam motyw z Lenicą, szalonym, imprezowym
młodzieńcem, bujającym sie po warszawskich barach. Wczoraj u Kałużynskiego znowu
o nim napomykanie. I jeszcze Tymański w Machinie, bezkompromisowy kawalarz. I potem na stanie pojawia się Kattorna - to Komedowa kobieta ściąga młodego Stańkę z Krakowa, chłopak ma 17 lat, geniusz muzyczny i niskie poczucie własnej wartości z racji swojej nieładności (nie wiem na jakiej to podstawie - dzisiaj jego żółwiowata, zasuszona aparycja jest jak najbardziej godna uwagi). Kumplują się - kulawy laryngolog Krzysztof z nieładnym Tomkiem. No i Tymański chami się jazzowo, pogrywa z Trzaską.
I nagrywa w kontrze do Krzysztofa niegdyś Trzcińskiego płytę Asthmatic.
Miłosć Asthmatic, Komeda Astigmatic, Niemen Enigmatic.
Schizokakofonie.
I nie potrafię przez to wszystko wejść w odpowiednie fale muzyczne, dryfując od jednego portu do drugiego, przez japońskich awangardzistów, polskich jazzmanów i amerykańskie ambienty, w nieznane.

Możeby jakiś film napocząć? - ale nie, nie. Nie teraz.

Bo Kałużyński jeszcze o kumplu Lenicy - Borowczyku, tnącym taśmy filmowe na malutkie
kawałeczki i sklejającemu dla zachowania dynamiki obrazów, na nowo - a potem tępiącemu niesfornego krytyka z latarką dolepioną do długopisa piszącego bieżące sprawozdanie z filmu za brak szacunku do dzieła, niemożnoścd skoncentrowania się i chwytania niuansów.

Myślę o Ulissesie, och jak myślę, tęsknię wręcz za mydlaną kieszenią Henryka Kwiatka i przetłuszczonym papierem spowijającym świeże nerki.
Wszystko zlewa się w kałużę kawy i śliny, zapachy są różne.

Nie potrafię znaleźć muzyki, czytam, sto rzeczy naraz o stu wykonawcach, znajdują się różne deszczowe szpikulce. Pasjami aplikowane i przerabiane. Immolate Yourself, Telefon Tel Aviv - no przyznam, że złapałam się na opis. Jeden z twórców tej formacji zginął/zabił się, jak Jeff B., tonąc. Nie wnikam i nie śledzę, smakuję tylko
ten dziwny mood, wypływający z nagrań ludzi, którzy w niespodziewany sposób ewakuowali się z tego świata. Nie wiem, czy płyta jest dobra, po prostu chce mi się jej słuchać. Z Mykietynem. Japonią narkotyków, od których boli serce. Chłeptać dźwięki do porzygania, jedne za drugimi, gdyż tak się godzi w tym momencie.

She said destroy, mówisz pan, jak Hitler nasz kraj. A Hitler też się powtarza, w tym sekwencjonizmie nie ma litości dla żadnego - najpierw świętuje swoje urodziny dzień przed moimi, potem w Pradze, w kamiennym domu przy rynku czarne sale poświęcone tym 70 tysiącom potencjalnych artystów-schizofreników, witkacowskich obłąkanych - których uśmiercił masowo nim Papież zaoponował - a potem dyskretnie eksterminował w szpitalach. Ów Hitler, fan mydlanych filmów, który dzisiaj pewnie byłby jednym z miliona konsumentów kiepskiej publicznej telewizji, wcale nie znający Wagnera, miękki kwiatuszek na łonie lateksowej rzeszy - przebiega z czeskiej Pragi w gąszcz Kałużyńskich anegdot i znowu, poczucie powtarzalności. Postmodernistyczna modularność świata, ale wcale nie taka oczywista, choć oparta na powtarzających się motywach. Te drobne zmiany - gotyckie katedry dzisiaj szare, niegdyś białe, teraz jest północ, choć Śląsk wciąż na południu.
Klepanie...

poniedziałek, maja 4

filuterny wtręt

Wszystko przez to, że przemeblowali nam bibliotekę. I odpuścili zaległości
z okazji majowego święta książki i jej czytelnika, dzięki czemu uniknęłam
płacenia kary za przemocą przetrzymywane tomy, których nie miałam
czasu/nastroju/okazji/ochoty/potrzeby (niewłaściwe skreślić) - oddać.
I na co wpadłam, co uwiodło mnie już od pierwszej stronicy (choć bynajmniej
nie tą będę cytować)? Sami posłuchajcie:


,,(...) a mianowicie idzie o stylistykę, w jakiej osoby sprzedające miłość zwracają się do klientów. Jest to sytuacja, która musi wytworzyć wyjątkową dynamikę tekstową: przedstawicielka płci wstydliwej, obciążonej od wieków tysiącem tabu obyczajowych oferuje z miejsca obcemu mężczyźnie absolutnie wszystko do samego dna. Zwrot taki nie może być jednak bezpośredni, musi posłużyć się sugestią, intencja winna być przesłonięta, propozycja ukryta, a przy tym sformułowanie powinno być zwięzłe. Mamy tu do czynienia z trudnym gatunkiem, rzadko uprawianym nawet przez wybitnych fachowców we władaniu słowem, z epigramatem, który łączy najkrótszą formę z uderzeniową dobitnością. Ciekawe, że najstarsza dokumentacja jaką tu rozporządzam pochodzi od Polaka, mianowicie Karola Frankowskiego [krewnego Leona - późniejszego
przywódcy w powstaniu z roku 1863, straconego].
(...)
Ladacznice na ulicach piękne, wiele fascynujących! Na ul. Richelieu, elegancko wystrojona, zwraca się ,,Piękny rycerzu, prowadź mnie do swego zamku". Na ul. Montrmartre: kapelusz tiulowy, wydekoltowana po pachy, ociera się łokciem i posługuje słowem-rozkazem ,,Miłość i rozkosz!" Dzielnica du Temple, włosy pod wytwornym fularem i nosi zapaskę z czarnej kitajki: ,,Piękny aniele, kup serce". Baba z Hal, w czepku chłopki i w sabotach, ciągnie gwałtownie za poły fraka ,,Złoczyńco, pójdziesz?,,
(...)
Jak wynika z pamiętnika Frankowskiego , język proporcji odzwierciedlał ówczesne mody literackie, i to zróżnicowane zależnie od okolicy. Zwrot o rycerzu i zamku nawiązuje do oficjalnej poezji salonowej, jakiegoś Chateaubrianda czy Lamartine`a, zaś osoba ubrana jak dama i operuje na ul. Richelieu, w dzielnicy arystokratycznej. ,,Miłość i rozkosz!...". - nie wiadomo, jak to brzmiało po francusku [...] ale można przypuszczać, że było to coś w rodzaju ,,extase et passion!" - czyli wściekły dramat romantyczny Dumasa - ojca, Hugo, Delavigne... w którym to gatunku kapelusz tiulowy jest regularnym rekwizytem, niemal jak szpada w Ruy Blasie, we wszelakich ,,muszkieterach" itd. ,,Aniele kup serce" - to ciepła poezja mieszczańska, biedermeierowska [...], zaś ,,złoczyńco, pójdziesz?" (,,tu viens, bandit?") - w dzielnicy targowej - zapowiada już naturalistę Emila Zolę z jego Naną, L` Assamoir (Mordownia) oraz późniejszą piosenkę apaszowską w rodzaju Delmeta (,,Dziś w nocy znów mnie będziesz bił, aż skonam w krzyku, lecz pójść od ciebie nie mam sił, ty psie nędzniku!").


Inne wymieniane przez Kałużyńskiego zwroty to:
,,Czy ma pan zapałki?"
,,Ty, zabawiemy się w dzikich ludzi?"
,,Będziem dziś katować to dupsko?"
,,Może kawaler teraz trochę pobawi się moim czyczem, a ja tymczasem napiję się herbaty"



Nno, koniec tego wiosennego błocenia, Kałużyński bynajmniej nie skupia się wyłącznie
na kwestiach alkowianych - porusza się swobodnie we wszystkich interesujących mnie dziedzinach wykazując się przy tym istnym mistrzostwem słowa i niesamowitą erudycją.
Jak dotąd stykałam się z samym nazwiskiem - warto czasem zagłębić się bardziej
i sprawdzić to i owo, bo pan Zygmunt wart jest uwagi, och, ach. Książka zwie się ,,Do czytania pod prysznicem".

sobota, kwietnia 25

...z dormitorium nekroromantycznego chaosu

(pisząc cały czas, próbując się wyzwolić od gromadki niezwiązanych,
niepotrzebnych sobie nawzajem tekstów.)

210409
Na odczarowanie. Mednes, huh, mednes! Pięćset tysięcy planów
na dłuższy wikend, wszystkich tych oscylujących wokół
`zrobię, co mam zrobić i będę mieć spokój` - jak zwykle
fragmentarycznie wyparowało pozostawiając po sobie poczucie
niedopełnienia. Czasem lepiej jest studiować kierunek,
mający koniec i początek - jako tako zaznaczone granice,
od których można się odbić, zabrnąwszy na manowce..

Dobrze. Ale z rzeczy pozytywnych jest zestaw kadzideł
o zapachu Napoleona (taa! proszę pytać Siostry, gdzie się
takie wydobywa) oraz piżmaka tudzież piżmowca.
Zaraz pójdę je wytestować przy czynnościach neohafciarskich.
Dwie udane sesje kreowania nowego życia,
wraz z Wróżką, która przybyła z tykwą yerba mate, którą piłam
po raz pierwszy w tak mistycznej formie, że aż ach.

Jeden kolisty obrazek 20x30.

Odgruzowany po nieruchawych miesiącach pokój - białe firanki,
czyste podłogi, zapach lazuru i te sprawy. Znalazło się
kilka dawno zaginionych artefaktów.

Pojawiła się też idea jakiegoś przedsięwzięcia spacerowego
(albo serii przedsięwzięć) na polach radzionkowian.
Cel jest dosyć prozaiczny - bliskie kontakty z naturą, ponowne
odnalezienie pewnych jezior i stawów, do których trafiałam
przed laty samotnie spacerując po polach. Jeden z takich
spacerów zakończył się dziwnie - bowiem ze stawu dobywały sie
głosy piekielne i uciekłam biegiem. Było to chyba
3 lata wstecz i od tego czasu nie zdarzyło mi się zajść
w kuszące rejony. Choć coś ciągnie.

Cel secundowy - zbieranie przedmiotów pod obiekty.
To, co można czasem znaleźć na polach, przerasta pojęcie -
zatem warto wybierać się z workami, jak goście pana Tadzia
na grzyby - w kapeluszach i innych elementach koronkowych,
zbierać, fotografować i zaznawać.

Chętnych uprasza się do rezerwowania terminów pod numerem (0 700).
(Tu czy tam, jak wola.)

I z nieopisanych - teraz trawię jeszcze spotkanie z mistrzem Artim, heh,
zabawne słyszeć głośno rzeczy, o których nieraz się myśli,
z siłą wodospadu. Wyzbyć się nieskromności i snów o potędze,
dla czystej pracy. Czytając Cosmo, Glamour i Galę, ciężko się
jednak opierać pokusie występów w Sopocie pomiędzy Lalą
a Charybdą czy publikacji w miesięczniku Twój Styl tudzież wywiadu
lub ilustracji do artykułu w Wysokich Obcasach.
Magiel z głowy robią, bandyci! Sława to nie wszystko - ważniejsza
potęga .

I czuję się już stara, coraz starsza, coraz mniej zrobionego za mną,
coraz więcej niemożliwego przed. Taka data już za pasem, że strach
się bać. I słowotok, bo w radzionkowian ostatnio obumierają stare
dzieje, choć na ustach wszystkich wciąż jeszcze posmak legendy EKIPY.
Trzeba robić portfolio, rozsyłać po świecie i konta zakładać na wszystkich
serwisach społecznościowych wraz z osobistą domeną www.
Po co?
Żeby wszyscy nas znali, kochali i kupowali.
Ale po co?
Żeby mieć coś.
Ale po co...
Właśnie spłonął duży dom i wiele osób zginęło. Nikogo nie znaliśmy.
To nie były liczby, tylko ludzie. Po co więc nakręcać świat pełen liczb,
fundamentalnych kodów zero-jeden-zero-jeden. Przytłaczający ogół, wyzuty
ze szczegółu, choć w gazecie powiększony pryszcz J.Lo na pół strony.
Odwrócenie hierarchii. Wiemy, że nie mieli wystarczająco długich drabin,
wiemy, że w naszym mieście też takich nie mają, bo złamali jedną kilka lat temu.

(A potem zrobiła się pewna długo trwająca przerwa w nadawaniu komunikatów.)
I znowu:
230409

,,Książka ta jest moim prezentem dla mnie samego na pięćdziesiąte urodziny.
Czuję się, jakbym stanął na kalenicy stromego dachu - po wdrapaniu się na
jedno jego zbocze. Zostałem tak zaprogramowany, aby w wieku lat pięćdziesięciu
zachowywać się dziecinnie: obrażać Gwiaździsty Sztandar, bazgrać flamastrem
flagi hitlerowskie, dziury w zadku i różne inne rzeczy."


Aby dać pojęcie o mojej dojrzałości, za autorem Śniadania Mistrzów, załączam do
dokumentacji kilka owoców naszej dzisiejszej spontanicznej (ha Ludwiko!) nasiadówy.

Polny kapodaster, kawaleria hippiczna, o te tabletki proszę pytać w aptece. Na nerwy?
Uch, na nerwy to najlepszy psze Pani jest nóż, dobrze wyszykowany przez proroka
i jego karmazynową damę. Zamknij się królu, za głośno składasz papierowe samoloty, nie mogę wysłyszeć drżenia tej osiki, z której za chwilę wypadnie kołek.
Tak, będziemy nacierali go papierem ściernym, a potem zaopatrzymy w ostrze. Może być mithrill. Jest na zaopatrzeniu cała kolekcja klejnotów piurblagi, terrorystycznych gadżetów, rzeczy, których dzikości nie można się oprzeć. Utalentowany pan Sailor Ripley, szmaragdami obsypali jego buty, przechodzi właśnie z jednej strony na drugą. Słychać stukot obcasów na zasuszonych głowach kaktusów. Kwiaty we włosach - kolego, koleżanko?
,,W każdym razie to, co mnie wbito do głowy, przeczy sobie nawzajem, często jest bezużyteczne i brzydkie, nie pasuje jedno do drugiego, nie pasuje do rzeczywistości, tej, która istnieje naprawdę poza moją głową. Brakuje mi kultury, brakuje humanistycznej harmonii."
- tak zaczyna swoją piosenkę nowy wuj, Vonnegut Jr., niedługo po narysowaniu efektownej - acz syntetycznej ,,dziury w zadku". Wiele, wiele rzeczy miało się pojawić w tym piśmie, zaczynanym po raz setny - ale wciąż poniechanym, wymazywanym i odrzucanym.
Nad głową jak komiksowy dym, mała twórcza katarakta na rzece Kuang-Tzy. Gdyby plemniki miały możliwość rozwijania się w cebulkach włosów, zupełnie inaczej rozmawialibyśmy o tych kwestiach.

250409

Tak ziemskie roboty dbają o swoją seksualność. Gdybym miała wymieniać wszystkie aspekty, zabrakło by nam tego pięknego słonecznego dnia, nie zdołałabym strącić z piersi małego czarnego pajączka, wspinającego się ku szyi - a wy zasnęlibyście niechybnie, nie mogąc się doczekać zakończenia.

Po wielu turach nienaturalnych tłoczeń umysłowych odpalam yerba mate ajkju - i kiedy parzy się jeszcze, poddaję analizie dziwność sytuacji. Bo kiedy, dajmy na to, kucasz na ziemi, myślisz zapewne często, czy zbyt krótki stan spodni nie odsłonił twojego rowka. A jeśl masz jeszcze więcej uwagi, zastanawiasz się, czy aby na pewno dobrze go wyczyściłeś po ostatniej wizycie w toalecie. Ludzie patrzą.

Kiedy wyskoczy pryszcz, ja wyskoczę z okna, kiedy otworzy oczy, nie będę otwierać ognia - po prostu wyjdę bez słowa. I pomnij wtedy na jednostkową samotność w łoju, tłuszczu i łupieżu.

Całość elementarnej egzystencji pomiędzy zdartymi przez awitaminozę skórkami wokół paznokci a bladymi, pokrytymi zaczerwienieniami, nogami.

Och, próbowałam ogolić łydki - nigdy nie wyszło jak należy i teraz, siedząc z nogami wyciągniętymi daleko przed siebie, dostrzegam nieregularne skupiska małych, ostrych włosków.
Mienią się w słońcu tak samo, jak płatki kwiatów, łapią małe iskry i sterczą, nieokrzesane i niepotrzebne, na codzień stłamszone warstwami ubrań. Och, mam rumieńce. Rano wory pod oczami osiągają swój zenit, po niepokojącej nocy, na szczęście zakończonej krótkim, snem.
W dzień jeszcze cztery godziny, przy głośnej, nastrojowej muzyce.
Cera, lewa, tutaj przesuszona skóra, tutaj łojotok, piosenka o owocach dziewczęctwa, dziecięctwa.

Czy załoga komórkowa gra jakąkolwiek rolę, dnia takiego jak ten, kiedy słońce szaleje beztrosko na połaciach dachów? Czy znaczy cokolwiek wobec ciemnej kałuży błota, która, za pośrednictwem odrobiny wyobraźni i zapatrzenia, może zawieść nas w krainy, które jeszcze nie istnieją?

Obłudnie pragnąc się podobać, ale dobrze, żebyście wiedzieli, że to z reguły oszustwo.
Powierzchowne tatuaże z farbek do ciała i uniesionych brwi.
Usta w ciup. Zabawa konwencją, lalka przebrana za żołnierza, lekarza. Lalkarz przebrany za lalkę. Drobny złocisty pyłek na powiekę, ciemny, tłusty tusz, na rzęsę. Od tuszu boli oko, raz dwa trzy. Szminki zostają na rękach, nie można beztrosko dotknąć ust, nie można potrzeć czoła, coś kruszy się i spada w dół.
Maskarada. Lakier był kiepski, więc pożółkły mi paznokcie. Nie mów mu wszystkiego, ale pokaż, jak się maskujesz - jeżeli ma żołnierski dryg, zrozumie, że na ulicy to jedyny ratunek i sposób na wtopienie swojego ciała miękkiego w tłum. Bycie pośrodku - z dobrą pokrywą na twarzy i ciele, ale bez przesady - na tyle by mieć święty spokój, żeby spojrzenia spływały po Tobie, jak woda - ani za długie ani za krótkie.

A jeżeli wolisz się pokazywać - obetnij paznokcie, przyklej nowe, zedrzyj z siebie wstyd i nieśmiałość, trochę nadmiernego tłuszczu, idź do fryzjera, ubierz. Zrób się Czarna Mańko, na bóstwo, to na pewno natrafisz na bożyszcze - a jeśli nie - to przynajmniej na jakiegoś Bogdana, Bożydara czy innego Bogusława. Będziesz się wiła w klejnotach spadłych z nieba wprost w Twoje opalizujące ramiona.
Nie narażaj się na śmieszność, kontroluj tembr i skale perlistych śmiechów - trzeba wiedzieć, kiedy przykręcić potencjometr.

-----

A teraz już zupełnie nie to. Ciało nagie, ciało nieokrzesane, niestabilne.
Spokój na falochronie i kocu. Doprowadzanie wody rurami, za rękę. Wata na dworze, osy wiją gniazdo nad oknem, cieknie lepki sok. Z wiaduktu do teraz, lato, kawaleria pędzi na złamanie karku, kurz opada i trzeba by coś, od początku do końca - historię o biało-czarnym, biało-czerwonym i biało-zielonym napisać dzisiaj. Bo jutro odpust i miejsce na akwarele a potem ciąg dalszy. I znowu...

środa, kwietnia 22

impresje po powodzi...

...czyli kilka rysunków zen wykonanych podczas pewnego wojażu ze złotego osła do kredensu, przy wtórze świeżego mleka ze skwaśniałym szczypiorem, różowych kul, śniadania mistrzów, wyblakłych wstąg długości 6 metrów, poradnika grafomana, kolorowych pisaków, kasztaniaków, arabów z tektury, odrobiny kawy i ociupiny alkoholu - przez potrójny skład trzono-założycielski Stowarzyszenia Wolnych Piurblagistów, pod którym kryją się trzy, ściśle tajne imiona L.A.K..
Celem jest brak celu, byleby fermentował stale - zaś idea ukryła się w mroku dziejów i szcza na teorie.
Ha!
(To chwila wytchnienia, przed opublikowaniem smiertelnie poważnego poematu o lajfstajlu i wpływie kolorowej gumy na pracę przysadki mózgowej.)






niedziela, kwietnia 12

śniadanie

Wyglądając (jak? przez co?), zwalczając wzmagający się szum.

Aldona siedzi obok trzepaka, widzę ją przez okno.
Nie, nie jest niczyją siostrą. Włosy opadają na otulone czerwonym swetrem ramiona.
Niebo zaszło rzewną łzą.

Aldonie jeszcze się nie zdarzyło, ani w, ani gdzieś.
W głowie świszcze wiatr, ścieżka wije się od myśli do myśli.
Przechodnie za jej plecami śmieją się, jeszcze w słońcu.
W górę wzlatują opalizujące baloniki. Dzwony biją na koniec postu.

Czy jesteś? Ma przed sobą wielkie pole bitwy, krew leje się spod przymkniętych powiek, choć wydawać by się mogło, że pochylone są nad książką, trzymaną przez nią na kolanach. Ale dziwnie długo nie przerzuca strony i huśta się na zdezelowanym leżaku w kolorowe pasy, czasem unosząc wzrok, by przyjrzeć się spadającym z balkonów fragmentom kwiatów i lakieru powlekającego framugi.

Wiem, że ona pisze. Coś mi mówi, jakiś wściekły błysk w zrezygnowanym oku wskazuje na jej stan, błogosławiony cieniem. Watahy dzikich psów z wyciem tratują jej białe czoło i zmarszczki są jak drobne zaspy. Zapadam się po kolana w tym widoku. Znieruchomiała pomiędzy ś‌wieżo wykwitłymi spod ziemi chwastami i przebiegającymi za plecami gromadami ludzi, tkwi na posterunku.

Powraca myśl o. Spod powiek, wprost na ziemię, układając się w dziwnie symetryczną kałużę, korespondującą z gnijącym nieopodal ciałem baranka, pada krew. Sąsiedzi mają pomazane drzwi.
Bo spojrzała.

Anioł nie zstąpi w ten zakątek, to nie jest zwykłe osiedle - raczej osada - ale żeby się zobaczyć i tak musimy używać lornetek i wizjerów, godzinami wystając na dachach, by wypatrzeć jakąś panią Anię w kąpieli, zza zahaczonej o wazon firanki, w strudze wieczornego światła. Grzesząc samotnie, po omacku. Brudząc i drąc spodnie, zagarniając materiał dłońmi, byle tylko nie umknęła żadna kropla; żeby tylko się nie zdemaskować.

///

Jego ciało mieniło się wszystkimi kolorami, przez pryzmat, który zostawiła na kocu Ag. Tak, przez pryzmat, kobieta podglądała mężczyznę. Pranie schło i wszystko przebiegało pozornie bez konsekwencji, jak film. Niema obserwacja, potem rano, dzień dobry. Oni to kupują, powinni kupować - powinniśmy nie chcieć i nie potrzebować więcej, bo kiedy się zachce - zwykle nie wiadomo, kiedy przestać i można popaść. W okno czy dach. Zatracając się w niedostępnych obrazach i narażając na wściekłe ujadanie sąsiadów.

Pokład mieni się wszystkimi odcieniami. Dzień niepostrzeżenie minął. Wiem już jak przestałeś być chłopcem. Czytam to ze śladów warg na serwetce, dedukuję, zapadając się coraz głębiej w grząski jar słoika. Coś za coś, śmieje się małpa. Spodek, dzyń, dzyń, dzwonią krople herbaty.

Wielki pomarańczowy księżyc. Spójrz tylko. Teraz, za drugim razem, kiedy jestem już wewnątrz swojego pokoju, widzę go zupełnie innym. Tak, jak myślałyśmy. Śledził nas w drodze, stąd niebotyczny niż na jaki się stoczył. Zrudział od ziemi, czy tam, jakiejś jesieni, o którą zawadził spuszczając się z góry na linie, stąd ten opętańczy kolor. Przeświecał przez babciną firankę tak długo, aż wyblakł. Już jest taki jak zwykle. Spokojny i jasny.
Będziesz gryźć?

///

Aldona kąpie się za oknem, prezentując swoje porażające ciało. Jestem głodny, tak bardzo głodny, że za nic nie chciałbym go dotknąć, nigdy nie dostąpić. Pozbawiłbym się marzeń, tak teraz myślę. Jest na świecie tylko ten przyciągający zapach. Umieram na dreszcze, jedym spojrzeniem godząc w, łapiąc jej zaplątane w prześcieradła kształty. Marquez, szepczę, manipulując okiem obiektywu, ale anioł wraca, by trzepnąć mnie po ręce. Zostaw, sapie, wtulając się pomiędzy ucho a ramię, wbijając wzrok w zjawę. Stoimy już. Oboje. Nie wiem, co on tam ma, ale wiem, że tak samo, jak ja, spada właśnie z wysoka.

Za nic nie chciałbym cię już dotknąć. Chciałbym umrzeć w miejscu pełnym zjaw, we mgle, z majakami przed oczami, z polem, zarezerwowanym dla wyobraźni, tylko dla niej. Elektryczne światła szkodzą nam na serce, na zabój. Wiosna, śmiertelnej ezoteryki, śmiertelnej odwagi, tułaczki, w którą nie mamy czelności się wybrać, przyszpileni wizjami do łóżka i baldachimu. Przybici niedoścignionymi opisami miejsc, które blakną - przy kunszcie słowa - gasną, tracąc duszę, jak Aborygeńskie dzieci, przepadają bez wieści, niepostrzeżenie podmienione przez swoje falsyfikaty stworzone przez speców od kreowania przewodników.

///

Mam przez Ciebie, Aldona, ochotę położyć się na ziemi, tak, jak stoję. Położyć się na chodniku, pod czyimikolwiek nogami i leżeć. Biernie, jak drewno, kłoda, człowiek - nie martwy, tylko trochę przybrudzony. Jąkająca się atrapa cukierka. Ty, ty. Jak wytrwałaś w prawdzie, nie rozumiem. Drapiąc bez narażania się na niedostąpienie rezurekcji.

Ennio gra suitę, kobieto, najgorsze ze stworzeń, nie ruszaj się, chcę zrobić ci choć jedno zdjęcie, nim przepadniesz w ciemności. Cały horyzont jest za to twój, obiecuję, że więcej nie ruszę się z domu i przestanę zdzierać korę z twojego ulubionego drzewa, po którym wspinam się, co wieczór, żeby podpatrywać, jak rozplatasz warkocz i siejesz panikę pisma, na białych arkuszach. Przyrzekam na twoje obnażone plecy, że moja dusza jest śmiertelna i nie przekaże nikomu tego, co wyszepczesz do mnie, spoglądając w obiektyw oka.

czwartek, kwietnia 9

///

- Oto smarkówa barda. Nowy odcień sztuki dla naszych irlandzkich poetów : smarkozielony. Można go prawie posmakować, co?
(...)
- Boże, powiedział cicho. Czy morze nie jest tym, czym nazywa je Algy: szarą, słodką matką?
Smarkozielone morze, mosznękurczące morze. Epi oinopa ponton. Ach Dedalusie, Grecy.
Muszę cię nauczyć. Musisz ich czytać w oryginale. Thalatta! Thalatta! Jest ono naszą ogromną, słodką matką. Podejdź i spójrz.

(Ulisses, J. Joyce)

Gnając setny powóz ciągnięty przez woła spiżowego, zauważam, jak ciężkie są dzisiaj, dotychczas niewyczuwalne gałki oczne.
Jak zapadają się w opuchnięte oczodoły, dotykające jeszcze bardziej napęczniałego mózgu.
Jeżeli cieknie mi z ust, to tylko dlatego, że w takie dni jak ten, zamieniam się w tarczę strzelniczą i nie dziw się, że proszę, byś nie wycierała piany z kącików i przestała wpatrywać się we mnie jak w obrazek, bo nie w tym rzecz, by zanalizować każdy milimetr skóry.

Składany, zbierany, targany, ciągnięty, przerzucany przez ramię; po dwóch dniach doprowadziłam go do celu, sadzając na krześle w kuchni piankowy szkielet w moim, przedartym na poszewce płaszczu. Są na mnie źli, to oczywiste, zawsze jest ktoś, kto martwi się bardziej niż inni i ktoś, kto oberwie po słodyczy swoich trosk. Nie w tym metoda, by nie wracać dla samego niewracania, z zamiarem odprawienia jakiegoś małego oszukaństwa, wymszenia się od odpowiedzialności.
Zliturgizowalo baterię w telefonie, dlatego zamilknął.
Nie jeść obiadu dwa dni. A oni się smucą. Gardło siada na atmosferze, rozpłaszcza szeroki zad, napręża struny. Gardło, Ty na nic. Ona nie umie się tłumaczyć.

Gdzie byłaś, nie pytają, tylko milczenie. Tak się nie zachowuje dorosły, tak się nie zachowuje zamieszkały w domu rodzinnym, z tymi, którzy najbardziej ze wszystkich, bezinteresownie go kochają. Kotu się nie umiera. Płakać, płakać. Ale nie, tak nie zachowuje się dorosły, Ty sadystyczne dziecko, w drinkach dzisiaj proszki i tabletki, nie mówią, ale wiem, że gdyby coś zostało powiedziane - to właśnie to.
I jestem teraz przestraszeniem. Tak się nie zachowuje.
Ale jak z ja. Jak z tym, och nie martw się, och serce moje, zapierdolę się, do jasnego, ciemnego cienia. Dokąd znowu wychodzisz, po co jedziesz. Nie ma niczego wesołego w tych wojażach bez szczoteczki do zębów i flamastra do trupów. Nie ma niczego wesołego w tych nocach, które przechodzi się jak własny pokój, z kąta w kąt szurając stopami, kiedy gwiazdy palą się i ogrzewają twoje serce.

Dłonie pachną czekoladą i sezamem, jak ciastka i lody jagodowe. Wszystko pachnie piernikiem i łzami. Jamamdwanaścielatniepytajdlaczego. 92 szmuglujący zapętlone ciała z Ch. do B., od Annasza do Kajfasza, z mietą rosnącą w oddechu. Na ramieniu nosiła kota, kot był jak mały, schorowany jaszczur, z oczami na pół glowy. Dyszał chrapliwie w słoneczną ciszę.

Na celowniku piach. General przykłada lufę do skroni. Mach, mach, jakże ten spust doskonały, nigdy nie zapada na czas. Dymi się, ale tylko z uszu. Słone znaki ostrzegawcze - ich transparentne trajektorie ściekające w rurokształtne przekłady Joyce`a.
Tutaj je się spaghetti, z jakimiś czerwonymi i zielonymi śladami na rękach, czyta się Ulissesa, po roku, z wielkim apetytem.

Mówił S.: jatopodejrzewałemżejakieśwtobiewyobcowanie. dwarazypowiedziałaśmicześćnimmniezauważyłaś. nieprzepraszaj.

Na potylicy guz. Skąd?
Kto to wie.
Niech idzie z dymem.

Balansowanie na krawędzi tej samej a jednak innej historii. Złoty sierp. Podaj chininę. W szeroko otwartych oknach prawdziwe oznaki rezurekcji. Baranek tyś, padawanek tyś, godzinę taką, wybraną w dniu, w którym niczego ode mnie nie dostaniesz, sam zagospodarowałeś. Obnażyłem się, wybacz. Skonfigurowałem układ macek tak, by wykaraskanie się z tej historii zbliżyło cię do granicy cudu.

poniedziałek, marca 30

pocztówka z kwefem

Przed wszystkim zimnem, które było spadło z nieba w te noce, kiedy wydawało się było, że jedyne, co zdoła zabić smutek, kryje się w szpikulcowatych ramionach gwiazd, sypiących się w nieskończoność w podłogę usłaną włosami. To, że kierowało duszą coś, czego nie sposób uchwycić i zapisać, pomimo wielu tysięcy prób ubrania papieru w litery, determinowało przechodzenie dalej. I krzyczało się, żeby przestali się bić, bo nie wolno, w razach były łzy, niemożliwe do starcia, były rzeczy nie mieszczące się w zeszytach i książkach, choć zachodziły próby, jedne za drugimi. W ciemność, w światło; modlitwy długo na kolanach, ale choćby klęczeć w bezosobowej ciemności wiele godzin, a nawet leżeć twarzą do ziemi i stygnąć – zatracanie się w chłodzie klepek, ucieczką tylko od tych zawiesin, które wiele lat po, spadały jeszcze niespodziewanie i wieszały za ramiona, gdzieś w okolicach sznura na pranie.

Pranie ciężkie od wilgoci, pełznące ku posłaniu, jak roślina, ku światłu, ku Twoim dziecięcym snom, wściekłe jak piwnica pełna stworów, które wychodzą z ukrycia, kiedy tylko się odwrócisz i biegną za Tobą, kiedy wyjmujesz z drewnianej skrzyni kiełkujące, ciemne kartofle. Pędy wyciągają się ku Tobie i z cienistego kąta wynika głos, ale już nie słuchasz, już jesteś na schodach, biegnąc w górę, w okolice utraty tchu i świadomości. Nie patrząc za siebie.

Och jak bało się tego korytarza, półpiętra, zielonej łazienki, do której trzeba było schodzić w dół i czekać aż spadną rosy i mgły całego życia, schodzić na palcach, powoli, w uświęconym czujnością milczeniu. W dolinę istnienia, kiedyś mającego tutaj miejsce a potem obumarłego, złupionego z kolejnych członków, ograniczonego do małej, jesiennej rodziny.

Ty jesteś. Uśmiecha się cień, jak mara serca na katafalku, uśmiecha się – on stał nade mną, kiedy spałam sama w pokoju pełnym książek. I czułam, że wpatruje się swoimi bezcielesnymi oczyma i drżącymi rękoma pokazuje, że przeszedł i nie ma już powrotu. Nie zdążyliśmy się nawet poznać, wyłączyszy te chwile na zdjęciach, kiedy spoglądam uśmiechnięta z jego kolan i chwile, kiedy błądził po omacku przez własny dom. Jak straszliwe strachy niósł ze sobą, idąc tak, wyłaniając się znienacka z ciemności - i uświadamiając mi, że już się nie porozumiemy, choć dorosłam do chwili rozmowy. Mówił rzeczy wyjęte z przeszłości i wołał matkę, dawno straconą po innej stronie, tą, która rysowała piękne kwiaty w pamiętnikach i przekazała nam przez niego to, co stanowić będzie esencję krótkowzrocznych ludzkich żywotów. Szkicowniki. Tą która czytała książki jeszcze późno wieczorem, kiedy już uporała się z wszystkimi domowymi pracami i uczyła ich, by robili to samo, nawet, kiedy nie będą mieli już siły, bo jest ponad nami coś większego niż wszelka praca do upadłego, coś co targa w górę dzieci swoje.

A ja spałam latem w jego pokoju, po tym, jak już odszedł, zostawił nas i wiele razy potem sprawiał jeszcze, że płakałam przechodząc obok cmentarza cierpiąc nieznajomość i utratę szansy. A on gubił się w mieście, które znał od samej podszewki dzieciństwa i wracał, jak z wojny, jak z tej wojny, 60 lat temu, równie poraniony i nie z tego świata.

A lampa chwiała się nad kołyską z czerwono - białych kafli i pamiętam, że krzyczałaś trochę tego dnia, kiedy przewróciłam się ze strachu sprawiając, że zmuszono maszynę do zapisywania na długim arkuszu fal mózgowych małej dziewczynki podtopionej dźwiękiem nie do wytrzymania, choć ciągle w granicach przyzwoitości.
By zmiatać kotom spod stóp kurze tego podwórka i zapamiętale walcować, choć lochy dawno już się zapadły i pozostały tylko te udrinczone piosenki, których nie znoszę śpiewać, choć tak wiele w nich ukrytych znaczeń i przepakowanych metafor.

Teraz chcę wyjść, proszę Państwa, chcę być tym małym liściem, spod podeszew się dobywającym w nieskończoności rozkładów i składów.

Dlaczego bowiem nie utylizujemy ludzkich ciał, dlaczego mięso przez nie stanowione grzebiemy w ziemi, tyle materiału, tyle paszy dla zwierząt, gubiąc bezpowrotnie pod pozorami świętości – choć przeklęliśmy te powłoki i wyrzec się ich staramy, wyznając nieśmiertelne dusze? I dlaczego wisząc teraz głową w dół, trochę z łóżka, trochę z krzesła, widzę za biurkiem niedopalone piwo i słyszę szczęk butelek, wygryzających dzury w nie mojej, a tak bliskiej memu sercu świadomości?

Czy gdyby zesłano grom, pogrom z jasnego nieba i gdyby wreszcie udało się zabezpieczyć wszystkie tyły przed sączeniem się i jątrzeniem, wypalając rany gorącym zadośćuczynieniem, byłby się stał pokój i światłość w miejscu niepoświęconym? Kulawym nogom, przebacz, że wyszły za daleko, nie jestem słońcem, żeby kręcić się wokół jednej ości.

Leżeć woli na marach i zapominać się, w paprocie biec rankiem, zbyt wczesnym bo zdążyć się obudzić, z ciemną kreską błota na policzku i stracić wszystko albo wiele. Licho nie śpi, licho nie śpi, zamknij okna, nie czekaj, licho nie śpi, mści się tylko, biorąc w dłonie amforę z ciekłymi ramionami gwiazd i tłuką się chłopcy na przedmieściach życia pełnego wątpiącego głosu, głosu który ustawił cię na pozycji 1:0 dla tych, których nie znasz, dla przeszłości i czystek etnicznych na płaszczyznach międzynarodowych, wszytych vanitasem w mózg.

A dłonie kładzie beztroskie na galaretowato lśniących półkulach radości.

Ach Panno Świetna, nie bronisz żadnej bramy, tutaj drzwi są zawsze otwarte, tutaj jest dzieciństwo, niemożliwe do opisania, zielonkawa poświata ze szpary, pomiędzy tym co tam zostawione, niemożliwe do sfinalizowania, porzucone w jakimś dziwnym momencie. I śmiech i śmiech, z nieśmiałych łez, przychodzi nie wiedzieć czemu.

Tak, ale czy wiesz, dlaczego do ciebie przychodziłem, dlaczego wszystkie euforie i przemyty wrażeń nie zdołały przebić całej prawdy, jaką tylko udało się mi zdobyć i przehuśtać między słowami? Przeczekiwanie kolejnych miesięcy, byle tylko nie stracić kolejnej rundy przechodzenia; krzyżowanie sił, pomimo praktykowanego wypierania się gdzieś wśród kiwających głowami kłosów zbóż.

Tak, ale czy wiesz, po co było to wszystko, to na co teraz nie mogę zdążyć, bo ręce mam za krótkie, by sięgnąć klamki i przymknąć, bo przeciąg.
Targa świtem błotnistych kolein, pewien ranek pozbawiony daty, kiedy w małym okienku tliła się biała plucha i szczęście spało tam, gdzie powinno było spać zawsze – zawsze przed ale i już po wszystkim.





_______________________________________________________________________________
A może powoli z pokornym wyciem zacząć już zmierzać
Tam, gdzie nie ma na co czekać,
Do lasu omszałego, ciepłego,
Zmiecionego do czysta, gdzie gdybyś chciała zdychać,
Głowę położyć da się na pniu i kamieniu
I krzyczeć długo
W stęchłe ucho gramofonu
Które nic słyszy.
-------------------------------------------------------------------------------

niedziela, marca 29

Hell... - pocztówka olinkowana.

Z racji faktu, że przed chwilą miałam przyjemność wreszcie, po latach, zobaczyć od początku do końca film Helvetica i teraz, wygrzewając się przy melodiach Ennio Morricone (chwilowo nie przy Leningradzie, jakkolwiek trudno się powstrzymać od słuchania tego diabelstwa, Panie Szymonie), trawię pozbierane w trakcie prace osób, które wypowiadały się na temat legendarnego kroju i w ramach dzielenia się swymi dobrami wrzucam tu kilka linków. Pewnie, jak zwykle, wszyscy oprócz mnie mieli już do czynienia z tymi projektantami (dobra, dobra, Spiekermann był znany), ale pogodziłam się z tym faktem i teraz cieszę się nimi od nowa. Ostatni link to pdf książki Vignellego, nie wiem jeszcze dokładnie, czy dobra, ale ładnie wygląda, więc załączam na wszelki wypadek.

sTUDIO nORM
THe eXPERIMENTAL jET SEt
Erik Spiekermann
Paula Scher
MASSIMO VIGNELLI - CANON

:edycik:
na rano piosenkę dedykowaną (chyba godzina się zmieniła ;) - jakoś nie zauważyłam, że należy przestawić zegary...ale w dwóch komputerach się przesunęła, zatem zdaje się, że coś jest na rzeczy). Uzupełnienie riserczu projektowego na naszym blogu. InDesign i tyle.

wtorek, marca 24

środa, marca 18

blik.blik.

-Hej, stary, kurwa stary, jadę po nią, będę pod jej klatką o 14.30, trochę bez sensu, wiem, o 12 kończy szkołę, ja pierdole, czekać muszę, ale co zrobić, kurwa, kiedy tak jest.
-A pod szkołę jej podjechać nie możesz? Czas trochę marnujesz, jeździsz, tam i tam, stary!
Przecie szkołę ma niedaleko pewnikiem, podejść byś po nią mógł.
-Wiesz, stary, ale nie wiem, gdzie ona do chuja zapierdala. Budę masz gdzieś na Stroszku, to tak jakbyś się w Nowym Jorku laski chciał doszukać, ochujeć można.

(supermarket, którego nazwy nie pamiętam, bo ma tak kiepskie logo, że zapomina się je natychmiast po zobaczeniu, dwóch młodych chłopców w bluzach z najki)
++
Dziwne miasto. Wystraszeni osiemnastoletni gliniarze chodzący trójkami, kolesie w land cruiserach, patrzący na ulice jak na swoją własność, faceci pod pocztą handlujący impulsami z kart telefonicznych, ludzie objuczeni naczyniami, łysi małolaci w szerokich spodniach ze wzrokiem potulnie wbitym w ziemię, jakby uprawiali jakąś nieśmiałą franciszkańską odmianę gangsta, panny z gołymi brzuchami, na niebotycznych i chwiejnych obcasach, przechadzające się główną ulicą niczym po missświatowym wybiegu, romańsko-słowiańska mieszanka urody, oszpecona burdelowym makijażem, chłopska nieśmiałość w rewiowych kostiumach i wrażenie, że wszyscy coś udają, że naśladują własne wyobrażenia o świecie, który jest gdzie indziej.
(A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, s.152)
++
- Pogoniłabym cię, ale zbiera się na strach. Po chodniku wiruje śnieg, po parkiecie, jak w tańcu na lodzie z gwiazdami, zapierdala zimny, skamieniały pociąg. Dokąd, dokąd? - tam chciałabym teraz siedzieć, patrzeć na siebie przez okno, jak oddalam się, mały szklisty punkt na styku krajobrazów, z łokciami opartymi o zimną, wpijającą się w ciało barierkę.
Suche badyle szumią, kiedy po zmroku przechodzę przez przejazd kolejowy. Za każdym razem odnoszę wrażenie, że ktoś stoi za krzakiem, że niemal stuprocentową można mieć pewność, co do zaczajonych między gałęziami twarzy.
W dole jest chłodniej.
Rano, kiedy zimne podmuchy przelatują wzdłuż nasypu, młodzi chodzą tam przed szkołą palić fajki i wypijać błyskawiczne browary (te od których chłopaki leżeli kiedyś pod szkołą, tak zupełnie, totalnie schlani, że nigdy w moim wtedy jeszcze 14-letnim życiu, nie widziałam takiego pogromu). W dole kiedyś jeździł pociąg i jeżeli przejdziesz się w głąb, wzdłuż nasypu kolejowego, czasem natrafisz na pozostałości podkładów, zakryte grubą warstwą śmieci, gromadzonych tu przez te kilka lat, od kiedy zlikwidowano dolną linię kolejową.
I wiesz, to takie dosyć pojebane, że wciąż pamiętam swoje małe buciki u stóp biało-czerwonego szlabanu. Wczesna podstawówka, ani chybi, przypomina się i domaga uwagi.
Ciężko cofać się aż tam - w tych okolicach jest zupełnie jasno, wszystko wyblakło od słońca i czasu, od lat, które minęły i bezpowrotnie oddzieliły mnie od tamtych czasów. Tylko kilka małych karteczek post-it, wlepionych w głębi, zakamuflowanych w odmętach mózgu, zawiera ubogie informacje o wydarzeniach minionych, na przykład człowieku, który osiedlił się na strychu szkoły – jakimś inżynierze wyrzuconym przez żonę z domu, rozwiedzionym i nieszczęśliwym. Podobno włamał się któregoś dnia do swojej dawnej szkoły podstawowej (a naszej ówczesnej), z torbą pełną ubrań i odrobiną prowiantu, wszedł na samą górę i otwarł drzwiczki, sobie tylko znanym sposobem. Niektórzy mówili, że miał klucz, dorobiony jeszcze w czasach, kiedy wkradał się tu z kolegami, żeby w ukryciu popijać wino i dyskutować na różne bardzo poważne tematy. Kiedyś młodzi byli inni – nie chowali się z telefonami komórkowymi w szafach sal biologicznych, wciśnięci pomiędzy słoiki z preparatami, żeby przez całą lekcję wysyłać nauczycielce głuche sygnały i dezorganizować w ten sposób lekcje.
Inżynier był z tego starego, dobrego pokolenia, nauczonego posłuszeństwa, wychowanego na starych zasadach, nietkniętego jeszcze czarną zaćmą Internetu, co to dyskutowało i walczyło.
Widział wszystko bardzo dobrze – tego dnia, kiedy żona wyrzucała jego ubrania i książki przez balkon, poczuł się bardzo nieszczęśliwy, bo przecież nie zrobił jej nic złego – i to nie on, lecz ona, ukrywała w szafie jakiegoś blondasa…a właściwie, to wcale nie ukrywała, tylko eksponowała w pokoju jadalnym, sypialnym, na mieście i w kościele. W pewnym momencie zabrakło miejsca dla nich trojga i ona, wraz z tym blond bandytą, zdecydowała, że jednak to dla inżyniera zabraknie w układzie miejsca – że to on jest najsłabszym ogniwem i że ją bardzo denerwuje. Kiedy to usłyszał, poczuł, że łamie się w nim serce i chyba coś jeszcze, czego nie potrafił dokładnie zlokalizować, bo żaden podręcznik anatomii nie ujmował istnienia tego istotnego szczegółu w schematach przedstawiających układy ludzkiego organizmu. Zapragnął cofnąć się do czasów, kiedy przybiegał z małym plecakiem do szkoły i z pasją rozwiązywał zadania matematyczne, pod okiem dobrej pani nauczycielki.
Niemal słyszał szelest fartucha kuchennego swojej matki i wtulał się w niego, chłonąc zapach ciepła. Teraz takiego ciepła raczej już nie uświadczysz, bo wygolone na duszy panny, czytają raczej inne rzeczy, niż takie matki i bynajmniej niezbyt często zastanawiają się w wieku 19 lat, czy czas już na dzieci i kuchnie. Czas dzieci i kuchni minął, dlatego żona wyrzuciła inżyniera, rujnując mu całe, nieźle poukładane inżynierskie życie.
Wrócił więc do szkoły, zakładając, że widocznie jakieś luki w podstawowej edukacji, uniemożliwiły mu przystosowanie się do tego pachnącego pleśnią, wyfiokowanego świata i to dlatego, że wieku lat 8 dostał pałkę z przyrody czy biologii, spowodowało, że przeoczył istnienie jakiegoś szczególnego hormonu, synapsy energetycznej odpowiedzialnej za stałość.
Umościł sobie posłanie na stosie starych zeszytów.
Nocami wymykał się w poszukiwaniu pożywienia – w dzień siedział u góry, między robactwem, szkolnymi aktami i zwałami starych krzesełek. To było takie piętro bez klas – dostać można było się tylko małymi, zawsze zamkniętymi, żółtymi drzwiczkami.
Kiedy już byliśmy starsi a ósme klasy wyszły ze szkoły, wspinaliśmy się po schodach i siedzieliśmy u stóp tego maleńkiego wejścia. A potem dowiedziałam się o inżynierze i przyszło mi do głowy, że mógł siedzieć, z głową tuż przy dziurce od klucza – i podsłuchiwać nasze rozmowy, podkradać wyznania. Że inżynier wie już o nas wszystko. I przestraszyłam się. Ale wyprowadzili go, przyszli z policją i powiedzieli, że ma wychodzić, nie ukrywać się na strychu, jak jakiś sztubak. Że strych nie ma skrzynki pocztowej, więc nie przyjdą tam pozwy rozwodowe i inne rzeczy, które koniecznie trzeba odbierać i czytać. I że nie można się tak, w wieku podeszłym uchylać od świata i odpowiedzialności. Że jak się czegoś nie chce – to mówi się natychmiast – nie chcę – i nie roztrząsa problemu metodami nerwowo-ucieczkowymi. Miał napisać pismo, że nie chce już tej żony, tak samo, jak ona nie chce jego i pożegnać się ze swoimi dwudziestoma latami spędzonymi u jej boku, tak samo, jak ona pożegnała się z nim, wybierając jakieś inne, niezrozumiałe dla niego boki (zboczona!).
Bez telefonu pan tu siedzi, bez światła - tak podobno powiedział policjant - Nie lepiej to do ludzi wrócić, życie kontynuować w warunkach humanitarnych?, tak mówił, a inżynier milczał, przerażony ilością twarzy, które świeciły naprzeciwko jego twarzy i domagały się uwagi. Nie rozumieli, że on, zwyczajem istot pierwotnych, nie mając w pobliżu żadnych mocniejszych katakumb, zaszył się w ciemnościach, żeby wrócić do łona tej, która wydała go na świat. Lizać grzyby na ścianach dzieciństwa, wchodzić w słoneczne, letnie halucynacje, którym oddawał się z zachwytem jako chłopiec dziewięcioletni, błądząc po porośniętym krzakami podwórku z zmiętym egzemplarzem jakiejś, porośniętej dużym drukiem książki.

No, jak patrzysz, mały, to się woła o pomstę do nieba. Wyglądasz, jakbyś miał ochotę na litrowy karton ciepłego mleka i kołdrę pikowaną przez babcię, steranymi, pooranymi zmarszczkami i bliznami, palcami, ciepłymi jak chleb, słodkimi, jak miód. Palcami odległymi od nas, jak czasy o których przeczytałeś na różnych stronach w różnych książkach i pracach naukowych - i o których dobrze wiesz, że istniały tylko we fragmentach – już od samego swojego zarania wymyślone i podrysowane kawałkami sangwiny przez zmyślnych, niezadowolonych z wadliwej konstrukcji wspomnień, autorów. Dobrze, nie będę opowiadała więcej o tym przedwcześnie posiwiałym człowieku, którego zabrali nauczyciele i policjanci. Dobrze, dowiesz się, że zakończenie było dobre - zniknął na długie lata, zaraz po tej eksmisji, by zarastać zarostem w Chile i Patagonii, z plecakiem przylepionym do pleców, z aparatem fotograficznym. Zwisał wielokroć na parcianym pasku z gałęzi drzew i z góry śledził, nieświadomych swojej obecności pogromców ludzi i zwierząt, drących maczetami zarośla.
No nie patrz tak na mnie, maślanym wzrokiem – też lubię te historie, pachnące potem i krwią, gęste od jaskiń i piwnic, z włosami całymi w pajęczynie i ogniskowym dymie. To była wczesna podstawówka, zupełny zawał serca, nie wiedziałam co myśleć, kiedy patrzyliśmy przez okno, jak go wyprowadzają.
++

(.)

permanentny rizyrcz vol.2



















(rano jest, nie wypisuję, co należy do kogo, zainteresowanym iformacji udzielę ;);
tak mniej więcej prezentuje się stan umysłu przeciętnego studenta, porwałam różneobrazki z różych miejsc a teraz kicham i autobus i zadysz, zadysz, zadysz...)

poniedziałek, marca 16

ciasteczka







Vol.150309circa00:30(V/A)

Niewidzialna dłoń wlała mi wodę do ucha, podskakiwanie, przełykanie – wszystko na nic. Cierpię w milczeniu i ciemnościach. Na dworze jakiś potężny smog, przejście tego, w drodze powrotnej z Knosałystr., było niemal niewykonalne. Dusiołki z kominów, zarzucające na gardło pętle z CO2, nie mogły przepuścić okazji i zabawiały się - gromko poświstując - ze wszystkimi przechodniami w ten brutalny sposób. Na szczęście zima się kończy i wkrótce dym pójdzie w niepamięć (a CO2 w pięty nam wszystkim).
Ale nie o tym być miało.
Podczas mycia podłogi, jak zwykle w momentach wykonywania czynności średnio potrzebnych i jednostajnych, zaczęły spływać z sufitu sceny z The Doors, uwielbianego przeze mnie widowiska.
Z racji, że nie chcę się znudzić i opatrzeć - staram się organizować seanse w dłuższych odstępach czasu, żeby zdążyć zapomnieć, o co właściwie chodziło i móc za każdym razem, po przedszkolaczemu, na nowo cieszyć się tą ładną opowiastką, która zawsze wprowadza niepowtarzalny nastrój.

Teraz głos w tle - wielki Pan Romantyk recytuje swoje poezje, niepokalanie urżnięty – a jego kapela przygrywa w tle.

Jesteśmy już na pustyni?
Tak, to chyba pustynia. Żółte kamienie i zszarzałe od słońca kikuty kaktusów – kilkugodzinny trans – błąkający się między wydmami nawiedzeni goście – ich cienie ciągnące się na całej, niezmierzonej długości. Gdyby ta kraina istniała, moglibyśmy poczuć się, jak u siebie w domu. Gdyby ta utopia była możliwa – a bajka, zamiast chwilę, trwała wiecznie – moglibyśmy zanurzyć się w wilgotnej szczelinie, która połknęła słońce.
(
Hey Morrison! Fuck 'em, it's great.
It's non-linear, poetic, it's what Godard stands for.
)
Leżymy w trawie. Nie ma zimy, w szczelinie śnieg jest ciepły, łzy są słodkie, zlizywane z policzków przez łagodne języki ognia, który nie parzy, tylko lekko ogrzewa.

W szczelinie słowa nie mają znaczenia, bo wszystko, co się dzieje, jest dobre. Val Kilmer vel Jim, wygląda jak satyr, z rozchylonymi wargami, nieświadomie obnażając zęby, jak zwierzę, głodny i zaintrygowany tym, co niewidoczne. Przeczuwa. Próbuje dotknąć. Wściekle usiłuje przerwać błonę dzielącą go od nieosiągalnego. Drapie tak długo aż natrafia na spiralną zjeżdżalnię. I spływa w dół.
Uch, moment, kiedy na imprezie u Warhola natrafia na Nico.
Uch, co za brud, co za żywotność i zły zbieg okoliczności.
(
- Come on, Jim, this isn't our scene. These people are vampires.
Come on, let's make the myths. Remember?
)
A potem sam Andy, szczyt spedalenia, szczyt nawiedzenia, księżniczka wenecka, pozbawiona okularów ciota z plaży w Lubiewie!
I skok kilka klatek niżej, do pokoju, w którym pije się krew ze złotych pucharów, pomiędzy czternastowiecznymi księgami, z Panną podejrzanej proweniencji, coś jak seks w masońskiej loży przykrytej bizonią skórą, w obłokach delikatnego, białego proszku…I jeszcze szybciej, coraz szybciej w dół, szalonym kolażem koncertów i bekstejdżów, scen domowych i szaleństw nocnych…na śmierć ad1971.

Jak tu teraz nie śnić o Jaszczurach...

piątek, marca 13

notatki z filozoficznej apokalipsy (nie - małej) ;)

Sokrates nie pisał, tylko rozmawiał. Nie pisał programowo. Pochwałę słowa żywego, mówionego, a potępienie słowa pisanego wygłasza we Fajdrosie. Opowiada tam legendę o bogu egipskim Teucie, który wynalazł wiele sztuk i umiejętności, a m.in. sztukę pisania, i uczył ich króla Tamuza, ażeby to rozpowszechnił je w kraju.
"Kiedy doszli do liter, powiedział Teut do Tamuza: Królu, ta nauka uczyni Egipcjan mądrzejszymi i sprawniejszymi w pamiętaniu; wynalazek ten jest lekarstwem ku pomocy pamięci i mądrości. A ten mu na to: Teucie, mistrzu najdoskonalszy, jeden potrafi płodzić to, co do sztuki należy, a drugi potrafi ocenić, na co się to może przydać i w czym zaszkodzić tym, którzy się znają daną sztuką posługiwać. Tak też i teraz: ty jesteś ojcem liter, zatem przez dobre serce dla nich przypisałeś im wartość wprost przeciwną tej, którą ona posiadają naprawdę. Ten wynalazek niepamięć w duszach ludzkich posieje, bo człowiek, który się tego nauczy, przestanie ćwiczyć pamięć; zaufawszy pismu będzie sobie przypominał wszystko z zewnątrz, z odcisków obcych, a nie z własnego wnętrza, z samego siebie. Więc to nie jest lekarstwo na pamięć, tylko środek na przypomnienie sobie."
i dalej:
"... Jest w piśmie coś bardzo niebezpiecznego, i w tym jest ono rzeczywiście podobne do sztuki malarskiej. Toż i jej twory stoją przed tobą jak żywe, ale jeśli kiedy zapytasz je o co, wtedy bardzo uroczyście milczą. Tak samo słowa pisane: zdaje ci się, że one myślą to, co mówią, ale jeżeli zapytasz je o coś, żeby lepiej zrozumieć to, o czym mówią, one wciąż tylko jedno wskazują, zawsze jedno i to samo."

(...)
Protagoras próbuje udowodnić Sokratesowi, że podobne słowa jak np. sprawiedliwość znaczy to samo, co zbożność, jednak Sokrates na taką procedurę się nie zgadza. On szuka słowa "najsilniejszego", dla każdej rzeczy jednego i jedynego, "logos erromenestatos", które jest obrazem rzeczywistości i prawdy, a nie konwencjonalnym znakiem.
"Czy nie potrzeba - mówi w Fajdrosie - jeśli mowa ma być dobra i piękna, żeby umysł autora znał prawdę o tym, o czym autor zamierza mówić?". A kiedy Fajdros powołując się na sofistów i retorów, zauważa, że "kto chce być kiedyś mówcą temu nie potrzeba wiedzieć, co jest rzeczywiście sprawiedliwe, ale tylko, co tłum za sprawiedliwe uważa, tłum przecież będzie sądził..."

Sokrates zbija ten pogląd i zmusza Fajdrosa do przyznania, że
"sztuka wymowy u takiego, co prawdy nie zna, a żyje tylko opinią (doksa), to nie będzie żadna sztuka, tylko śmiech".

Znaleźć znaczenie słowa to dotrzeć do rzeczywistości, do której inaczej, jego zdaniem, dotrzeć nie można. Wiedzieć, czym jest dana rzecz, to znaczy móc powiedzieć, czym ona jest.

źródła