wtorek, lutego 17

postnuklearny wikend.

Pochłonęła mnie bez reszty. Mogłam udawać, że uważam ją za zwykłą książkę dla młodych nieszczęśników poszukujących odskoczni od codziennego życia, mogłam odmawiać jej treści wartych zapamiętania i posądzać o płycizny intelektualne. Mogłam wrzucić ją na listę książek przeczytanych i zapomnianych (to drugie bez wątpienia lada chwila nastąpi, bo po większości z nich pozostają tylko niezidentyfikowane kolory i smaki, czyhające głęboko w mózgu na nagłe napływy emocji i barwiące je tak, jak chwila nakazuje). Suchy trzask stronic i dyszenie wydobywające się spomiędzy okładek.
Moje zmasakrowane od gwałtowanego oddychania płuca, półmrok w autobusie, światła przelatujące interliniami.

Kolejny bohater schodzący na mielizny, wyrzucany przez odmowne fale, na sypki brzeg, z policzkami słonymi od łez. Kolejna historia pozbawiona ciepła, 50 stron przed zwieńczeniem, przyprawiająca mnie o dreszcze, takie same, jakie fundowały w dzieciństwie wszystkie książki, po które boję się sięgnąć po raz drugi, czy trzeci, żeby nie odrzeć ich ze wspomnień i słodyczy wrażeń, które wywoływały, pachnące jeszcze nowością – lub zupełnie sterane dziesiątkami wertujących je dłoni, na nowo rozdziewiczane jakiegoś ciepłego lata, przez kilku- i kilkunastoletnie paluszki.

Mnóstwo podróży, które dane mi było odbywać, przebiegało jasno numerowanymi szlakami kolejnych kartek, przewracanych z zachłannością i strachem, że tak blisko już do końca. Mnóstwo nierzeczywistych przejść, z czasem, przybrało formy cielesne - formy miejsc, w których byłam - nieważne, czy na jawie postała tam moja stopa.
Byłam tam, bo to, co się śni, może być tym, co się żyje.

Ciężko przychodziła mi tego tygodnia lektura Uwikłanych w płeć, Judith Butler. We wstępie autorka zaznacza, że wielu czytelników skarżyło się na trudny język książki, ale ona sama nie zamierza niczego w tej materii zmieniać. I słusznie. Choć opornie.
Przebrnąwszy wstępy i zapowiedzi dotarłam wreszcie do pierwszego rozdziału, by dzień później ulec Pratchettowi - a zaraz potem, tej kpiarskiej, pewnej siebie lekturze dla marzycieli, która zmusza do czytania z szybkością 300 stron dziennie, w sposób zupełnie bezbolesny.
Przejście przez ferie i wejście w nowy semestr przebiegło niespodziewanie. Jeden tydzień smakował, jak plik najdziwniejszych tomów literackich. Zwieńczony wczoraj posiedzeniem w uczelnianym kiblu, w smugach papierosowego dymu, rozprzestrzenianego przez pięknie gadającą A.

I to ciągłe, nieopanowane nawarstwianie. Daty, kładące się jedna na drugiej, pokotem składane w kalendarzu, napotykane co pewien czas propozycje, sączące się w śnieg tygodnia. To nagłe nasycenie, którego kulminacyjny punkt jest zwykle punktem zwrotnym, prowadzącym do długotrwałego odsunięcia, wyjścia z zatłoczonego pokoju i trawienia minionych tygodni, przelecianych z trzaskiem butów i mózgu. Bez wiary w konsekwencje i pełnej świadomości; daleko i gwiezdnie; daleko, daleko, z gardłem pełnym mlecznych zachłyśnięć, jakie roi się w bezsenne, samotne noce, z policzkiem mocno przyciśniętym do poduszki.

I możesz odsądzić mnie od czci, za tą strzałkę, z wolna nasączającą się trucizną, za to, czego nie można było przewidzieć ani uniknąć. Za każde zasłabnięcie wiary w dusznościach pociągu. Przechrzcić na dowolne imię, im odleglejsze od mojego własnego, tym lepsze. W ferie zdarzyło mi się poznać kilka legend, na Kablu, gdziekolwiek to się dzieje i były historie ze skokami przez płot i siedzeniem na podłodze w kuchni.
Seria zaskoczeń i anonsowanie starych, dopiero co poznanych znajomych.
Tak się przestraszyłyśmy, że aż nas wymiotło, ale już Ty się nie bój, nie na długo.
A potem znowu było przełykanie surowego powietrza i wesoły taksówkarz, ciągnący tchem aż do miejsca, w którym pomieszały mi się cele i błąkałam się przez chwilę nie po tej stronie ulicy. Ale nic nie zagłuszy bezdźwięcznego sunięcia nagich stóp po mokrym śniegu. A potem się pyta jeden z drugim, skąd ten charkot nocny i dzienny.
Szalika na poduszki nie założył.

sobota, lutego 14

[][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][][]



Na czas jedzenia frytek(sypania soli w klawiaturę), przekopywania zebranych w locie zbiorów i spisanego w pociągu chaosu - kadr zrzucony z fimu Luisa Bunuela - Mleczna Droga. Undergroundowe ;> bababa.

wtorek, lutego 10

Ma-teraz-potrzebę.

...

Potrzeba ciągnie, przerywa ścięgna. Jednym cięgiem.
Bezczelna smarkulo, przestań. Tak dobrze szło.
Pręgi to jednak inna bajka.

Nie sposób wybaczyć, wytłumaczyć sobie tej piosenki.
A kto mówi inaczej - łatwo mówi
Ma teraz potrzebę. Składa ją na cztery.
...
Chusteczkę.
...
Krewetkę
...
Truskawkowe wafle.
...
Curse OV Dialect
...

Test IH, Hildegarda z Bingen opowiada historie.

Wisienka sugeruje, żebym wreszcie coś przeczytał. Wskazuje na uginającą
się od ciężaru książek półkę i rozkazuje.
Kładę rękę na jej ubranym w ciężki sweter ramieniu.

Dzisiaj czytania nie będzie. Nie mamy niczego do czytania.
Po pierwsze może być rysunek. Rysunek z wkładką, z historią,
która opowiada się sama bez słów.
Ale nie mam jeszcze pewności - czy nie jest to coś pokroju
pozbawienia jedzącego obiad śmiertelnika możliwości zjedzenia
jednego małego cze.

Chciałbym wreszcie odebrać wiadomość.
Do tego czasu niczego nie będę podpisywał.
W zimnym, w lodowatym pokoju, w osłoniętym szronem łóżku, leżeć, trawić czas.

Giezgiegiezgie, opcjonalnie założę nagolenniki i plastikowy podbródek.
Osobisty ochraniacz szczęki o zapachu truskawek.
Zamknę się w bakiście, Wisienko!

Na umrzyka w skrzyni, marina przed nami mieni się w świetle latarni.
Kwaśny zapach morza sięgnąwszy wejścia do portu przesączył się przez szczeliny
w molo i zabarwił wodę na żółto.
Wchodzimy, Wisienko, przechuj, mówiąc cicho, mówiąc w dymie, przez ciężki,
alabastrowy komin wskakujemy do wnętrza.

Nie jestem kobietą, mówię do swojego dekoltu.
I żadna z was, mówię do piersi, nie jest kobietą.
Jesteście świadectwami dotyków, niczym więcej, okrągłą odą do samotności.
Och.

sukienka.

I co na zamknięcie? Mówią w szkole, że piękne są tryptyki, piękniejsze stanowczo niż pterodaktyle i Pasadena. Więc tryper czy tryptyk, licz do trzech, Ty wybierasz. Po tej stronie jest jedna kamera i cztery monitory. Podliczając, kilka ciekawych obiektów badań i narzekań. Ja się zabieram za ten obrazek, za ten kolor, którego jeszcze nie udało się nam osiągnąć. Za transwizualizację i transkrypcję. I zwołują pod sufitem radę składającą się z zbilokowanej projekcji gadającej głowy Lva Manovicha. Już ty się nie martw, mówi. Są sposoby, których świat jeszcze nie widział, tak proste i tak potrzebne, że plastik eksploduje na samą o nich myśl. Ty już się nie martw, tylko wychodź z domu i patrz. Benzyna jest tania. Z patrzenia wyciągniesz sporo wniosków. Zmontujesz ten sezam na czterech nogach w kilka sezonów ogórkowych, zamykając się na długie godziny w miejscu, do którego niemal nikomu nie chce się przyjeżdżać, bo na końcu świata, z dala od ludzi, których interesuje tylko efekt trampoliny. Wiesz dobrze o co chodzi. Ich nie będzie na pokładzie, kiedy wreszcie pójdą wióry i strzępy. Już ty wiesz.
A jeżeli wciąż nie wiesz, to nie mów.

poniedziałek, lutego 9

mini

Śmiejąc się, usiłuje wargami zbierać to, co pozostało z wycieczki. Chyba nie ma rąk, bo po co komu ręce, kiedy ma się wargi i słońce do dyspozycji. Mówią, że to maliny, to, co pęka na powierzchni i spływa po skórze słodkim strumykiem, zaznaczając nikomu wcześniej nieznane linie horyzontu. I zachodzi miękkimi, włochatymi sercami za paznokcie, które jednak, pomimo nieobecnych chwilowo rąk, nagle pojawiają się w tej ciasnej przestrzeni i trą zapamiętale o siebie nawzajem i zdrapują, krusząc, zaschnięte strużki soku i zapachu.

Śmiejąc się, przeciera oczy, bo nie do końca wierzy temu, co jawi się przed nimi i czuje gdzieś wewnątrz głowy cienką, linię, tekstylny ściągacz, utrzymujący to jeszcze w mocnym uścisku. Ściągacz ściągający wszystko w tą jedną, ograniczoną sferę, przyciasny zagon pomiędzy dwoma wargami a światem. Wysterylizowane wiązki wulgaryzmów przecinają cienką scenerię tego mistycznego white cube`u, pociągniętego solidną warstwą Śnieżki.

Śmiejąc się, odciska wargi na ścianie i staje się własnym, Tuxe-Demonicznym odzwierciedleniem, majaczącym pomiędzy odciskami dłoni, czterech dłoni, zamieszanych w ten apel. Odciska wargi na ścianie, manipuluje nimi tak, jak rękami, bo wie, że ręce często odpadają z gry w najmniej spodziewanych momentach a przecież wszystko toczy się dalej i stawka już w obiegu, więc odsunąć nie można się ot tak i zawiesić. Mówi, że wargi są potrzebne i wtyka je w oczy liter uprawiając politykę śmiesznego ryjka.

Śmiejąc się, wyobraża sobie ten pokój, zupełnie taki sam, jak dotychczas. Może nieco lepiej uzbrojony. Może także swoje skręcone, radosne xy, spiralę, chromosom i zapach. Słyszy inne śmiechy. Lód, piasek, popiół. Wszystko sypie się z góry w amputowane przestrzenie. Dyszą planety. Liście tratują ziemię. Kładzie się cień.

cienność

Organizer się gdzieś zgubił. Nie chciałam tutaj robić bałaganu, wyszło mimowolnie, losowo, z minuty na minutę. Niebieskie okładki rozpłynęły się w oczach, strony, jedna po drugiej, spadły ze stołu wprost pod linoleum. Dywanów przecież tutaj nie znosimy. O 3 nad ranem do drzwi mojego pokoju zastukała ciemnowłosa dziewczynka z dwoma butelkami wody w rękach. Wyglądała niezdrowo, spoglądając z sennym uśmiechem spod opuchniętych powiek, do wnętrza mojej pieczary, lekko osmalonej dymem spalających się podgrzewaczy. Załóż kapcie, Mała, głos z pogranicza snu i bezsenności, mój własny, przytłumiony bagażem przesiedzianych i przebytych godzin, głos, rozległ się. Dobrze, odpowiedziała. Poszła spać, bardzo przeziębiona i rozgorączkowana. I powiedziałbyś, że i na mnie przyszła wtedy pora, skoro już anioły odzywają się na jawie i we śnie, kiedy dotknięte grypą anioły przysuwają się na niebezpieczną odległość w rzeczywistości. Ale sny tej nocy, zagięły się na ostrym kancie. Drewniane wnętrzności, powiedziałby ktoś niespełna rozumu, obserwując, jak wiją się wewnątrz i krzyczą, niezależnie od ruchu i bezruchu, zdeterminowane i pełne ciemnej energii. O 7 rano ocknąwszy się na podłodze w łazience, z nogami opartymi o ścianę i nadzieją, że spływająca w dół krew, pomoże mięśniom powstrzymać skurcze. Przylegając ciasno do lodowatych kafelek i z ulgą chłonąc ich temperaturę. Nie będąc w stanie myśleć, męcząc się na samo wspomnienie drogi do kuchni, wieki stąd, wieki stąd, tabletki przeciwbólowe schowane w niebieskim koszyczku na stole. Wieki stąd woda. Straszne pragnienie i straszny strach przed kranem. Nagłe wizje tabunów małych ruchliwych roztoczy wpływających do żołądka razem w łykiem kranówy. Więc jednak nie. Pragnienie. Idiotyczna nierzeczywistość, niemal sto lat samotności, szelest białych prześcieradeł na głową. A może nad brakiem głowy, bo wszelka czułość i neuroza przeniosła się niespodziewanie gdzie indziej, w dolne rejestry.
Trudno zastanawiać się w takich chwilach nad rolą neurozy w życiu organicznym, więc zawiesiłam się na cały czas klęczenia i przysiadania i w strugach zimnego powietrza ziębiłam cały ten układ do czasu kiedy niepostrzeżenie znalazłam się znowu w łóżku i zapadłam w sen.

poniedziałek, stycznia 19

/////////////////////////////////

Okej. Nie napiszę tutaj nic, dopóki nie zrobię typografii, taki jest deal
ze światem przestępczym - towar albo życie, przyjemności później. Żaloba narodowa.
Amen i rysowanie.
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

wtorek, stycznia 13

przecinek.


kawa. indesign. kawa. illustrator. kawa. kawa. kawa uczelnia. kawa. sesja? kawa.
indesign indesign indesign. illustrator. i nawet bankomat nie wyplacil mi pieniędzy.
choć znalazlam damskie buty na swój rozmiar. i...llustrator. a w na uczelni kawa.
kluszczyński się sączy. i dźwięk. i kawa. kawa. rumianek. filmokręcenie. kręcenie.
indesign. zima. zima. pociąg. kawa. drezyna. ciemność i... ndesign. och. ach. och.
pisać chce się, nie wolno. jak wyznawcom zen-haiku. och. ach. wiosna ma się ku.

piątek, stycznia 9

wtorek, stycznia 6

mack the knife, supported by google

/////
Och, rekina jest dość drogim zębów
Em a on pokazuje, biały perłowy
Just a jack nóż ma macheath drodzy
On i ona trzyma sposób Out of Sight

Przy Rekin ugryzienia, że z jego zębów, drodzy
Scarlet billows zacząć szerzyć
Fancy rękawice choć ma macheath drodzy
Theres tak nigdy, nigdy śladu czerwonych

Na chodniku, jeden niedzielny poranek
Leży ciało, oozin życia
Someones sneaking za rogiem
Że ktoś może być Mack the Knife

Z holownik, na rzece będzie powolny
A worek cementu spada na dół
Wiesz, że jest cement dla wagi drodzy
Można tego dokonać za duży zakład mackies z powrotem w mieście

Mój mężczyzna Louis Miller, on podzielony na scenie babe
Po rysunek przedstawia wszystkie chleb z jego źródła
Macheath teraz wydaje się jak marynarz
Czy nasze przypuszczenia, chłopiec, hes zrobić coś wysypka

Old satchmo, louis armstrong, bobby darrin Stare satchmo,
Did this song nice, lady ella too Did this song nice, pani za nią
Oni wszyscy śpiewali go, ze tak bardzo czuły
Błękitne oczy, że stary, nie ma on zamiar dodać nic nowego

Ale z tym duży zespół, skacze za mną
twarde, gniazda, a teraz ja mogę stracić cant
Kiedy mówię wam, o Mack the Knife babe
Swoją ofertę, nie można odmówić

Mamy Patrick Williams, Bill Miller, że gra fortepian
I to wielkie big band, wychowywanie tyłu
Wszystkie pasma kotów, w tym paśmie teraz
One w największym stopniu dźwięków, coraz youre gonna hear

O sookie taudry, Jenny nurka, Polly peachum, stare miss simone brązowy

Hej linii formy, po prawej drodzy
Teraz, macheaths z powrotem w mieście
lepiej blokuj ± drzwi i zadzwonić do prawa
Ponieważ macheaths z powrotem w mieście
/////

mhm.




What conclusion can we draw?
To invite the gods ruins our relationship with them
but sets history in motion.
A life in which the gods are not invited isn't worth living.
It will be quieter, but there won't be any stories.
And you could suppose that these dangerous invitations
were in fact contrived by the gods themselves,
because the gods get bored with men who have no stories.

- Roberto Calasso, The Marriage of Cadmus and Harmony



niedziela, stycznia 4

////he.



Genialna ścieżka dźwiękowa, genialna recytacja, genialny wiersz,
wspaniala jakość oraz wysmakowane kadrowanie.
tak!
(Tak to wygląda w praktyce).
Może za 30 lat będziemy mieli ludzi, którzy zrobią to za nas,
wspaniale, genialnie i będziemy siedzieli w fotelu i dyrygowali.
Ale może nie dożyjemy.
A wtedy zostanie po nas taka notatka dźwiękowa.
I wszystko jasne.

//omatkomatkotko.

The more we get used to being killed, the better we like it.
- Private Wilbur Fisk of Vermont


-To wyobraźnia jest armią. Jeżeli interesuje cię cokolwiek, interesuje cię wyobraźnia. Myśląc imaginujesz, to właśnie ten zajebisty myk, który zrównuje nas wszystkich. Umiejętność wejścia w stan wskazujący na życie i trwania w nim do porzygania. Jesteś częścią tego świata, ale zarazem przychodzisz spoza, masz pełne prawo patrzeć na to wszystko, czym jesteś otoczony, jak na absurdalną bajkę o chodzącym mięsie, o władzy zimy na światem, jak na historię zupełnie niezgodną ze scenariuszem, jaki sobie obmyśliłeś. Kwestią twoich wyborów jest sposób, w jaki przewrócisz się za chwilę w zimny puch. Bo jesteś wcięty, mocno wcięty.
I co najlepsze, wcinając się w ten sposób, w tych okolicznościach przyrody, masz rację. Masz swoją niezbywalną rację, nawet, jeżeli jest ona niezgodna z jakąkolwiek inną i wypchnie cię poza nawias. Niekoniecznie posiądziesz prawo realizacji, ale sama racja to już coś. Zawsze jest jakiś minimalny wybór, nawet, kiedy zamknęli cię gdzieś, gdzie nie ma klamek, zawsze masz swoją armię…!

Słowotok ukróciło chlupnięcie. Na gaciach koleżki wyładowały równomierne ciemne plamy wody, wprost z kałuży. Przeczuwałam, co stanie się za chwilę. Postanowiłam wyjść temu naprzeciw, nie poddając się. Upadlam twarzą w śnieg. Świetna zabawa, poza tą mokrą kałużą, której zawartość wyładowała na khakiheavytrousersach mądrali, dokoła wszędzie było czysto; czyste były te białe placki na trawnikach i chodnikach. Główki krawężników wychylały się nieśmiało spod zwałów bieli, kosze na śmieci choć raz nie śmierdziały, nakryte zmrożonymi czapami. Brakowało tylko lampek choinkowych, palemek na tego siksszotera, żeby świat zaczął błyskać wszystkimi kolorami i wlewać się nam w usta, jak strumienie sypiących się z góry śnieżynek. Nikt tego nie stylizował, kurwa. Wszyscy ulegali miękkości i ciemności, uciekali przed nią do swoich nor, ale ulegali, choć na sekundę, nawet, kiedy wręcz nie znosili mrozu i monochromatycznych pejzaży, które zmuszeni byli przemierzać.
Musiałam mu przerwać. Cegły na przeciwległej ścianie zlewały się w czerwonawą masę i ściekały na chodnik. Za moimi plecami przechodzili ludzie, chyba uciekający przed powoli spowijającą świat totalną ciemnością kolaborującą z totalnym wychłodzeniem organizmu
-Rozumiesz, Szop siedzi w domu i onanizuje się przed jakąś stroną WWW, może nawet jest to strona programu telewizyjnego ,,Mango Gdynia”. Na karku ma wytatuowany napis ,,Forever” i czuje się już prawie, jak jakiś Brytyjczyk, w trampkach znanej firmy Converse i koszulce zespołu Armia, czy może nawet Defekt Mózgó, znalezionej w jakimś pokątnym lumpeksie i zakupionej za trzy złote, pomiędzy jednym wyjściem z domu a wejściem do świata. Na ścianie napisał, że ,,God Save The Queen” i powoli wtapia się w martwe lata 70. On siedzi tam i jest zupełnie sam. Rozumiesz, z zaświatów pisze mi esemesy. Ja też pisałabym esemesy do niego, ale nie potrafię się zdobyć na to ostateczne naciśnięcie na klawisza ze strzałką i ofiarowanie się przypadkowi i przeznaczeniu i odpisanie, że nie, bynajmniej nie mam teraz przyjemności przyglądać się monitorowi. Stoję na mrozie i słucham, jak jakiś kolega opowiada o swoich armiach. Moich, naszych. Jak napawa się tą światłością, jaka zstąpiła na niego z nieba, wraz z tą wspaniałą świadomością.

- Kiedy wszystko zostanie skończone, poranki zyskają ten smutny odcień dokonania.

Spojrzał melancholijnie w czeluście swojej torby na ramię. Torby LondonParisMiami
- Ja też się czuję zobowiązany do ubierania się, jak wy, bo to naprawdę fajna sprawa, naprawdę mnie to szalenie pociąga. Chcę słuchać jak szumi wam w głowach zielsko i patrzeć na strumienie bełtów pomiędzy jednym pociągnięciem a drugim. I na te fotografie w stylu Nan Goldin. Dzisiaj wszyscy nią jesteśmy. Nikt się nie obawia konsekwencji. Nadzy na jednym, drugim, trzecim fotosie, w gazetach, dla takich jak my, do głębi egzystencjalni, znudzeni wyświechtanymi frazesami z reklam i Pism Św. Kiedy jestem sam, gram w pasjansa na swoim wypasionym ajmakuproczterytysiącepięćset. I piję mleko. To właśnie lubię.

Ekran komórki zajarzył się niezdrowo. Wiadomość była jedna, do kości zimna, wiadomość wprost z piekła wszystkiego, co związane z lodem, z lodla, możnaby powiedzieć.
A może nie, po prostu stało się to zaraz po wyjściu z założenia. Bo założenia są niedobre.
Wszystko, co na siebie dotąd zakładałam okazywało się uwierać i utrudniać ruchy.
Ściągaj, powinnam była poprosić. Ale nie zdejmiesz. A ja nie założę.
-------------------
Kotka sprawdza pokój. Uważnie obwąchuje nowo odsłonięte połacie ziemi, na których dotychczas stały szafy. Ona wie, my wiemy. Ślady bytowania myszy stanowiły najlepsze dowody na jej obecność w tej okolicy, chyba nie tak dawno. Kotka sprawdza dalej – jakaś chusta wydobyta z dna szafy przyciąga jej uwagę na dłużej. Kto wie, jak pachnie.
Jakie obrazy przywołać może taki głęboki niuch małego, czarnego noska.
Ściany tutaj są trochę inne, cieplejsze, milsze oku, jakby mniej naruszone.
Porównując je z odkrytymi rano ścianami mojego poprzedniego pokoju, zaczynam zdawać sobie sprawę z ekspansji. Ze zdartego, zachlapanego tynku i zielonych śladów na lampie. Śladów eksplozji.

__

piątek, stycznia 2

////////colour me kubrick///////////////////////////////////////////////


///////////////////////////////////////////////////////


///////////////////////////////////////////////////////

BILL VIOLA-ETERNITY
///////////////////////////////////////////////////////

///////////////////////////////////////////////////////

///////////////////////////////////////////////////////

czwartek, stycznia 1

////

//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Profil-nekrofil, z samego dna aksamitu, powinno być unofficial, ale
jako, że słyszałam, że zapominamy o naszych świątobliwych postanowieniach
już około tygodnia po ich powzięciu, trochę wybebeszę.

Moja Ulubienica pisze o tym, co osiągnęła; moje najbardziej
spektakularne ,,ach" wiązało się z czerwcem roku przeszłego i przeniosło
mnie na inny szczebel drabiny edukacji.
Podróże i lektury dopisywały.
Waga się utrzymywała.
Poznano ludzi.
Tracono ludzi.
Ale wchodzono w interakcje.
Dowiedziano się, co to ISO i jak złożyć tekst.
Poznano masę wspanialej muzyki i filmów.
Jodorovsky był.
Dzieci nie.
I się na wykładach rozbestwiło wreszcie, na co się czekało cały rok zeszły akademicki
ciułając na czerwiec.
Konferencje, śmęcje.
Się koło kręcić zaczęło.
I się. No.
////////
Zatem się czuję (w pewnych kwestiach) usatysfakcjonowana,
życząc sobie
(i tym, którzy życzą sobie tego samego):
////////
-zrozumienia&porozumienia
-sesji jak należy odprawionej
-jasności umysłu
-więcej muzyki na żywo
-wycieczek [Rumunii ;)]
-fLASH it baby FlaSH&Illustrator that by the InDesign
-Ciało sztuki/Sztuka ciała, opracowanie merytoryczne
-opowiadanie z gatunku dłuższych
-,,Transgresji" pod redakcją Marii Janion
-koloru czerwonego i krwawego jako obiektu i abiektu analizy
-niejednego Foucault
-komputera czyszczenia (a możnaby tak wreszcie pojąć o co chodzi w formatowaniu...?)
-i aby spojrzeć krytycznie na stopień rozciągnięcia ścięgien i mięśni
-i żeby spojrzeć krytycznie na kolor brzoskwiniowy
-by nabyć kabel
-aby nabyć skład
-i odważyć się (nieraz)
-nagrać, zagrać i być
-potrafić się wysłowić, ech – że wyrazić potrafić się i dogadać,
bo często to nie i już
-fajkę wiśniową zapalić
-trampkom udziału w życiu nie odmówić i pod dach je przygarnąć
-pięknej cery, poezji i wojen
-siły, rozrachunku i wiary
-i żeby każda Babcia, a w szczególności moja, dostala plazmę na Babci Dzień
-i szczęścia Im, Wam, Tym i Tamtym

A tak w istocie to:
-byle doczekać wiosny…,
bo jeśli nie, to nie wiem.

środa, grudnia 31

///d j c i m



Opowiada się tu nie o przygodzie, lecz o zdarzeniach [incidents]. Trzeba to słowo brać w tak niepozornym i tak wstydliwym znaczeniu, jak to tylko możliwe. Zdarzenie dużo słabsze od wydarzenia (choć być może dużo bardziej niepokojące), to po prostu to, co jak liść łagodnie upada na kobierzec życia; to lekka, ulotna fałdka dołożona do tkaniny życia;
to, co z ledwością można zauważyć: swego rodzaju zerowy stopień zapisu, to tylko, co potrzebne jest, by cokolwiek napisać [II 1403].

(Roland Barthes, Esej o Pierre Lotim)


Dwie doby zupełnie lewych snów.
Z całą pewnością zaburzone relacje pomiędzy signifiant a signifié, ale co poradzisz,
skoro takie to jest i już.
Dni były interesująco zespolone – noc nakładała się na świt, świt zaś, który zastawał nas nad cukierkami i szklankami, zamieniał się niespodziewanie w wieczór, by w okolicach godziny 11 rano wzejść ponownie i postawić na nogi zdezorientowane gadające głowy dziewcząt,
wybierających się właśnie na zewnątrz, z parą czerwonych butów i podziurawionym kubkiem.

W poniedziałek o godzinie 10, w cafe Barcelona przy rynku, czas pierdoli się z sensem. Przebyta droga szepcze jeszcze cicho w lekko odmrożonych udach i słychać lekkie skrzypienie grzejącej się krwi. Grusze i śliwy - taki to prezent ofiarowała nam zima.

Zastanawiam się tam nad pierwszym nieco dłuższym niż dotychczasowe, pismem, jakimiś kilkoma kartkami, oczekującymi na zapisanie. Podziwiamy paskudne obrazy imitujące afrykańską sztukę regionalną w najgorszy z możliwych sposobów.
W bulce jest mozarella, na spodeczku mały, czekoladowy cukierek.
Skóra na dłoniach i stopach doskonale spierzchnięta, od zimna i podeszew butów.
Język szorstki od słów.

Gdyby nie pozwolono na tą rotację, bezwzględnie bym zwariowała ze szczęścia w nieszczęściu, czytając bez przerwy i żarłocznie piękne książki, wprowadzające mętlik i dezorientację. Gdyby nie było tych miejsc, do których można się udać, usiąść na cudzym fotelu w cudzym mieszkaniu i czuć się podejmowanym, zdystansowanym i oddalonym od wszelkiej zobowiązaności na odległość twarzy i garnka z grzańcem, wszystkie animacje i realizacje byłyby już gotowe a duch w akcie rozpaczy, położyłby się na wycieraczce i odmówił posłuszeństwa.

Dobrze jest chcieć i móc zrobić piknik na podłodze z klepek i patrzeć
z naprzeciwka, jak nadjeżdżają kolejne pociągi i przenikają, nie czyniąc
nikomu krzywdy, głowy i włosy, półklęczących istot, pochylonych nad wspomnieniami.

Dobrze jest chcieć i móc.
Wejść potem do jaskini i nie wychodzić przez długi czas,
nie ze strachu przed niedźwiedziami a raczej czystej(?) chęci
posmakowania skał i kropel.

Blablebleblable.

Perdtion city on ya way.



(Araki Nobuyoshi)

piątek, grudnia 26

de las manos

Minęło trochę czasu. Dziwne są te endorfinowe uśmieszki po szatkowaniu nocy.
Trzy pomarańcze, kawa i słoweńsko-włoskie folkmjuziki.
Za oknem ciągle ciemno, może to i dobrze – można sobie wyobrażać wszystkie miasta, które mogłyby się tam znaleźć (znajdowały się i znajdą).
Rumunie, taa, Rumunie, Ludwiko.
Kiedy się przejaśni i będzie można wyjść (bo po ciemku, o poranku wędrówki nie wydają się być niczym szczególnie wartym uwagi, szczególnie kiedy się siedzi w ciepłym pokoju, w czasie post-apokaliptycznym, z niewiadomym miastem z oknem).
W progresie jeszcze jakieś domowe nagrania Gruppo Spontaneo Trallallero (,,Maybe the best known trallallero group, with an exclusive feature: laura Parodi is the one and only woman singing in a squad”) oraz myśl o tym, że kiedyś tam, polecano mi książki niejakiego Żulczyka (słownik Worda sugeruje jednak, że Kulczyka).
A i fefone pisze z rana.
O. Po drzwiach drapie kot.
Trzebaby jeszcze jedną kawę.
Całe to Trallallero rządzi bez wątpienia.
Polifonie rulz.
Oraz rulz poranne rozjechanie, zapach pomarańcz w pokoju.
Za pół godziny zadzwoni budzik, cóż za zrządzenie losu.
A teraz można już chyba zacząć tłumaczyć książkę o sztuce ciała i przeglądać stary atlas owadów, który dostałam pod choinkę od Dwóch Złotych S.` z dołożonym do zestawu gumowym żukiem typu jelonek rogacz. Albo inna adephaga.
Albo Mistrz, które jest Mistrzem? A jeżeli któreś jest, to jaki to Mistrz,
czy przypadkiem nie Mały? Bo Mały to w telewizji grał. W programie.
A programu o Uczniu nie widziałam.

W każdym razie – niech jeszcze nie staje się światłość, bo ten nietrwały światek zawieszony pomiędzy innymi, prezentuje się zgoła interesująco.

haluny i yeasayer. ////

////
Z klawiatury wypadł mi półcentymetrowy, srebrny pies.
Nie wiem skąd się tam wziął i dlaczego ma tylko dwie nogi…
Noc nie była normalna. Właściwie to nie jej było.
Od godziny 21, kiedy to podjęłam decyzję o złożeniu zwłok w łóżku, trapiły moją głowę jakieś dziwne doświadczenia, prawdopodobnie z kategorii halucynacji i powidoków.
Przypuszczam, że wszystkiemu winne są czerwone lampki choinkowe, których długi sznur zawiesiłam na karniszu, celem wprowadzenia atmosfery post-świątecznej, której deficyt dawał się trochę we znaki, w związku z pewną niechęcią do lektury świętych pism i znaków na niebie.
Zaczęło się od wizyty w Kenii. To była daleka wyprawa, w której towarzyszyłam sporej grupie ludzi. Epizod miał miejsce nocą, w namiocie. Wejścia strzegł niejaki Gzyra, 41-letni rozwiedziony ojciec. Jego pociecha razem z nim leżała przed namiotem.
Gzyra strzegł nas przed panterami. Zajmowałam miejsce na dolnej części łóżka piętrowego, tuż obok wejścia. Bałam się, więc spalam tyłem do odchylonego lekko brezentu, za którym rozpościeraly się jakieś niezdefiniowane przestrzenie. W pewnym momencie poczułam na głowie ciepły oddech. Zaczęłam drżeć ze strachu i bałam się otworzyć oczy. Po chwili oddech zniknął i kiedy, zebrawszy się na odwagę, spojrzałam za siebie, zobaczyłam Gzyrę zmagającego się z wielką czarną panterą – złapał ją pod brzuchem i wyszarpywał z namiotu. Nie rzucała się, ale patrzyła dziwnie w moim kierunku.
Kiedy już ją wygonił, coś do mnie powiedział i położył się obok swojego dziecka.
Znowu się odwróciłam i zasnęłam.
Po jakimś czasie ponownie poczułam na plecach oddech, tyle, że tym razem Gzyra nie podszedł.
Myślałam, że jeżeli uda mi się pozostać w bezruchu, zwierzak mnie oszczędzi.
Ale pierwsze przedziwnie realistyczne liźnięcie w tyl głowy wytraciło mnie zupełnie ze snu i z Kenii. Leżąc i patrząc w sufit, około godziny 2 w nocy, postanowiłam zgasić halucynogenne lampki. Nie chcialam ryzykować następnej drzemki, w trakcie której pewnie pantera schrupałaby moją głowę.
Wyjęłam lampki z kontaktu.
Przy okazji otwarłam okno.
Przejście ze światła do jego braku było zaskakujące.
Sekundę po tym, jak wróciłam do łóżka, na zewnątrz zaczęła wyć syrena alarmowa, do której dołączył się samotny psi skowyt. Obydwa te dźwięki zlały się w mrożącą krew w żyłach melodię, wybrzmiewającą chyba z 10 minut. Później pies zaczął charczeć, by w końcu zamilknąć.
Pod powiekami pojawiły się wirujące, czerwone siatki – wciąż w ruchu, przechodzące jedna w drugą, nakładające się na siebie i tak przestrzenne, że aż dotykające granic mojej głowy.
Przedziwnie jest czuć, że prostokątne przedmioty poruszające się rytmicznie wewnątrz czaszki, dotykają jej, niemal rozsadzając wnętrze. Wszystko to przebiegało oczywiście bezboleśnie i w pewnym zawieszeniu.
Kilka razy, z niewiadomych powodów, skręciło mnie ze strachu.
Z daleka, z odległości kilku kilometrów dobiegał moich uszu szum urządzenia suszącego korytarze kopalnianego szybu.
Wiedziałam co to, bo od dłuższego czasu mieszkający w jego pobliżu,
skarżą się na hałas.
Jednostajny dźwięk niepokoił. Wydawało mi się, że o framugi okna uderzają puszyste korpusy gigantycznych motyli, usiłujących dostać się do wnętrza pokoju.
Ich skrzydła szeleściły w ciemnościach.
Z szafy zwisał wąż, którego ciemny kontur wyraźnie odznaczał się na tle jasnych plam światła, dostającego się do pokoju z ulicy.
Nagle rozległ się przejmujący krzyk.
Chyba na dworze.
A później cisza tak wielka, że słychać było skrzypienie śniegu.
Odwróciłam się do ściany i usiłowałam zasnąć, ale serce bilo mi z niesamowitą szybkością. Poczułam przejmującą samotność. A potem już pojawił się dziwny głód, który często atakuje mnie tuż po przebudzeniu.
I poszatkowana noc zaczęła powoli zamieniać się w dzień.
////

czwartek, grudnia 25