poniedziałek, lutego 9

mini

Śmiejąc się, usiłuje wargami zbierać to, co pozostało z wycieczki. Chyba nie ma rąk, bo po co komu ręce, kiedy ma się wargi i słońce do dyspozycji. Mówią, że to maliny, to, co pęka na powierzchni i spływa po skórze słodkim strumykiem, zaznaczając nikomu wcześniej nieznane linie horyzontu. I zachodzi miękkimi, włochatymi sercami za paznokcie, które jednak, pomimo nieobecnych chwilowo rąk, nagle pojawiają się w tej ciasnej przestrzeni i trą zapamiętale o siebie nawzajem i zdrapują, krusząc, zaschnięte strużki soku i zapachu.

Śmiejąc się, przeciera oczy, bo nie do końca wierzy temu, co jawi się przed nimi i czuje gdzieś wewnątrz głowy cienką, linię, tekstylny ściągacz, utrzymujący to jeszcze w mocnym uścisku. Ściągacz ściągający wszystko w tą jedną, ograniczoną sferę, przyciasny zagon pomiędzy dwoma wargami a światem. Wysterylizowane wiązki wulgaryzmów przecinają cienką scenerię tego mistycznego white cube`u, pociągniętego solidną warstwą Śnieżki.

Śmiejąc się, odciska wargi na ścianie i staje się własnym, Tuxe-Demonicznym odzwierciedleniem, majaczącym pomiędzy odciskami dłoni, czterech dłoni, zamieszanych w ten apel. Odciska wargi na ścianie, manipuluje nimi tak, jak rękami, bo wie, że ręce często odpadają z gry w najmniej spodziewanych momentach a przecież wszystko toczy się dalej i stawka już w obiegu, więc odsunąć nie można się ot tak i zawiesić. Mówi, że wargi są potrzebne i wtyka je w oczy liter uprawiając politykę śmiesznego ryjka.

Śmiejąc się, wyobraża sobie ten pokój, zupełnie taki sam, jak dotychczas. Może nieco lepiej uzbrojony. Może także swoje skręcone, radosne xy, spiralę, chromosom i zapach. Słyszy inne śmiechy. Lód, piasek, popiół. Wszystko sypie się z góry w amputowane przestrzenie. Dyszą planety. Liście tratują ziemię. Kładzie się cień.

cienność

Organizer się gdzieś zgubił. Nie chciałam tutaj robić bałaganu, wyszło mimowolnie, losowo, z minuty na minutę. Niebieskie okładki rozpłynęły się w oczach, strony, jedna po drugiej, spadły ze stołu wprost pod linoleum. Dywanów przecież tutaj nie znosimy. O 3 nad ranem do drzwi mojego pokoju zastukała ciemnowłosa dziewczynka z dwoma butelkami wody w rękach. Wyglądała niezdrowo, spoglądając z sennym uśmiechem spod opuchniętych powiek, do wnętrza mojej pieczary, lekko osmalonej dymem spalających się podgrzewaczy. Załóż kapcie, Mała, głos z pogranicza snu i bezsenności, mój własny, przytłumiony bagażem przesiedzianych i przebytych godzin, głos, rozległ się. Dobrze, odpowiedziała. Poszła spać, bardzo przeziębiona i rozgorączkowana. I powiedziałbyś, że i na mnie przyszła wtedy pora, skoro już anioły odzywają się na jawie i we śnie, kiedy dotknięte grypą anioły przysuwają się na niebezpieczną odległość w rzeczywistości. Ale sny tej nocy, zagięły się na ostrym kancie. Drewniane wnętrzności, powiedziałby ktoś niespełna rozumu, obserwując, jak wiją się wewnątrz i krzyczą, niezależnie od ruchu i bezruchu, zdeterminowane i pełne ciemnej energii. O 7 rano ocknąwszy się na podłodze w łazience, z nogami opartymi o ścianę i nadzieją, że spływająca w dół krew, pomoże mięśniom powstrzymać skurcze. Przylegając ciasno do lodowatych kafelek i z ulgą chłonąc ich temperaturę. Nie będąc w stanie myśleć, męcząc się na samo wspomnienie drogi do kuchni, wieki stąd, wieki stąd, tabletki przeciwbólowe schowane w niebieskim koszyczku na stole. Wieki stąd woda. Straszne pragnienie i straszny strach przed kranem. Nagłe wizje tabunów małych ruchliwych roztoczy wpływających do żołądka razem w łykiem kranówy. Więc jednak nie. Pragnienie. Idiotyczna nierzeczywistość, niemal sto lat samotności, szelest białych prześcieradeł na głową. A może nad brakiem głowy, bo wszelka czułość i neuroza przeniosła się niespodziewanie gdzie indziej, w dolne rejestry.
Trudno zastanawiać się w takich chwilach nad rolą neurozy w życiu organicznym, więc zawiesiłam się na cały czas klęczenia i przysiadania i w strugach zimnego powietrza ziębiłam cały ten układ do czasu kiedy niepostrzeżenie znalazłam się znowu w łóżku i zapadłam w sen.

poniedziałek, stycznia 19

/////////////////////////////////

Okej. Nie napiszę tutaj nic, dopóki nie zrobię typografii, taki jest deal
ze światem przestępczym - towar albo życie, przyjemności później. Żaloba narodowa.
Amen i rysowanie.
/////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

wtorek, stycznia 13

przecinek.


kawa. indesign. kawa. illustrator. kawa. kawa. kawa uczelnia. kawa. sesja? kawa.
indesign indesign indesign. illustrator. i nawet bankomat nie wyplacil mi pieniędzy.
choć znalazlam damskie buty na swój rozmiar. i...llustrator. a w na uczelni kawa.
kluszczyński się sączy. i dźwięk. i kawa. kawa. rumianek. filmokręcenie. kręcenie.
indesign. zima. zima. pociąg. kawa. drezyna. ciemność i... ndesign. och. ach. och.
pisać chce się, nie wolno. jak wyznawcom zen-haiku. och. ach. wiosna ma się ku.

piątek, stycznia 9

wtorek, stycznia 6

mack the knife, supported by google

/////
Och, rekina jest dość drogim zębów
Em a on pokazuje, biały perłowy
Just a jack nóż ma macheath drodzy
On i ona trzyma sposób Out of Sight

Przy Rekin ugryzienia, że z jego zębów, drodzy
Scarlet billows zacząć szerzyć
Fancy rękawice choć ma macheath drodzy
Theres tak nigdy, nigdy śladu czerwonych

Na chodniku, jeden niedzielny poranek
Leży ciało, oozin życia
Someones sneaking za rogiem
Że ktoś może być Mack the Knife

Z holownik, na rzece będzie powolny
A worek cementu spada na dół
Wiesz, że jest cement dla wagi drodzy
Można tego dokonać za duży zakład mackies z powrotem w mieście

Mój mężczyzna Louis Miller, on podzielony na scenie babe
Po rysunek przedstawia wszystkie chleb z jego źródła
Macheath teraz wydaje się jak marynarz
Czy nasze przypuszczenia, chłopiec, hes zrobić coś wysypka

Old satchmo, louis armstrong, bobby darrin Stare satchmo,
Did this song nice, lady ella too Did this song nice, pani za nią
Oni wszyscy śpiewali go, ze tak bardzo czuły
Błękitne oczy, że stary, nie ma on zamiar dodać nic nowego

Ale z tym duży zespół, skacze za mną
twarde, gniazda, a teraz ja mogę stracić cant
Kiedy mówię wam, o Mack the Knife babe
Swoją ofertę, nie można odmówić

Mamy Patrick Williams, Bill Miller, że gra fortepian
I to wielkie big band, wychowywanie tyłu
Wszystkie pasma kotów, w tym paśmie teraz
One w największym stopniu dźwięków, coraz youre gonna hear

O sookie taudry, Jenny nurka, Polly peachum, stare miss simone brązowy

Hej linii formy, po prawej drodzy
Teraz, macheaths z powrotem w mieście
lepiej blokuj ± drzwi i zadzwonić do prawa
Ponieważ macheaths z powrotem w mieście
/////

mhm.




What conclusion can we draw?
To invite the gods ruins our relationship with them
but sets history in motion.
A life in which the gods are not invited isn't worth living.
It will be quieter, but there won't be any stories.
And you could suppose that these dangerous invitations
were in fact contrived by the gods themselves,
because the gods get bored with men who have no stories.

- Roberto Calasso, The Marriage of Cadmus and Harmony



niedziela, stycznia 4

////he.



Genialna ścieżka dźwiękowa, genialna recytacja, genialny wiersz,
wspaniala jakość oraz wysmakowane kadrowanie.
tak!
(Tak to wygląda w praktyce).
Może za 30 lat będziemy mieli ludzi, którzy zrobią to za nas,
wspaniale, genialnie i będziemy siedzieli w fotelu i dyrygowali.
Ale może nie dożyjemy.
A wtedy zostanie po nas taka notatka dźwiękowa.
I wszystko jasne.

//omatkomatkotko.

The more we get used to being killed, the better we like it.
- Private Wilbur Fisk of Vermont


-To wyobraźnia jest armią. Jeżeli interesuje cię cokolwiek, interesuje cię wyobraźnia. Myśląc imaginujesz, to właśnie ten zajebisty myk, który zrównuje nas wszystkich. Umiejętność wejścia w stan wskazujący na życie i trwania w nim do porzygania. Jesteś częścią tego świata, ale zarazem przychodzisz spoza, masz pełne prawo patrzeć na to wszystko, czym jesteś otoczony, jak na absurdalną bajkę o chodzącym mięsie, o władzy zimy na światem, jak na historię zupełnie niezgodną ze scenariuszem, jaki sobie obmyśliłeś. Kwestią twoich wyborów jest sposób, w jaki przewrócisz się za chwilę w zimny puch. Bo jesteś wcięty, mocno wcięty.
I co najlepsze, wcinając się w ten sposób, w tych okolicznościach przyrody, masz rację. Masz swoją niezbywalną rację, nawet, jeżeli jest ona niezgodna z jakąkolwiek inną i wypchnie cię poza nawias. Niekoniecznie posiądziesz prawo realizacji, ale sama racja to już coś. Zawsze jest jakiś minimalny wybór, nawet, kiedy zamknęli cię gdzieś, gdzie nie ma klamek, zawsze masz swoją armię…!

Słowotok ukróciło chlupnięcie. Na gaciach koleżki wyładowały równomierne ciemne plamy wody, wprost z kałuży. Przeczuwałam, co stanie się za chwilę. Postanowiłam wyjść temu naprzeciw, nie poddając się. Upadlam twarzą w śnieg. Świetna zabawa, poza tą mokrą kałużą, której zawartość wyładowała na khakiheavytrousersach mądrali, dokoła wszędzie było czysto; czyste były te białe placki na trawnikach i chodnikach. Główki krawężników wychylały się nieśmiało spod zwałów bieli, kosze na śmieci choć raz nie śmierdziały, nakryte zmrożonymi czapami. Brakowało tylko lampek choinkowych, palemek na tego siksszotera, żeby świat zaczął błyskać wszystkimi kolorami i wlewać się nam w usta, jak strumienie sypiących się z góry śnieżynek. Nikt tego nie stylizował, kurwa. Wszyscy ulegali miękkości i ciemności, uciekali przed nią do swoich nor, ale ulegali, choć na sekundę, nawet, kiedy wręcz nie znosili mrozu i monochromatycznych pejzaży, które zmuszeni byli przemierzać.
Musiałam mu przerwać. Cegły na przeciwległej ścianie zlewały się w czerwonawą masę i ściekały na chodnik. Za moimi plecami przechodzili ludzie, chyba uciekający przed powoli spowijającą świat totalną ciemnością kolaborującą z totalnym wychłodzeniem organizmu
-Rozumiesz, Szop siedzi w domu i onanizuje się przed jakąś stroną WWW, może nawet jest to strona programu telewizyjnego ,,Mango Gdynia”. Na karku ma wytatuowany napis ,,Forever” i czuje się już prawie, jak jakiś Brytyjczyk, w trampkach znanej firmy Converse i koszulce zespołu Armia, czy może nawet Defekt Mózgó, znalezionej w jakimś pokątnym lumpeksie i zakupionej za trzy złote, pomiędzy jednym wyjściem z domu a wejściem do świata. Na ścianie napisał, że ,,God Save The Queen” i powoli wtapia się w martwe lata 70. On siedzi tam i jest zupełnie sam. Rozumiesz, z zaświatów pisze mi esemesy. Ja też pisałabym esemesy do niego, ale nie potrafię się zdobyć na to ostateczne naciśnięcie na klawisza ze strzałką i ofiarowanie się przypadkowi i przeznaczeniu i odpisanie, że nie, bynajmniej nie mam teraz przyjemności przyglądać się monitorowi. Stoję na mrozie i słucham, jak jakiś kolega opowiada o swoich armiach. Moich, naszych. Jak napawa się tą światłością, jaka zstąpiła na niego z nieba, wraz z tą wspaniałą świadomością.

- Kiedy wszystko zostanie skończone, poranki zyskają ten smutny odcień dokonania.

Spojrzał melancholijnie w czeluście swojej torby na ramię. Torby LondonParisMiami
- Ja też się czuję zobowiązany do ubierania się, jak wy, bo to naprawdę fajna sprawa, naprawdę mnie to szalenie pociąga. Chcę słuchać jak szumi wam w głowach zielsko i patrzeć na strumienie bełtów pomiędzy jednym pociągnięciem a drugim. I na te fotografie w stylu Nan Goldin. Dzisiaj wszyscy nią jesteśmy. Nikt się nie obawia konsekwencji. Nadzy na jednym, drugim, trzecim fotosie, w gazetach, dla takich jak my, do głębi egzystencjalni, znudzeni wyświechtanymi frazesami z reklam i Pism Św. Kiedy jestem sam, gram w pasjansa na swoim wypasionym ajmakuproczterytysiącepięćset. I piję mleko. To właśnie lubię.

Ekran komórki zajarzył się niezdrowo. Wiadomość była jedna, do kości zimna, wiadomość wprost z piekła wszystkiego, co związane z lodem, z lodla, możnaby powiedzieć.
A może nie, po prostu stało się to zaraz po wyjściu z założenia. Bo założenia są niedobre.
Wszystko, co na siebie dotąd zakładałam okazywało się uwierać i utrudniać ruchy.
Ściągaj, powinnam była poprosić. Ale nie zdejmiesz. A ja nie założę.
-------------------
Kotka sprawdza pokój. Uważnie obwąchuje nowo odsłonięte połacie ziemi, na których dotychczas stały szafy. Ona wie, my wiemy. Ślady bytowania myszy stanowiły najlepsze dowody na jej obecność w tej okolicy, chyba nie tak dawno. Kotka sprawdza dalej – jakaś chusta wydobyta z dna szafy przyciąga jej uwagę na dłużej. Kto wie, jak pachnie.
Jakie obrazy przywołać może taki głęboki niuch małego, czarnego noska.
Ściany tutaj są trochę inne, cieplejsze, milsze oku, jakby mniej naruszone.
Porównując je z odkrytymi rano ścianami mojego poprzedniego pokoju, zaczynam zdawać sobie sprawę z ekspansji. Ze zdartego, zachlapanego tynku i zielonych śladów na lampie. Śladów eksplozji.

__

piątek, stycznia 2

////////colour me kubrick///////////////////////////////////////////////


///////////////////////////////////////////////////////


///////////////////////////////////////////////////////

BILL VIOLA-ETERNITY
///////////////////////////////////////////////////////

///////////////////////////////////////////////////////

///////////////////////////////////////////////////////

czwartek, stycznia 1

////

//////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////
Profil-nekrofil, z samego dna aksamitu, powinno być unofficial, ale
jako, że słyszałam, że zapominamy o naszych świątobliwych postanowieniach
już około tygodnia po ich powzięciu, trochę wybebeszę.

Moja Ulubienica pisze o tym, co osiągnęła; moje najbardziej
spektakularne ,,ach" wiązało się z czerwcem roku przeszłego i przeniosło
mnie na inny szczebel drabiny edukacji.
Podróże i lektury dopisywały.
Waga się utrzymywała.
Poznano ludzi.
Tracono ludzi.
Ale wchodzono w interakcje.
Dowiedziano się, co to ISO i jak złożyć tekst.
Poznano masę wspanialej muzyki i filmów.
Jodorovsky był.
Dzieci nie.
I się na wykładach rozbestwiło wreszcie, na co się czekało cały rok zeszły akademicki
ciułając na czerwiec.
Konferencje, śmęcje.
Się koło kręcić zaczęło.
I się. No.
////////
Zatem się czuję (w pewnych kwestiach) usatysfakcjonowana,
życząc sobie
(i tym, którzy życzą sobie tego samego):
////////
-zrozumienia&porozumienia
-sesji jak należy odprawionej
-jasności umysłu
-więcej muzyki na żywo
-wycieczek [Rumunii ;)]
-fLASH it baby FlaSH&Illustrator that by the InDesign
-Ciało sztuki/Sztuka ciała, opracowanie merytoryczne
-opowiadanie z gatunku dłuższych
-,,Transgresji" pod redakcją Marii Janion
-koloru czerwonego i krwawego jako obiektu i abiektu analizy
-niejednego Foucault
-komputera czyszczenia (a możnaby tak wreszcie pojąć o co chodzi w formatowaniu...?)
-i aby spojrzeć krytycznie na stopień rozciągnięcia ścięgien i mięśni
-i żeby spojrzeć krytycznie na kolor brzoskwiniowy
-by nabyć kabel
-aby nabyć skład
-i odważyć się (nieraz)
-nagrać, zagrać i być
-potrafić się wysłowić, ech – że wyrazić potrafić się i dogadać,
bo często to nie i już
-fajkę wiśniową zapalić
-trampkom udziału w życiu nie odmówić i pod dach je przygarnąć
-pięknej cery, poezji i wojen
-siły, rozrachunku i wiary
-i żeby każda Babcia, a w szczególności moja, dostala plazmę na Babci Dzień
-i szczęścia Im, Wam, Tym i Tamtym

A tak w istocie to:
-byle doczekać wiosny…,
bo jeśli nie, to nie wiem.

środa, grudnia 31

///d j c i m



Opowiada się tu nie o przygodzie, lecz o zdarzeniach [incidents]. Trzeba to słowo brać w tak niepozornym i tak wstydliwym znaczeniu, jak to tylko możliwe. Zdarzenie dużo słabsze od wydarzenia (choć być może dużo bardziej niepokojące), to po prostu to, co jak liść łagodnie upada na kobierzec życia; to lekka, ulotna fałdka dołożona do tkaniny życia;
to, co z ledwością można zauważyć: swego rodzaju zerowy stopień zapisu, to tylko, co potrzebne jest, by cokolwiek napisać [II 1403].

(Roland Barthes, Esej o Pierre Lotim)


Dwie doby zupełnie lewych snów.
Z całą pewnością zaburzone relacje pomiędzy signifiant a signifié, ale co poradzisz,
skoro takie to jest i już.
Dni były interesująco zespolone – noc nakładała się na świt, świt zaś, który zastawał nas nad cukierkami i szklankami, zamieniał się niespodziewanie w wieczór, by w okolicach godziny 11 rano wzejść ponownie i postawić na nogi zdezorientowane gadające głowy dziewcząt,
wybierających się właśnie na zewnątrz, z parą czerwonych butów i podziurawionym kubkiem.

W poniedziałek o godzinie 10, w cafe Barcelona przy rynku, czas pierdoli się z sensem. Przebyta droga szepcze jeszcze cicho w lekko odmrożonych udach i słychać lekkie skrzypienie grzejącej się krwi. Grusze i śliwy - taki to prezent ofiarowała nam zima.

Zastanawiam się tam nad pierwszym nieco dłuższym niż dotychczasowe, pismem, jakimiś kilkoma kartkami, oczekującymi na zapisanie. Podziwiamy paskudne obrazy imitujące afrykańską sztukę regionalną w najgorszy z możliwych sposobów.
W bulce jest mozarella, na spodeczku mały, czekoladowy cukierek.
Skóra na dłoniach i stopach doskonale spierzchnięta, od zimna i podeszew butów.
Język szorstki od słów.

Gdyby nie pozwolono na tą rotację, bezwzględnie bym zwariowała ze szczęścia w nieszczęściu, czytając bez przerwy i żarłocznie piękne książki, wprowadzające mętlik i dezorientację. Gdyby nie było tych miejsc, do których można się udać, usiąść na cudzym fotelu w cudzym mieszkaniu i czuć się podejmowanym, zdystansowanym i oddalonym od wszelkiej zobowiązaności na odległość twarzy i garnka z grzańcem, wszystkie animacje i realizacje byłyby już gotowe a duch w akcie rozpaczy, położyłby się na wycieraczce i odmówił posłuszeństwa.

Dobrze jest chcieć i móc zrobić piknik na podłodze z klepek i patrzeć
z naprzeciwka, jak nadjeżdżają kolejne pociągi i przenikają, nie czyniąc
nikomu krzywdy, głowy i włosy, półklęczących istot, pochylonych nad wspomnieniami.

Dobrze jest chcieć i móc.
Wejść potem do jaskini i nie wychodzić przez długi czas,
nie ze strachu przed niedźwiedziami a raczej czystej(?) chęci
posmakowania skał i kropel.

Blablebleblable.

Perdtion city on ya way.



(Araki Nobuyoshi)

piątek, grudnia 26

de las manos

Minęło trochę czasu. Dziwne są te endorfinowe uśmieszki po szatkowaniu nocy.
Trzy pomarańcze, kawa i słoweńsko-włoskie folkmjuziki.
Za oknem ciągle ciemno, może to i dobrze – można sobie wyobrażać wszystkie miasta, które mogłyby się tam znaleźć (znajdowały się i znajdą).
Rumunie, taa, Rumunie, Ludwiko.
Kiedy się przejaśni i będzie można wyjść (bo po ciemku, o poranku wędrówki nie wydają się być niczym szczególnie wartym uwagi, szczególnie kiedy się siedzi w ciepłym pokoju, w czasie post-apokaliptycznym, z niewiadomym miastem z oknem).
W progresie jeszcze jakieś domowe nagrania Gruppo Spontaneo Trallallero (,,Maybe the best known trallallero group, with an exclusive feature: laura Parodi is the one and only woman singing in a squad”) oraz myśl o tym, że kiedyś tam, polecano mi książki niejakiego Żulczyka (słownik Worda sugeruje jednak, że Kulczyka).
A i fefone pisze z rana.
O. Po drzwiach drapie kot.
Trzebaby jeszcze jedną kawę.
Całe to Trallallero rządzi bez wątpienia.
Polifonie rulz.
Oraz rulz poranne rozjechanie, zapach pomarańcz w pokoju.
Za pół godziny zadzwoni budzik, cóż za zrządzenie losu.
A teraz można już chyba zacząć tłumaczyć książkę o sztuce ciała i przeglądać stary atlas owadów, który dostałam pod choinkę od Dwóch Złotych S.` z dołożonym do zestawu gumowym żukiem typu jelonek rogacz. Albo inna adephaga.
Albo Mistrz, które jest Mistrzem? A jeżeli któreś jest, to jaki to Mistrz,
czy przypadkiem nie Mały? Bo Mały to w telewizji grał. W programie.
A programu o Uczniu nie widziałam.

W każdym razie – niech jeszcze nie staje się światłość, bo ten nietrwały światek zawieszony pomiędzy innymi, prezentuje się zgoła interesująco.

haluny i yeasayer. ////

////
Z klawiatury wypadł mi półcentymetrowy, srebrny pies.
Nie wiem skąd się tam wziął i dlaczego ma tylko dwie nogi…
Noc nie była normalna. Właściwie to nie jej było.
Od godziny 21, kiedy to podjęłam decyzję o złożeniu zwłok w łóżku, trapiły moją głowę jakieś dziwne doświadczenia, prawdopodobnie z kategorii halucynacji i powidoków.
Przypuszczam, że wszystkiemu winne są czerwone lampki choinkowe, których długi sznur zawiesiłam na karniszu, celem wprowadzenia atmosfery post-świątecznej, której deficyt dawał się trochę we znaki, w związku z pewną niechęcią do lektury świętych pism i znaków na niebie.
Zaczęło się od wizyty w Kenii. To była daleka wyprawa, w której towarzyszyłam sporej grupie ludzi. Epizod miał miejsce nocą, w namiocie. Wejścia strzegł niejaki Gzyra, 41-letni rozwiedziony ojciec. Jego pociecha razem z nim leżała przed namiotem.
Gzyra strzegł nas przed panterami. Zajmowałam miejsce na dolnej części łóżka piętrowego, tuż obok wejścia. Bałam się, więc spalam tyłem do odchylonego lekko brezentu, za którym rozpościeraly się jakieś niezdefiniowane przestrzenie. W pewnym momencie poczułam na głowie ciepły oddech. Zaczęłam drżeć ze strachu i bałam się otworzyć oczy. Po chwili oddech zniknął i kiedy, zebrawszy się na odwagę, spojrzałam za siebie, zobaczyłam Gzyrę zmagającego się z wielką czarną panterą – złapał ją pod brzuchem i wyszarpywał z namiotu. Nie rzucała się, ale patrzyła dziwnie w moim kierunku.
Kiedy już ją wygonił, coś do mnie powiedział i położył się obok swojego dziecka.
Znowu się odwróciłam i zasnęłam.
Po jakimś czasie ponownie poczułam na plecach oddech, tyle, że tym razem Gzyra nie podszedł.
Myślałam, że jeżeli uda mi się pozostać w bezruchu, zwierzak mnie oszczędzi.
Ale pierwsze przedziwnie realistyczne liźnięcie w tyl głowy wytraciło mnie zupełnie ze snu i z Kenii. Leżąc i patrząc w sufit, około godziny 2 w nocy, postanowiłam zgasić halucynogenne lampki. Nie chcialam ryzykować następnej drzemki, w trakcie której pewnie pantera schrupałaby moją głowę.
Wyjęłam lampki z kontaktu.
Przy okazji otwarłam okno.
Przejście ze światła do jego braku było zaskakujące.
Sekundę po tym, jak wróciłam do łóżka, na zewnątrz zaczęła wyć syrena alarmowa, do której dołączył się samotny psi skowyt. Obydwa te dźwięki zlały się w mrożącą krew w żyłach melodię, wybrzmiewającą chyba z 10 minut. Później pies zaczął charczeć, by w końcu zamilknąć.
Pod powiekami pojawiły się wirujące, czerwone siatki – wciąż w ruchu, przechodzące jedna w drugą, nakładające się na siebie i tak przestrzenne, że aż dotykające granic mojej głowy.
Przedziwnie jest czuć, że prostokątne przedmioty poruszające się rytmicznie wewnątrz czaszki, dotykają jej, niemal rozsadzając wnętrze. Wszystko to przebiegało oczywiście bezboleśnie i w pewnym zawieszeniu.
Kilka razy, z niewiadomych powodów, skręciło mnie ze strachu.
Z daleka, z odległości kilku kilometrów dobiegał moich uszu szum urządzenia suszącego korytarze kopalnianego szybu.
Wiedziałam co to, bo od dłuższego czasu mieszkający w jego pobliżu,
skarżą się na hałas.
Jednostajny dźwięk niepokoił. Wydawało mi się, że o framugi okna uderzają puszyste korpusy gigantycznych motyli, usiłujących dostać się do wnętrza pokoju.
Ich skrzydła szeleściły w ciemnościach.
Z szafy zwisał wąż, którego ciemny kontur wyraźnie odznaczał się na tle jasnych plam światła, dostającego się do pokoju z ulicy.
Nagle rozległ się przejmujący krzyk.
Chyba na dworze.
A później cisza tak wielka, że słychać było skrzypienie śniegu.
Odwróciłam się do ściany i usiłowałam zasnąć, ale serce bilo mi z niesamowitą szybkością. Poczułam przejmującą samotność. A potem już pojawił się dziwny głód, który często atakuje mnie tuż po przebudzeniu.
I poszatkowana noc zaczęła powoli zamieniać się w dzień.
////

czwartek, grudnia 25

pocztówka otrzymana ;]]



(...)

///

///
Jak trudno się nie rozstępować. Nawet w grobie.
Dziękować.
Widzieć, jak chodzą po ciele robaki i zarazem ciała nie czuć.
Tylko perły połykać, jedna za drugą i trochę dławić się.
Ale nie przestawać.

Te słowa na ,,s”, mam gdzieś.
Nikt nie wierzy, że to nie powiastka o artefakcie?
Że to pojmowanie świata nie jest metodą interpretacji.
A. Odczuwaniem.
Że choć nikt nie ma potrzeby - jednak wszyscy robią.
Że nie zimę teraz mamy, ale ciągle wiosnę, zupełnie nie tegoroczną,
mamy kurtkę rozłożoną na ziemi, ciasne siedzenie w autobusie, nieznany kierunek i linii numer, po raz pierwszy.
I jazdę obcym samochodem.
Po śnieg pamięcią nie sięgać. Nie wiedzieć, czy był.

Bać się wtedy nie powinno.
Nieczytelne rejestracje nie świadczą o winie.
Wino świadczy samo o sobie.
Msza tylko dla Paryża.

Te słowa na ,,s”, mam gdzieś, nawet, jeśli teraz kłamię.

Był taki trup, który myślał, że zmartwychwstanie.
Ale rozumiesz, wstał tylko i otrzepał spodnie.
I stoi w drzwiach, patrzy. Jak zwierzę puchem obrasta.
Po grzbiecie się smaga kwiatkiem.

Jak zwierzę, instynktownie zionie ogniem i zniknie.
Ale póki co, wciąż jest ta wiosna. Konkretna wiosna.
Nieskończony wstrząs.

środa, grudnia 24

///

////

O życia radości, czyli dlaczego jakoś tam nie istnieję.

-----

Na wstępie przepiję do BoguPstrąga. Prysznic nie jest narzędziem tortur egzystencjalnych.
To miejsce metafizyczne. Tam odzyskać można swoje utracone duchowe dziecięctwo.
Na pięć sekund zatonąć w bryzgach z rury i zapomnieć się zupełnie.
I wyjść z nicości i pustki w wodę i światło.
Ja tak mam, proszę Pana.
I by było wszystko w zupełnym porządku, gdyby nie pewien drobny lapsus-lazuli.

Bo byli proszę ja Państwa różni tacy przed nami i ja ich czytam, w lekturze tej znajdując potężne pokłady przyjemności (ppp). I byli oni, jeden za drugim, czytani przeze mnie i wielbieni przeze mnie za inne dokonania z wszechdziedzin.
I to co łączyło moich bożków, toto, że niemal jeden za drugim, skurwysyni, byli mężczyznami, czego bynajmniej nie mam im za złe.
Ja, proszę Państwa, jak dotąd nie miałam w tym problemów, gdyż płeć nieważną była w obliczu powszechnej dobroci, jaką mnie obdarzali za pomocą wytworów swoich umysłów i dłoni.
I byłoby tak pewnie po dzień dzisiejszy, proszę ja Was serdecznie, gdyby nie przekręt, który miejsce znalazł niespodziewanie w jakiejś luce, w jakimś drobnym zamyśleniu, nad którąś z tych złotych legend, które wyrzucili na lady w bibliotekach, żeby przetrzebiały moje i tak już nieco wyleniałe myśli.
I ja pomyślałam sobie nagle, że Józio Czapski pisząc o buncie kapistów przeciwko modernistom, o tym ostentacyjnym chadzaniu na siłownię i promowaniu zdrowego trybu życia, na pohybel długowłosym chłopakom w pelerynach, nie pisze o mnie.
I to nie o mnie myśli Bunuel, kiedy jednym tchem wymienia wszystkich swoich wielkich przyjaciół z paryskiego bunkra sztuki, poetów, malarzy, zawalidrogów, zbawicieli świata.
I nie ma dla mnie miejsca w pasjonującej platońskiej ,,Uczcie”, przy stole dla pederastów i myślicieli.
I nie dla mnie jest ta wystawa o 68` w Sztuki Rondzie – Asgera Jorna i Jean Dubuffeta, gęsto owłosionych braci w sytuacjoniźmie, nagrywających radosne kakofonie na cztery kopyta.
I że Nam June Paik, pierwszy pan od video, odkrywa nowe wymiary, w których brak duszy mojej, jest tylko kawałek wesołego cycka, pod postacią tej ślicznej pani przygrywającej mu na wiolonczeli do TV-kotleta.

Oj, powiecie Państwo, na darmo się skarżysz, jest w świecie więcej Twojego ciała, niż Ci się wydaje, te różne Panie, co rozbierają się i krzyczą – to Ty w nich krzyczysz i siadasz na stosie kości razem z Mariną Abramović i ślizgasz gwoździem po zdjęciach ze swoją i zarazem Natalii LL podstarzałą podobizną i szukasz w królowej Zofii Kulik osobistej potęgi postawy, tej estetycznej pompy, z którą tronuje na zdjęciach i patrzy wprost w Ciebie wiedząc, że w niej jesteś. I o co Ci chodzi, pyta Państwo, no, o co Ci chodzi.
A więc chodzi mi o to, że u Williama mojego Faulknera, w historii jakiejś ślicznej, młodej, pięknej, głównym motywem jest gwałt. I jeżeli już pojawiła się u niego ta dziewczyna, i jeżeli już myśli momentami trzeźwo i genialnie – to musiał być jakiś gwałt, żeby mogła przemówić.
Żeby mogła zaistnieć w opowieści i odegrać historię. A więc Dewey Dell – As I lay dying, Temple Drake, Sanctuary, Requiem for a Nun. Obydwie, raz, dwa.
I co powiesz? Że Staś musiał ratować Nell a Kmicic porwać Oleńkę.
Gdyby nie Dzieci z Bullerbyn, Pippi Langstrumpf i Ania z Zielonego Wzgórza i Sara z Avonlea. Ach no.
Ale ja i tak bardziej lubiłam Tomka Wilmowskiego.
Ale mogę być ewentualnie Sally Allan, przyszłą żoną.

Nie, nie moim ukochanym bosmanem Nowickim. Nie mogę przelecieć żony człowieka, u którego zasypiam po wyczerpującej ucieczce przed pościgiem, nie mogę być niemieckim szpiegiem, wargami powodującym, że Pani domu słyszy anielskie chóry i na chwilę wychodzi ze swojego matczynego pancerza, wprost z objęcia spoconego kolesia z kilkudniowym zarostem, ps. Igła.
I dlaczego, do diabla, utożsamiam się z tym nierealnym gliniarzem Eberhardem Mockiem?

To jest żal, żal peel, jak mawia moja Cudowna Siostra.
Ktoś pewnie mógłby to skojarzyć z nadwyżką testosteronu, może i tak. Z rozdwojeniem jaźni, może i tak. Być może jakieś Gendery, szmery, bajery.

Ale ja jestem szczerze zaniepokojona, że to Coil i Ulver i różne tam inne, nagrywają muzykę, w której jest miejsce dla mnie, choć mnie samej w niej nie ma. I że kompozytorzy, dlaczego właśnie – kompozytorzy? Dlaczego mnie nie ma w tej dziejowej historii, poza jakimiś marginaliami – ewenementami genialnych interpretatorek i wybitnych kompozytorek, których oczywiście nie znam, bo skąd mam znać. Znam tylko ich.
A one ich śpiewają. Grają. One się zgadzają. I nie ma mnie w tych pięknych myślach, pięknych dźwiękach płynących z delikatnych krtani (ach Luis, dlaczego tak nie lubiłeś Gali, że aż musiałeś rzucić jej się do gardła, gdzieś na kamienistej plaży?).
I ta, Sarah Kane. I ta Sylvia Plath. Maria Konopnicka i Gabriela Zapolska.
Aż mnie składa na sen, kiedy myślę sobie, że wbrew ich bólom, zdradzam bez wahania te kobiece wrzaski i sięgam po nich. A oni są we mnie, choć mnie w nich nie ma.

Nie ma mnie w Tobie Dali Witkacy Flaubercie Herbercie.
Wy nie krwawicie, nie dla mnie więc robicie – a tylko dla siebie i wszystko wam jedno, kto odbierał będzie te zapisane białości, przyswajał i analizował.
I utożsamiaj się tutaj. I wczuwaj się. I pod prysznicem nie myśl o pustce i skończoności
i psim tym mroku, zasnuwającym wszechświat.

Nie ma cię w świecie. Może jakiś świat jest w tobie, ale to i tak wcale niepewna sprawa, choć czujesz, kiedy przełykasz, że jakieś tabasco pali ci przełyk i wydaje ci się, że ten, na kogo patrzysz oczyma swojej duszy, jest tym, kogo dotykasz. A potem patrzysz w lustro i dostrzegasz ten blady ogień w kąciku ust i przekreśloną latarnię i wiesz, że teraz, nawet choćbyś poszła szukać szkiełka na ulicy, nikt by nie podszedł.
I że nie twoje są te minotaury gwałcące dziewice, ani ty nimi nie jesteś, bo los dal Ci niestety ciemne miejsce gwałconej dziewicy i jedyne, co możesz, to zaakceptować to lub stać się psychicznym degeneratem, pozbawionym pięknej powłoki oraz istotnego szczegółu gdzieś w lędźwiach.

I nawet to jutrzejsze święto – jest świętem wszystkich artystów od stworzenia świata – czyli boga, ducha i syna – czyli trzech mężczyzn składających się na wielkie oko, w którego źrenicy nie ma mojej myśli.
Jedyna rola, która została w tym przedstawieniu, to rola naczynia.
Filtrokarmicielki, która przechowa i ogrzeje a później wyda.
Rola depozytu, w który przelano światło.
I powinnam się cieszyć, że choć to.
Ale mnie tam nie było i to nie u mnie zatrzymano na miejscu błonę i krwawienia i to nie mnie odmówiono przyjemności poczynania.
A panny roztropne i głupie były pewno przebranymi transwestytami.

Na dworze palą się choinki (sięjarzą), psy wyją, radość wielka, pierniki – a tutaj nie potrafi się piec, nie potrafi się gotować. Się nie pierze jeszcze. Naczynie próżne piastuje. Się używa środków chłonących krew, do majtek przyklejanych klejem do papieru.
Leży trzy godziny i wciąż nie wierzy w to, że się nie zaistniało.

Oni tam gdzieś mówią, że płeć nie gra roli i ponad nią jest duch jakiś sponad wód, a ducha płeć rolę gra niezależnie od roli ciała i wódki. Skąd, więc to łuszczenie się słodkiej jaźni? Skąd poczucie bycia zdradzonym przez własne istnienie? Skąd dwa sumienia, dwa pożądania i suma tego, suma wynosząca, nie mniej, nie więcej aniżeli zero. Zero.

Ażeby uwolnić się od spojrzenia starców, musisz raz jeszcze odegrać kąpiącą się Zuzannę?
A ona chce być lżejsza od powietrza i nie istnieć w tej scenie, prawdopodobnie już uciekła.
Ale do końca świata pozostanie Zuzanną i do końca będzie ją paliło ciało, nawet, kiedy rozbierze się i natnie je nożem a potem wytrze się w białe szaty, w które ją odziano i zaprezentuje swoją juchę, jak na corridzie, jak flagę biało-czerwoną.

Wiśta wio, taka jest anatomia sprawy?
Natną mnie, posieją wątpliwość - więc będę ciąć na oślep i deptać ich plony.
Natną moją ojczyznę, rodzaju żeńskiego i kraj, męskiego, siądę na stosie kości i będę je czyściła mówiąc sobie, że żegnam właśnie wszystkich uśmierconych przez wojnę.

Ale właściwie, dlaczego wciąż obchodzi mnie ten kraj, czym jest ten kraj w obliczu wątpliwej płciowości mojej dupy. Dlaczego ta wątpliwość nie ma większego znaczenia, choć rozstraja mi wieczory i poranki.
Dlaczego, dlaczego, dlaczego.
Acha.

środa, grudnia 17

sztambuch

---------------------------------------

Z reguły gardzę autotelizmem, jak powiedzialby Mądry Pan od Fuksówki.
Kompleksowe opisywanie swojego dnia, takim, jakim był – od śniadania do kolacji, wyliczanie imion i twarzy, komentarze i wnioski – takie zajęcie typowo czasozapychające – spotykasz w autobusie kogoś, z kim nie ma wspólnych tematów – więc bierzecie na warsztat ,,dzień”, opowieści z własnego życia, skrzętnie ukrywając pewne szczegóły, bardzo istotne, ale zbyt intymne, by mogły się pojawić pomiędzy dwojgiem niemal obcych ludzi.
Powstają historie para-autentyczne, tknięte impulsem obłudy i tchórzostwa, trochę wymyślone, trochę faktyczne, ale zwykle ciężko ich słuchać.

Strach porywać się z grzechotką na księżyc.
Żeby to robić, trzeba być mistrzem wstrząsania.
Więc staram się zaniechać ochoty na wielkie patroszenie zapisków z życia codziennego.
Teraz także nie porywałabym się na tego rodzaju działania, gdyby od jakiegoś czasu nie nachodziła mnie uporczywa myśl o pisaniu dziennika.

Najpierw wpadły mi w ręce opowieści Kahnweilera, następnie ,,Drżące ciała” z interesującymi literackimi wkładkami autorskimi artystów i aktualnie trawiona bio Bunuela. Wszystko w przeciągu trzech tygodni - kolejny krótki romans z ,,Jadąc do Babadag”, Stasiuka, podczas podróży do Wiednia i przelotem muśnięte ,,Pieśni Maldorora”, w dworcowym barze, przy samotnych pierogach, Bora Ćosić, zakupiony za jedyne 6 zł na straganie.
A. I Świetlicki z niedzielnego Empika, rozchełstany, Poeta Religijny.
I oni wszyscy,
Ich wszystkich,
Im wszystkim,
Teraz, na półmetku grudnia, na styku jesieni i zimy, w momencie przełomowym (rozdzierającym), budzą wielkie ochoty na małe,prozaiczne wywnętrzenia (a skoro sam wstęp zajmuje jedną trzecią strony, strach pomyśleć, co będzie dalej).

Rano było szybko – budzik dzwoni, leżę. Mija 5 minut. Mija kolejne 5 minut.
Wstaję, zbieram przygotowane dzień wcześniej ubrania, wskakuję do łazienki.
Kot toczy się w moim kierunku. Włączam radio, jak zwykle.
Poranka nie sposób przejść w milczeniu - coś musi szemrać pod nosem, choć przez 10 minut, żeby przywrócić mnie do świata, z którego nocą uciekła dusza. Woda, mydło, ręcznik.
Jest żółto i jasno, samopoczucie w tej kolorystyce, w kontekście łazienki i wypełniającego ją ciepła, jest bardzo dobre. Wychodzę, co straszne, zapominam kolczyków i przez resztę dnia, od momentu, kiedy uświadomię to sobie, jadąc windą na drugie piętro, czuła się będę niezbyt dobrze.
Nago? Dziecinnie?
Na pewno niezbyt fortunnie ubrana.
Schodzę do kuchni, odpalam czajnik, za chwilę zaleję herbatę, której niestety nie zdążę wypić ani przelać do termosu. Kanapki – na teraz i potem. Pochłanianie, spojrzenie na zegar, następne, tęskne, na jeszcze gorącą herbatę. Buty ( wybieram te z dziurawymi podeszwami, nie mogę się powstrzymać, nie potrafię ich wyrzucić, nie potrafię ich nie zakładać…), płaszcz, rękawiczki (jedna zaczyna się drzeć, trzeba zszyć…), czapka, szal, start.
Koty wchodzą, ja wychodzę.
Przystanek, autobus za 2 minuty. O 6 42 wsiadam do zaparowanej 17, w szachu trzyma mnie Bunuel, jest ciemnawo, ale przynajmniej mam gdzie siedzieć. Po 20 minutach autobus skręca na dworzec w B., wysiadam, na horyzoncie pojawia się żółty kształt, więc nie myśląc wiele, biegiem ruszam do abordażu. Wewnątrz jest źle. Nie dość, że brak miejsca – to brak powietrza. Okienka są zatrzaśnięte, zaś ludzie nieczuli na moją szarpaninę z ich przymurowanymi uchwytami. Po 15 minutach postanawiam przesiąść się na tramwaj.
Czekam na niego 10 minut, ale zyskuję kolejne 20 komfortowej jazdy z Luisem (bezcenne).

Obok dworca wysiadam; jakaś pani potyka się i efektownie upada tuż obok, chcę jej pomóc się podnieść, ale uśmiechnięta wstaje i rusza w drogę.
8 00, będzie trochę spóźnienia, a jakże. Englisz, Pani każe słuchać Drożdża Majkela – dlaczego by nie?
Potem spacer, przejście tu i ówdzie, przez sklepy z chemikaliami i małymi płótnami. Rozmowa. Szczypta jatki. Powrót.
Ta sama ulica, ktoś wnosi na uczelnię pianino. Błąkam się, poszukując noża oraz miejsca do cięcia. Po 20 minutach znajduję. Tnę swoje projekty w równiutkie prostokąty, przemykam obok pary trudniącej się korektą obrazu – on mówi jej, co jest na rzeczy (nie przysłuchuję się, mknę dalej). Na dole zamieszanie – na stole ciastka, pierniki, słodycze i połacie kartek.
Typografia na całego, studenci robią sobie kawę, profesor pociąga z gwinta sok owocowy i przygląda się projektom. Później nadchodzi drugi i urządzają sobie wraz ze słodką Zofią od Asystentury, uroczy kabarecik. Atmosfera jest dosyć szampańska, nawet bardzo bolesne korekty mniej bolą. Wyciągam Bunuela i staram się zaczytać, ale nawet hiszpańskie przygody nie są tak pociągające jak atmosfera na korekcie z typografii. Przechodzę swoją z dosyć marnym rezultatem (źle zrozumiane polecenie, ¾ źle poszatkowane). Telefon. Trzeba wyjść, zebrać kilka Kolonaukowych podpisów. Biorę dokument i ruszam na poszukiwanie.
Mistrzyni Dziekanowa asystuje przy obronie dyplomów, przypadkiem wpadam na jedną z nich. Siadam na brzeżku i przysłuchuję się żałosnym pojękiwaniom jednego z tegorocznych dyplomantów. Żenujący spektakl trwa dobre kilkanaście minut, profesorowie kłócą się ze sobą, opiekun dyplomanta broni swojego podopiecznego, ale powoli traci impet – czegóż tu bronić, skoro żałość wybiega z każdego kąta?
Przesłuchiwany, pytany o powody, dla których zastosował w swojej pracy swastykę, odpowiada, że była interesująca formalnie.
Na pytanie, dlaczego akurat plakat, odpowiada, że tylko to potrafi.
Bieda na Śląsku, oj smutek, smutek.
W trakcie przerwy zachodzę z kartką do komisji i zbieram podpisy. I awantura.
Dlaczego student projektowania zajmuje się sprawami kola zakładanego przy grafice warsztatowej. Cieszę się szalenie i uśmiecham szeroko, zapowiadając, że wszelkie argumenty ,,przeciw”, zbijać będę, co sil. Patrzą na mnie spod byka, co wróży ukochane dysputy. Cokolwiek, jakkolwiek, podpisano i mamy.

Wychodzę, wracam na typo; wiem już, że Ruksza nie będzie dzisiaj opowiadał o Pipilotti Rist, więc z czystym sumieniem mogę wracać do domu.
Wysiadam więc, rozkulbaczam konika pasyjnego i siodłam autobus.
Zapada zmrok.
830 jarzy się w ciemnościach i daje okazję, do krótkiej wymiany zdań i powrotu do Bunuela, który nastraja śmiertelnie milo i ciepło. Aż zachciewa się leciutkiego rauszu, który zapewniam sobie w tej właśnie chwili, za pomocą kilku pojemników procentowych słodyczy, przygotowując się do roboty nad malarskim plakatem…
Ale tak naprawdę, to leży przede mną kilka książek, m.in. potężne The Artist`s Body.
Głośniki pachną Zornem, Laibach i sanatorium.

Wszystko to razem sugeruje, że raczej nie będzie mi dane przez resztę życia przesiadywać nad kształtem logotypu, jakkolwiek nie wzgardzę nigdy tym sposobem spędzania czasu…
(Oh Rumunio! Czekasz?)

Ale teraz?
Teraz to chce się snów na jawie.
Miękkie kolana i ostrzący się mózg.
(Czuję, że jestem trawiona.)

---------------------------------------

wtorek, grudnia 9

na wejście (w noc typofila).

-------------

Logotypy i logogramy sprawiają, że typografia coraz częściej przypomina naukę zajmującą się hieroglifami, które raczej się ogląda niż czyta. Można by powiedzieć,
że stopniowo odsuwamy się od świata, w którym wolna jednostka sama wybiera sobie pożywienie,
i zmierzamy w stronę krainy słodyczy i narkotyków, gdzie dominują odruchowe reakcje uzależnionych konsumentów.
Dobra typografia jest jak chleb:
pozwala się podziwiać, szanować i spożywać po troszeczku.

R. Bringhurst, Elementarz stylu w typografii.

-------------