wtorek, lipca 22

...

Tak jest – w środkach komunikacji publicznej, w przypadkowych toaletach dworcowych, w których człowiek obawia się choć na chwilę spuścić z oka swój wielki plecak, co sprawia, że pakuje się z nim do jednej kabiny; kosmicznej kabiny w obcym mieście i siada na zamkniętym oku i patrzy na drzwi.

A na drzwiach wyskrobane paznokciem i kluczem, wypisane markerem, zaznaczone, uświęcone – imiona i nazwiska. I aż chce się wyciągnąć klucz, igłę, kawałek cyrkla i wytatuować kolejny fragment, dołożyć swój wiecheć sennych marzeń do strzechy tego obłażącego z farby wehikułu czasu, od roku 0 do dzisiaj.

Bo istnieje przecież statek kosmiczny, który startuje tylko z takich miejsc – ławek okupowanych przez wychudzone ciała bezdomnych i pijących, z gzymsów zasranych przez gołębie, zza zakurzonych firanek mieszkań, do których nikt nie zaglądał od wielu lat.

Ziemia osypuje się z krawędzi rynny, w której, nie wiedzieć kiedy, zapuściła korzenie brzoza.

Nad nami pleśń, niestrudzona piastunka końca końców, muskająca opuszkami grzybni powietrze. Może nawet jesteśmy już pod wodą i spoglądamy na siebie przez szafirowe tafle, niezdolni do wypowiedzenia sensownego zdania, z trudem rozpoznający twarze.

Udajemy, że potrafimy pływać, ale ciśnienie spycha nas coraz niżej, w głębokie chłodne przestrzenie usłane ostrymi plastrami granitu.

///

Bolę się.

///

Przez sen rozmawiam głównie z Mock`iem, weszło w zwyczaj i nie odpuszcza. Budzimy się obok siebie, zlani potem, on w cywilnym ubraniu, ja zupełnie bez.

I obydwoje, jak jedno, rzucamy się na stojącą obok łóżka szklankę wody.
I kiedy już zwilżymy gardła, kładziemy się znowu i nie możemy już zmrużyć oczu, i uszy mamy pełne szelestu osypującej się na nas z rynny ziemi. Plamy na jego oliwkowej koszuli,
plamy potu i rozlewiska tuż pode mną, czerwone, błyszczące.

///

Jest wojna.

///

Wojna jest wtedy, kiedy budzimy się w takim momencie, jak ten. U boku Mock`a, w pocie i krwi, zbyt daleko od całej reszty, którą zwykliśmy nazywać życiem. Zaczynają płonąć wszystkie niezrealizowane zapowiedzi kwiatów i kwiatków, ogrody całe płaczą za oknem. Patrzymy na siebie zszokowani, na ścianie ktoś wyświetla świat. Oglądamy go, jak film zatytułowany ,,Za dawnych dobrych czasów”. Z każdą minutą coraz bardziej jesteśmy podziurawieni i zdziwieni, opatrujemy się nawzajem i znowu, znowu bierzemy na siebie pociski. Krew na prześcieradle i ścianach, Mock dawno się przyzwyczaił, uśmiecha się łagodnie rozrywając końcówkę gazy, żeby zwieńczyć moją skroń zaczerwienionym węzełkiem.. Blizny na jego twarzy nienaturalnie się naciągają w tej próbie mięśni i tkanek i już czuję, jak głaszcze mnie po ręce i uśmiecha się. Zaraz wejdziemy pod łożko, głos woła – do schronów – słuchamy więc i spełzamy, pomiędzy kurz i resztki zabawek, niedojedzone okruszki dzieciństwa, zamiecione pod materac.

///

Gdyby nie ten detoks, napiłbym się, szepcze mi do ucha, zahaczając o małżowinę ostrymi pikami włosków. Drżę. Napiłbym się i ja. Nie masz pojęcia, jak ciężko to analizować. Bez ustanku stoję przy stole i przeprowadzam sekcje, jedna za drugą. Posyłam do laboratorium coraz nowsze, coraz dziwniejsze preparaty. Oni tam śmieją się ze mnie.
I znowu zaczęło się jąkanie. Pp… słowa nie chcą przechodzić przez gardło, tu mnie masz.
To takie romantyczne – poddawać się niemożności.
Analizowanie jej jest wchodzeniem do śmietnika, szukaniem powodów, imaginowaniem przyczyn i wydarzeń.

///

Wolałabym poddać się niemożności.

///

czwartek, lipca 3

Józio na poprawę humoru.



Józef Czapski, Autoportret na tle okna, 1937-1939,



Józef Czapski, Para w kawiarni, 1980,



Józef Czapski, Młody człowiek na czerwonym tle, 1980


*************************************************************
Wiele pisać nie sposób, bo za chwilę czas spać.
Trochę tylko.
(Zasady denerwują mnie.
Strach denerwuje mnie.
Brak organizacji i planów, nieustanne oglądanie się na innych,
denerwuje mnie.
Własne poczucie niemożności, irytuje mnie.
Oko pewne zniewala.
Wiara czyni cuda.)

A Józef Czapski wielkim malarzem był.

Wielki Józio z innego świata, świadek światła.
Nieprawda, że autorytety się wykruszają - sami je odrzucamy.
Tak myślę.
Burza idzie, trochę strach, ale czegóż tu się bać?
Jutro Fight Song, ostatni dramatyczny akt.
Będzie gryzienie. A potem pocałunki.
Strych, rozgrzany do czerwoności i sześdziesiąt spoconych,
lekko zaczerwienionych ciał.

Syreny zabierają się za kołysanki.
Ciao.

środa, lipca 2

2. lipca - tabletka nasenna z Breslau

Zupełnie nie rozumiem wrażenia, jakie Gertruda Hrabina von Mogmitz
wywarła na Eberhardzie Mocku. Najbardziej irytujący element sekwencji -
jej niezdrowe podniecenie na samą myśl o kazaniu na górze; te wypisywane
zgrabnymi szczupłymi palcami bzdury na temat duchowego dziecięctwa.
Wypełnianie kolejnych warunków i pięcie się ku świętości po trupach -
średniowieczna litania wypisywana na grzbiecie za pomocą dyscypliny
i butów nienawistnej strażniczki-alkoholiczki.

Fanatyczna adoracja profesora i samobójczy instynkt Mocka, nakazujący
mu rzucać się we wszystkie możliwe opały, dla kobiety, która patrzy
na niego wielkimi wilgotnymi oczyma. Zdominowany Gnerlich, z którym
prowadziła podwójną grę - wargi przekładane krwawymi razami.

Irytująca naiwność głównego bohatera wytrąca z równowagi.

A może to tylko próba zwiedzenia czytelnika - zepchnięcia go na manowce
rozterek dzielących atencję pomiędzy pocącą się krwią dewotkę a archetypicznie
męskiego gończego psa. Policjant i święta. Arystokratka i parias.

Brzydka twarz mężczyzny, właściwie jedna wielka blizna rozciągająca się
od brody do ciemienia i dziewczęca twarzyczka wychudzona przez wyrzeczenia.
Jej zgrzebna, podarta sukienka - jego drogi wełniany garnitur.

Kąpiel w ługu, sól w ranach, wypalanie znamienia niewiedzy na policzku.
Jak widać za kobietą przebraną za anioła każdy pójdzie do piekła.
Błogosławieni cisi.
Semiotyka Mocka nakazująca mu analizowanie biblijnych histerii;
nigdy nieprzekonany, palący czaszkę mózg, wciąż spodziewający się zaskoczenia.

I kiedy słyszy prośbę, widzi rozpalone orgią oczy, różane powieki
zwieńczone długimi, jasnymi rzęsami, niemal słyszy grzechoczący w jej dłoniach
różaniec, niemal słyszy, jak krew wypływając ze stygmatów sunie po szarym
materiale sukienki.

Uderz mnie, mówi.
Uderz mnie, mówimy.

Pogarda dla ciała jest jego uwielbieniem - czy to Orwell?

Greckie krzyże zamiast litery ,,t" - odpowiedź na pytanie.
Hrabina jako desygnat tego znaku, przyczynek rozbicia korowodu niezdrowych krzyżówek,
trup, który wpadłszy w łódź podwodną, napuchł i szczerniał.
Odchodzisz Mock?

***

Ratunku, pomocy, jestem wariatem - ale seria świetna.
Kiedy przestaję być sobą - wcielam się w Eberharda - mam kaca, tytoniowy
oddech, niezły garnitur skrojony na miarę i myśli prześladowcze.
Kocham wszystkie upadłe kobiety, kocham się z wszystkimi upadłymi kobietami.
Wpadam w gniew na widok ich krzywdy wybijając zęby i kości ze stawów i szczęk.

Słucham muzyki barokowej, interesują mnie relacje pomiędzy słowami i krwawię
z głowy - krwawiąc oddaję cześć całemu zwątpieniu, na którym opiera się istnienie.
Krwawię i zamieniam się w Mocka na czas egzaminów - uparcie drążąc i nie licząc
się z konsekwencjami - dzieciak, dzieciak zbulwersowany rolą hrabiny w porządku
świata. Czas spać.

niedziela, czerwca 22

w nieskończoność

Kiedy sprawa trochę już przycichła, urządziliśmy przyjęcie żałobne.
Powiedziała nam, że żałobne jest tylko z nazwy, na użytek całej
reszty rodziny, która zaraz po pogrzebie szybko wróciła do siebie.
Żadnej czerni, zaznaczyła. Nie będziemy grali Stabat mater.
Ogólnie rzecz biorąc - to nikt nie wiedział, co o tym myśleć.

Ubraliśmy się zachowawczo - trochę w jego jazzowo - maklerskim
klimacie. Buty wyśrodkowane - równie dobre na parkiet jak i na
chłodne płyty kościelnej posadzki. Wszyscy, na wszelki wypadek,
zaopatrzyliśmy się wcześniej w wódkę, dużo wódki.

Ona nie pije - to jasne; pijąc nie zdołałaby tego wszystkiego znieść.
Ale nam się należało, urodziliśmy się przed rokiem 80, więc mamy
pełne prawo. Ona nie. Ją traktujemy jak młodszą siostrę.

Pamiętam jak kiedyś, przed kilkoma laty zagalopowała się i zmieszana
skończyła gdzieś w kącie sali, potknąwszy się o własne nogi, na podłodze,
z włosami mokrymi od potu i rozmazanym makijażem.
Pozbieraliśmy ją i położyliśmy piętro wyżej, w pokoju z łazienką.
Drzwi na klucz, żeby nie było możliwości odwrotu. Żeby nikt nie wszedł
i nie zabrał jej ze sobą. Nigdy nie wiadomo, co mogą zmalować obcy.

Rano po nią wróciliśmy. Leżała na podłodze.
Z naderwanego ucha lała się krew.
Nie czekając ani chwili obłożyliśmy ją wilgotnymi ręcznikami.
W szpitalu ucho doszyli, naciągnęli co trzeba, żeby ładnie wyglądało.

Nie chciała zdradzić, co się działo podczas naszej nieobecności.
Zniknęła na parę miesięcy z miasta - chodziły plotki, że gdzieś daleko,
w jakimś klubie, trudni się zniewalaniem chłopców i dziewcząt.
Nikt w to nie uwierzył, nie sposób bowiem traktować takich plotek poważnie.

A potem wróciła i przywiozła go ze sobą.
Jakim prawem? - pytaliśmy siebie nawzajem. Po co go przywiozła?
Był taki płaski i smutny, snuł się za nią jak cień, jeżeli tylko zdarzyło
im się wyjść na ulicę - co wcale nie było zjawiskiem częstym.



A teraz, po pogrzebie, robi przyjęcie żałobne.
Nie płacze, tylko gryzie przedramiona.
Cum dederit dilectis suis somnum, różowe koszule, prążkowane garnitury.

niedziela, czerwca 15

liryki stada



Anna i Mistrz,
czyli, inaczej mówiąc - ,,Kochajcie poetów!"
(czy tam - jak kto woli - kochajcie się z poetami ;)





Najznakomitszy performer poezji jurnej w swoim żywiole
(jak widać pogrążony w schizoidalnym transie recytuje poemat).




Na pierwszym planie - fragment wiersza Ani Krztoń.
Na drugim - młodzi postmoderniści o poczernionych sadzą twarzach.

Autorka nieniejszego bełKOTu także poczerniła ale niestety,
z racji faktu iż robiła
zdjęcie, nie zmieściła się w kadrze.



Dugi i Grupa Bardzo ( Dobrze też :D) i ich perfom-bałns muzyczny.
(w kącie siedział jeszcze Perkusista, jednakże
natura kompozycyjna tego kadru nie dopuściła do ujęcia
jego wizerunku, co rekompensuje nam pięknymi światłami
na suficie).


A jeżeli chodzi o samo spotkanie poetyckie - poziom większości wierszy
(wierszów? :D) bardzo dobrym znajduję i o więcej się zapytuję
(wiem, że rymy są paskudne, ale po dzisiejszym wieczorze trudno mi się
powstrzymać). Jeżeli zdobędę fragmenty dzieła Mistrza B., niezwłocznie
zacytuję i zilustruję.
Pozdrowienia dla staro i nowo poznanych towarzyszy s przystolika
na lewo od baru (na lewo, gdy stoi się przodem do okien).


niedziela, czerwca 8

Utracić kontakt ze światem i odrzucić wszystkie inne wyjścia poza chwyceniem za brzytwę.

Pierwszy wiersz będzie trumną dla podmiotu lirycznego, tak, żeby nikt konkretny nie mówił już i nie afiszował się bez ustanku rozbebeszonym ,,ja”.
Drugi wiersz będzie kroplą laku zaklejającą kopertę. I nikt już nie będzie miał prawa obnażyć się tutaj we własnej osobie.
Nie ,,ja” dotykam tego tematu, nie ,,mnie” dotykać będą słowa oponentów.

Ten Pan tak to sobie wyobraża - że tym właśnie sposobem można wybrnąć z opresji słowa;
Uniezależnić się od bezkształtu. Ten Pan wyobraża sobie dyscyplinę.

Rówieśnicy, zdumieni, szeroko otwierają oczy.
Słońce bierze ziemię na kolana i spuszcza jej manto.
Aż morze stanie się czerwone.
Bolało? – więc odtąd zawsze już słuchać.

Wyzbyć się powtórzeń, zbędnych ozdobników, zatrzymać soki płynące wprost z sedna sprawy, wiecznie zbyt próżnego, spędzającego sen z powiek. Wygnać z demony, przeciąć żyłkę do hazardu, zaszyć to i owo tam i ówdzie i odnaleźć sens.

Nikt jeszcze nie zauważył tego deficytu w dżungli odniesień i cytatów?
Nie potrafić o tym mówić – to jeden problem, poradzić sobie – to drugi.
Morze czernieje już od wymierzanej kary. Po pośladkach ciekną słone łzy.

Chce poznać imago mundi? Niechże najpierw kopnie je w dupę, żeby biegun południowy zamienił się z północnym i powrócił na swoje miejsce a wiatr zaczął kąsać policzki ze wzmożoną wściekłością.
W nijakości swojej straciłeś wiarę – oto jak udało się mi przejść ze sobą na ,,ty”.

Późną wiosną, o 21? – Ależ Kosmosu nie obchodzi to jałowe nadawanie, Kosmos gdzieś ma rozognione wnętrzności i pulchne od przymiotników zdania.
Stanowiący Kosmos śmieje się z pobłażaniem – ,,byli tacy, którym udało się obejść zasadę, podejść podstępem i uśmiercić, najnormalniej w świecie nakryć dłonią – ale ONI mieli TAKIE argumenty”.

Podmiot ma argumenty, ale utracił chęć dyskusji. Podmiot ma problem zasadniczy, uniemożliwiający syntezę – chce udowadniać, że potrafi. Wie jednak, że jest w matni, więc pomilczy czas jakiś. Nie może założyć, że zaistniał wewnątrz geniusz, geniusz rozpoznany wyłącznie przez siebie samego i pochlebców – zatem krytyków można wysłać na drzewo, bo po prostu nie byli w stanie p o j ą ć.

Nie może tak założyć, choć c h c i a ł b y i czuje, co gorsza, że potrafi.

Musisz stać przodem, żeby można było oglądać Twoją twarz, kalejdoskop grymasów, które z lekkością wywoła egzorcysta. Istnieje prawdopodobieństwo omdlenia ze strachu, ale kiedy już dojdzie do konfrontacji odczujesz ulgę. A potem zostanie ci odebrana.
Pewność jest śmiercią. Nie pozwalaj sobie na pewność – zaraz poczujesz się bezpieczniejszy.
Bez ojczyzny i obowiązków, bez zdenerwowania wobec skrajnego założenia, że właściwie każda z chwil może być Twoją ostatnią.

Doskonała dupa. Przecież to nie są słowa tej, która zwykła tutaj pisywać. Tamta wpadła, jak zauważono w akapicie pierwszym – Kosmos ją uśmiercił.

2 czerwca, przebyłe.

Zgrzyta łyżwa, trzeszczy przyszła kra...
Frajda trwa.

Teodozja, miałam iść spać, pod prysznic, czy gdzie tam wybierają się
wszyscy solidni uczniacy, kiedy uporają się z kolejnym szkolnym dniem.
Ale żaden ze mnie uczniak.
Więc - dzisiaj imieniny Teodozji - które to imię pochodzi z języka
greckiego i oznacza nie mniej ni więcej jak ,,dane od Boga".

Ostatnio śnię - to dosyć nietypowe,
zwykle padam kamiennie i wstaję po 6 czy 7 godzinach, lekko jeszcze
zmęczona. Dzisiaj obudziłam się jednak w zwisie - ręce sięgały podłogi,
ciało dziwacznie wykręcone i sen.
Zobaczyłam go, nim otwarłam oczy. A potem wszystko poleciało w śnieg.

26 maja, cofnąć się? - dlaczego nie.

Darzę sympatią momenty wyważenia.
Smak kawy zmieszanej z cukrem i mlekiem w odpowiednich
proporcjach - tak jak w Coffee&Cigarettes, kiedy bohaterka
zasłania dłonią kubek, przed nachalnym kelnerem, żeby
jak najdłużej utrzymać balans ciepła w obrębie porcelanowych granic.
Do tego lekka nutka jazz`u, jakiś Metheny czy Mehldau, nadający
procesowi rozpuszczania się ziaren i kropel, eleganckiego charakteru.

A wszystko to zwykłe warstwy maskujące niepokój i na wpółotwarty
podręcznik, z którego wylewa się małym strumyczkiem niezrozumiała
materia zdań. Rozum zawodzi, cichutko - ale bardzo stanowczo.

Noc ogarnia mnie przerzutami z kawałka ciała na kawałek skóry
i zakrywa ciemnością ciało. Ostatnio śnię - to dosyć nietypowe,
zwykle padam kamiennie i wstaję po 6 czy 7 godzinach, lekko jeszcze
zmęczona. Dzisiaj obudziłam się jednak w zwisie - ręce sięgały podłogi,
ciało dziwacznie wykręcone i sen.

Niepokój jest gorszy od strachu - taka autobusowa refleksja.
Ścieżka dźwiękowa autorstwa Michael`a Nyman`a
(nieomal przejęzyczyłam się i napisałam `soundtrack')
do filmu ,,Fortepian".
Niepokój - to zawieszenie - i nie masz pojęcia, czy czeka cię kara,
czy nagroda. Po prostu coś przeczuwasz. Sytuacja jest niepewna, czasy
się zmieniają i nie czujesz się na siłach a zarazem masz wielką ochotę.

Faktem fakt - niepokoję się.
Zawieszona w kosmosie tajemnica oderwie się prędzej czy później
i uszczęśliwi mnie swoją obecnością zdradzając równocześnie cel
przebywania tutaj. Pytanie `po co?` dręczy mnie niepomiernie.

Noc ogarnia mnie przerzutami z kawałka ciała na kawałek skóry
i zakrywa ciemnością ciałokształt; o tej porze to zjawisko dosyć nietypowe.
To nocą powinno się pleśnieć i umierać, przebijać swoje opuchnięte
grzybnie i jęczeć ze strachu.
A dzisiaj? Na dworze jest ciepło, słonecznie - z nieba leje się słodycz
na opalone czerwono plecy nielicznych przechodniów. Gdzieś jednak, w odległej
części części, majowe prześcieradło zaczyna sinieć.
Błękit pojmowany jako gazowy majak ustępuje powoli innym złudzeniom; ciemniejszym
i gęstszym. Pierzasta mać rozkłada skrzydła od Atlantyku aż tutaj, nad spokojną
krainą, z zielonymi paskami pól niedbale przerzuconymi nad ranami po szybach,
zapadającymi się w siebie.
Rozkładając swoje stygnące cielsko na powierzchni mojego pachnie już niepokój.
Aromat wypełnia przestrzenie pomiędzy palcami.
Całość milczy, całość nie pojmuje.
Powstrzymuje się od puszczenia w ruch pazurów. Szatkowania tego, co pozostało.
Kontempluje.

sobota, maja 31

robimy gofury!

na butelce pisało, że wystarczy dolać mleka i dokonać gwałtownego szejka -
potem wlać do gofrownicy, zostawić na 3 minuty...

..i masz babo placek

środa, maja 28

Dlaczego rurka powinna być gumowa?



































,,Nadieżda Siemionowa sugeruje, by do płukania jelita grubego, zamiast dołączonych końcówek, używać gumowego węża, znajdującego się w komplecie."

wtorek, maja 27

zmierzłe plwociny

Zapis ustawkowy.
Mianowicie - piszę, bo się denerwuję. Pisanie umożliwia mi pozbycie się części obciążeń psychicznych powodowanych codziennością.
Dlatego prawdopodobnie nie będzie ze mnie dobry literat - za mało dystansu, zbyt wiele egoizmu i chęci samozaspokojenia. Poza tym - jestem zafascynowana formą; podniecają mnie relacje pomiędzy wyrazami - czytane na głos frazy zyskują zupełnie nową melodię.
To już jest zwykłe kuglarstwo.

Ale nikt nie mówił, że nie jestem kuglarzem.
Przyćmiewa mi umysł wizja jutrzejszych zaliczeń - nie jestem w stanie skupić się i wykonać jak należy, podobno dosyć przystępnej roboty - animacji.
Żadnych cudów się w szkole nie wymaga - to początki - więc wystarczy wprowadzić nieco
ruchu i to wszystko. Chyba czekam na dzisiejszą noc - cały dzień będę się denerwować,
żeby nocy nie przespać i stawić czoła TEMU SYFU.
Zdarza się, że fizyczne restrykcje w rodzaju zakazania sobie snu, pomagają
się zmobilizować, jakkolwiek - nie wiem, czy to takie dobre. Wciąż hołduję starej
maksymie a propos pracy systematycznej.
Ale ja jestem kuglarzem - piję kawę, słucham Kosheen (bo mnie przygnębia) i zastanawiam się.

Cieszą mnie minione dwa semestry niezależnie od tego, czy to wszystko kończy się całkowicie dobrze. Najważniejsze to czuć, że się żyje. Nauka daje to poczucie - wciąż jest mnóstwo do zrobienia, są pomysły do rozwijania na przestrzeni lat - i tyle książek do przeczytania.

Słyszałam, że poczucie totalnej niewiedzy jest pułapką - z racji że jesteśmy w sytuacji, w której ogarnięcie wszystkiego, czego dobrze byłoby się nauczyć - jest niemożliwością, łatwo możemy popaść w frazesy pokroju ,,nie wiem", ,,za mało wiem", ,,nie mnie oceniać" albo w znajdujące się na drugim biegunie bezrefleksyjne potakiwanie.

I zastanawiam się, po ostatnim pokazie dokonań mitycznego krakowskiego artysty Normana Leto, z jaką łatwością ludzie zastępują swoją myślową niezależność zastępami słynnych nazwisk np. ,,musi Pan mieć rację - bo Foucault powiedział tak, a Derrida napisał to, zatem patrząc przez pryzmat ready - mades Duchamp`a jestem w stanie w pełni zaakceptować Pana twórczość oraz nowatorską (hahah) ideę głoszącą, że największymi artystami są 6-letnie dzieciaki, które za jakieś 30 lat uzyskają prymat w sztuce."

I tak jak dostrzegam istotną rolę lektur oraz filozoficzno - literackich autorytetów w procesie
kształcenia - tak z drugiej strony jestem niepomiernie zirytowana naszym mentalnym lenistwem. Swoim też, tak. Pani Stymulatorka dialogu była zachwycona, Pan Młody Student Historii Sztuki z Krakowa powiedział, że akceptuje twórczość Leto bezkrytycznie (!!).

Ja jako rasowa Polka, wychodzę z założenia, że ZAWSZE jest coś do skrytykowania.
Bo nie wszystko ma prawo pretendować do miana dzieła sztuki, choć postmodernistyczna fama niesie, że tak właśnie jest.
Bo nie wierzę, że każdy z ludzi (zreszta zgromadzonych w dosyć kameralnym składzie),
biorących udział w pokazie ,,sZTUKA oFF" zgadzał się z postulatami Pana Normana.

Mówienie że zmarły przed ilomaś tam laty krytyk sztuki pochwaliłby pewnie ich twórczość również niczego nie zmienia w tym dialogu - bowiem ów krytyk martwym jest od lat.
Łatwo zasłonić swoją konfuzję kukiełką jakiejś wybitnej persony i wymigać się tym samym od zadania istotnych pytań: ,,po co?" i ,,dlaczego?".

Jeżeli zakładamy, że wartość dzisiejszej twórczości rozstrzygną dopiero przyszłe wieki, może w ogóle zarzućmy wszelka krytykę i wszystkie zjawiska budzące w nas negatywne emocje
kwitujmy milczeniem; natomiast to co nam się spodobało określajmy słowami ,,ładne", ,,urocze",
,,miłe" miast porywać się na zwroty typu ,,Wystawa Śląsk Activ 3 (...) prezentuje obraz nielinearny, fragmentaryczny, nie powiązany ściśle instytucjamim, dzięki temu niezideologizowany choć ideowy (...)" z nieodłącznymi smaczkami w rodzaju ,,Wystawa ma charakter ,,work in progress" (...)".*1
Nowa tożsamość śląskiej sztuki określana jest za pomocą zwrotów anglojęzycznych; dlaczego?
Małym jestem ludkiem, niczego nie rozumiem - nie pojmuję, niech ktoś mi wytłumaczy?
Czy sztuka świeża i nowa musi mieć koniecznie zasięg globalny, macki angielskich słów wysuwające się w kierunku świata?
Śląsk jest "activ" i ,,trendy", hm?
Jestem zbyt zmęczona, żeby to pojąć.

Miałam napisać notkę terapeutyczną - ale znowu się zdenerowowałam; być może przeczytałam o jedną książkę za mało by zrozumieć złożone mechanizmy składające się na język dzisiejszego artystycznego światka.
Ale jako zwykły maluczki mam prawo wykrzyknąć, że WKURWIA MNIE NIEZROZUMIAŁOŚĆ WASZYCH DZIAŁAŃ i że proszę o instrukcje do wszystkich tych filmów o narciarzach i figurach geometrycznych.

Żeby nie było skrajnie pesymistycznie i krytycznie, dodam, że prezentacja Andrzeja Tobisa na ,,Śląsk Activ 3" zachwyciła mnie swoją bezpretensjonalnością i zmusiła do podniesienia kącików ust. Lecznicze właściwości obrazów - oto recepta na świat, oto recepta na Aktywny Śląsk 4 - coś budującego, chociażby wyzwalającego w widzu dobrą energię miast nieustającej irytacji faktem, że jest się profanem i ignorantem, bo nie dostrzega się ducha artyzmu w haśle ,,Prawdopodobnie wszyscy jesteśmy tylko zwykłymi śmiertelnikami"*2 opisującym zdjęcie kuchennych szafek.

Uch!
Wyraziwszy swoje ubolewanie i wylawszy jad i gorycz na Bogu ducha winnych aktywistów, chciałabym jeszcze dodać, że i tak cieszą mnie przedsięwzięcia pokroju wystawy ,,Śląsk Activ" czy pokazów w CSF, bo równie dobrze moglibyśmy w nieskończoność podniecać się obrazkami Malczewskiego, co byłoby niepomiernie nudne.
A tak to człowiek się czasem poddenerwuje i refleksją jakąś zajmie się...

Tym konstruktywnym stwierdzeniem przydługawą wypowiedź swą kończąc podnoszę obolałą część tylną z krzesła i ruszam na łowy - do bibliotek drukarni i szkół. Amen.



*1 cytaty są fragmentami opisu wystawy zawartego w ulotce zalegającej na stoliku w rzeczonej katowickiej
BWA
*2 tytuł pracy duetu
Łukasz Dziedzic & Joanna Rzepka-Dziedzic

niedziela, maja 25

Ave Diamanda!

Praca, która z racji nieprawidłowego zagruntowania, lada dzień zniknie
spośród żywych. A szkoda, bo to moja najlepsza. A może właśnie dlatego
dobrze - bo będzie trzeba zrobić kolejne a nie ślinić się do jedynej udanej.
Z dedykacją dla Józefa Czapskiego.

Ale nie o tym być ma!
Ma być o zniewalającym dźwięku, charczeniu, sapaniu i pisku, cudownym
pisku przywodzącym na myśl skrzypce.
Nie potrafię się skupić jak należy, bo z głośników leci Diamanda Galás.
Dawno nie słyszałam czegoś takiego, zaparło mi dech.
Płyta jest ciężka, ale tak piękna, że zaczynam odczuwać rausz.
Ten Głos!
Dlaczego nigdy dotąd, chociaż na nią trafiałam, nie potrafiłam w spokoju
tego posłuchać!? Genialne.
Zatytułowana - The Litanies Of Satan - dwie piosenki, Ave Diamanda!

niedziela, maja 18

sobota, maja 17

popłuczyny po dniu

Podświadome ruchy tektoniczne kości czaszki.
Górotwór rusza na potwora.
Piękny ból promieniujący na cały świat, ból
od nasady nosa rozprzestrzeniający się z prędkością
światła po wszystkich swych bólowodach, dryfujący z
odchyloną przyłbicą rozbitek (dryfitek, przybitek?).

Pięknie gra krew. Krew we mnie gra.
Melodia pijana, jak z jakiegoś starego filmu grozy, z palcami zbielałymi
od zaciskania się na poręczy. Melodia zapatrzona w siebie,
zatrzymana w pół kroku przed skokiem, zacięta, cyklicznie wpadająca
w płaskie tonacje molowe.

***

Noc muzeów spędzam w domu, bo najnormalniej w świecie
przestałam w nie wierzyć. Nie znaczy to, że mnie nie
podniecają - wręcz przeciwnie - ich martwota jest niesamowicie nęcąca.
Z reguły puste i samotne (o ile z nagła nie trafi się jakiś pokaz sztuki,
dajmy na to Rembrandta - złoty strzał w ich zintegrowaną alienację),
są idealnymi punktami łownymi dla wszystkich domorosłych nekrofili
spragnionych zwietrzałego ciała zgryzionego przez czas i mikroby.

Pożerając wzrokiem te narodzone z myśli i ręki relikty przeszłości,
realizują swoje perwersyjne marzenia o spółkowaniu z duchami.
Często więc wchodzę w muzea, robię licom obrazów trumienne potrety
Zapamiętuję je najlepiej, jak tylko się da, zapisuję w swojej zataczającej
krąg, wątłej pamięci.

Noc w muzeum, niezły seks - helołin dla koneserów - wyborne trupy na pięknych,
złoconych katafalkach, muzyka, przewodnik, jakiś zakamuflowany drink
w okolicach bezpłatnej toalety.

Tak, teraz moglibyśmy się napić - zdrowie starej, dobrej mitomanii.
Ale ta krew jest prawdziwa i trupy są prawdziwe.
Ouroboros, pozbawiona źródeł nuta magiczna w tej historii.

Panele i kafelki zalała purpurowa posoka,
choć nikt nikogo nie uderzył ani owulacja nie spotła się ejakulacją.
Po prostu wąż zdołał wreszcie dosięgnąć swój ogon i przygryzł go
lekko, tak jak w przypływie emocji ta piękna brunetka z pierwszego
rzędu zagryza dolną wargę.

piątek, maja 16

środa, maja 14

nocne jazgoty

A gdyby tak beztrosko leżeć.
Mieć sporą szparę pomiędzy jedynkami i gładkie włosy blond,
byłoby pięknie!
Mieć jednocześnie małe i duże stopy równocześnie.
Buduar i garsoniera.
Zmieniać płeć w miarę chęci i możliwości, dajmy na to - dwa razy w miesiącu.
Czasem bywać kotem w rui, czasem rozkołysanym statkiem...

Zdarzyło mi się po raz kolejny, całkiem po kociemu, wylegiwać
się na podłodze w łazience. Ten z rzadka praktykowany zwyczaj
sprawia, że wracają siły; może nie w swojej pierwotnej, jędrnej
i gładkiej postaci, ale w takich wypadach nawet odrobina rezerwy
się przydaje.
Gardło zamieniło się w ruchome schody, po których w te i wewte,
razem z nielicznymi, bezużytecznymi skrawkami zdań,
płynie transport nagromadzonej podczas rajdu w oknie autobusu, flegmy.

Tabletki nie są przekonujące, słabe, mało kultowe, nie intrygują.
Po raz kolejny na horyzoncie pojawia się substancja na bazie spirytusu i ziół,
podobno benedyktyńskich.
Marzanka i czyściec, przetacznik i bagno, paprocie i mchy,
ziele piołunu, ruty, konwalii i dzikiej gruszy, wężowego moru,
jelenich języków i jaskółczego ziela,korzeni podróżnika
i kurzego ziela, pestki i skórki cytrynowych jabłek i kawałki bursztynu.
Pić nie umierać, choć pali diabelnie.

Szeptać do szaleństwa z włosami zaplątanymi w sitowiu - to fraza podobna
do tej opisującej skład benedyktyńskiego wina.
Magiczne rzeczy, dające pozory obcowania z wiecznością i pięknem.
However you look at it - you loose, doskonale pamiętam.
Nie dalej jak dwie godziny temu wszystkie tkanki były jeszcze bezradne
wobec maleńkiej katastrofy. Miejscowo znieczulając, póki co, zaradziliśmy.
A może zaradziłyśmy, co za różnica?
Czasem niewiele brakuje człowiekowi do zadławienia się własną swoją śliną.

A rano egzamin, czy jak to tam nazwać, do zdania.
I nauczyć się nań nie sposób, bo zawsze są setki innych,
bardziej pilnych spraw - na przykład zastanawianie się.
Powieki od tego bolą, wstaje się potem, dajmy na to o 7 rano z jakimiś
dalekimi echami chorobliwych wspomnień z 3 w nocy.
4 godziny snu? Nie czuję.

O polipie z jedwabnym spojrzeniem! Ty, którego dusza jest nieodłączna
od mojej, ty, najpiękniejszy mieszkańcu kuli ziemskiej, zarządzający serajem
czterystu ssawek, ty, w którym godnie się mieszczą, jak w swej naturalnej
rezydencji, dzięki obopólnemu porozumieniu złączone nierozerwalną więzią,
łagodna cnota udzielająca i boskie wdzięki,
czemuż nie jesteś koło mnie i twój brzuch z rtęci przy mojej piersi z aluminium,
abyśmy, siedząc na jakiejś nadbrzeżnej skale, mogli kontemplować ten widok,
który uwielbiam! - to pierwsze akordy ,,Pieśni...", kolana się uginają, ale
jeszcze nie klękamy - najpiękniejsze ciągle przed nami, hahah.

wtorek, maja 13

13 maja, wszystko ze słabości pochodzi.

,,Nie umiem wyjść ni wejść; jestem wszystkim co wyjść ni wejść nie umie" (Nietzsche)

,,To kara za grzeszną rozrzutność, z jaką marnotrawiliśmy fluid nerwowy.
- Rozsiewaliśmy naszą osobowość na cztery wiatry świata, a teraz doznajemy
niezmiernych trudności zebrania jej i skupienia..." (Baudelaire)

,,A dalej było tak, jak w tamtej starej marksistowsko - leninowskiej
bajce o Królewnie Śnieżce
i siedmiu naraz krasnoludkach" (Baczewski)

,,W dawnych zamtuzach orgie, rzężąc po dawnemu,
A na murach brunatnych latarnie majaczą,
Płonąc blaskiem złowrogim ku niebu blademu." (Rimbaud)

Bla, bla, bla. Przemarsz przez ulice, kolejna księga rodzaju,
Bóg astronauta, wiotki Jeździec Apokalipsy.

Jutro będą ,,Pieśni Maldorora", dwa miesiące buszowania
po antykwariatach i internecie zakończyły się ze skutkiem pozytywnym.
Bach. I jest. Bytom, Dworcowa.
Poza tym.
Wykonałam nocny kalendarz na najbliższe niecałe dwa miesiące
(do 7 lipca). Są tutaj daty, różne.
Sesja, kolor pomarańczowy, egzaminy - zielony,
potem niezależnie od wyników pozbieram papiery (halo, zbieram papiery! :) )
i igły i szyć będę książki.
Wypychać manekiny i robić lalki.
Będzie Comte de Lautréamont z ustami przeciętymi od ucha do ucha, lato,
samotna naga Ceres ziejąca ziarnem...

( W związku z myśleniem o lecie.)
Mam w biurku cztery szuflady z czego dwie wypełnione są po brzegi butelkami.
To chyba oznaki resajklingu - butelki zielone w jednej, brązowe w drugiej.
Śmieci w koszu na śmieci.
Zapalniczka przechodząca w delikatny szmaragd.
Krew na paczce papierosów używanej raz na miesiąc, od wielkiego dzwonu.

Krwawię regularnie, bo prawdopodobnie jestem pedałem, czego absolutnie
nie dam sobie powiedzieć, po prostu nie.
Palę takie cienkie. Popijam przed monitorem z gwinta.
Kręci mnie to podrygiwanie powietrza, piosenki siedemnastoletnich chłopców,
zakazane rysunki. Taki np Saturno Buttò, w Bibione, śmiesznym nadmorskim
kurorcie (byłam tam około 1996). Słońce, turyści, wiórki kokosowe zraszane
wodą. wszystkie te pocztówki i zdjęcia. Zapach olejku do opalania, biusty
opięte paskami materiałów rozpływające się na rozgrzanym piasku. Topless.
Stopy.
I Saturno Buttò.

- Kryptokanibalu?
- Tak, tutaj jestem.

Gryzę Baudelaire`a, zgłębiam Teologię Ikony,
serce jest samotnym żeglarzem, drogi monisieur Pascal,
nawet bardzo samotnym, a umysł rozbitkiem - no z Kogo to, hę?
Rozbitek z fregaty języka dryfuje na tratwie pocałunku.
Ciało jego jest morzem.
Z każdym snem coraz bardziej umarłe.
Dlatego nie pytaj, uwierz raczej,
że z każdą falą przybija do brzegu inne morze
i nic nie wraca, nikt nie wraca, wszystko ginie.
A to, że żyjesz z powodzeniem może oznaczać,
że jesteś opowiadany przez swój własny sen.*

Zapłakałabym, jestem odmiennej orientacji, mam pełne prawo,
ale nie potrafię. Może dlatego, że od tygodnia chwiejnie wycieram oczy
poduszką w greckich hoplitów.
Może się troszkę denerwuję.
A może troszkę wariuję.
Prawdopodobnie obydwa po kawałku.
Dlatego piszę. Śmieszne.

Sentymentalne ciało, brud za paznokciami, dżokejka w
fioletowe paski, z napisem ,,spring break";
A nade wszystko potrzeba wywnętrzania się.
Trawa, trawa, mowa.
Tak wiem, miałam zrobić huczne parapety, odwiedzić, coś powiedzieć.
Ale sobie poszłam.
Wkurwiać ludzi na uczelni, działać na nerwy ciekawskim staruszkom w
autobusie (`a co pani maluje` - ,nic nie maluję, rysuję`) aż mi się
głupio zrobi i będę musiała spuścić na nos okulary przeciwsłoneczne
i symulować lekturę.

Chciałabym to mocno odczuć, ale przyszła wiosna i nie potrafię się z nią zaprzyjaźnić.
Czekałam tak niecierpliwie a teraz odbieram jej obecność jako kolejny krok do śmierci;
słodką truciznę podaną na płatku żonkila.

Zrobię typografię, naciągnę noc na krosna, będę pleść,
niewątpliwie także od rzeczy.
I rysować, nade wszystko rysować.


*nieopisane fragmenty wierszy, of course, by MKE Baczewski, ,,Morze i inne morza", Mikołów 2006